To już koniec epoki filmu w PRL

tvp_1.jpg
Umarł Emil Karewicz (1923-2020), jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni – wielki aktor z czasów PRL. Jego długą karierę sprowadza się zbyt często do epizodu jakim była rola Herman Brunnera w „Stawce większej niż życie”.

I chociaż, nikt temu nie przeczy, była to rola wybitna, która przyniosła mu sławę i popularność – to koncentrowanie się tylko na tym jest grubym uproszczeniem. Karewicz to historia polskiego aktorstwa i polskiego kina po 1945 roku, historii chwalebnej, do której wzdycha coraz więcej, także młodych – widzów.

Najpierw przypomnijmy krótko podstawowe fakty z długiego życia Emila Karewicza (za wp.pl): „Urodził się 13 marca 1923 roku w Wilnie na Litwie. Swoją karierę aktorską rozpoczął w Wilnie, w tamtejszym Teatrze Małym, gdzie zagrał role Małpy w „Kwartecie” I. Kryłowa. [W 1944 roku wstąpił do Wojska Polskiego w Białymstoku, służył w 4. zapasowym pułku piechoty, wojnę zakończył w Gdański. Nie jest prawdą powtarzana często, także w tym biogramie, informacja, że służył w 2. Armii WP i doszedł do Berlina – J.E.] . W 1948 roku zaczął występować w gdańskim Teatrze Wybrzeże.

Po zakończeniu wojny ukończył Studio Aktorskie Iwo Galla (wraz z m.in. Ryszardem Baryczem, Bronisławem Pawlikiem, Barbarą Krafftówną). W 1957 roku otrzymał angaż w Poznaniu w Teatrze Polskim. Rok później wrócił do Łodzi do Teatru im. S. Jaracza. Grał w teatrach w Łodzi m.in.: im. S. Jaracza i Teatrze Nowym. Od 1962 roku jest związany z Warszawą, występował w teatrach: Ateneum, Dramatycznym i od 1967 Ludowym (w 1975 przemianowanym na Nowy). Na emeryturę przeszedł w roku 1983.

Zagrał między innymi: „Warszawska premiera” (1950), „Kanał” (1956), „Baza ludzi umarłych” (1958), „Krzyżacy” (1960), „Ostatni kurs” (1963), „Stawka większa niż życie” (1967-1968), „Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” (1969), „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” (1969), „Hubal” (1973), „Lalka” (1977), „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” (1978), „Sekret Enigmy” (1979), „Droga daleka przed nami...” (1979), „Polonia Restituta” (1980), „ Katastrofa w Gibraltarze” (1983), „Na odsiecz Wiedniowi” (1983), „Alternatywy 4” (1983), „Przyłbice i kaptury” (1985-1986), „Generał Berling” (1988) czy „Święty Rafał Kalinowski (2007). Karewicz występował także w produkcjach filmowych. Popularność przyniosły mu role: SS-Obersturmführera w filmie „Jak rozpętałem II wojnę światową”, króla Władysława Jagiełły („Krzyżacy” i „Wawelski conventus dowódców”) oraz serialach „Idea i miecz”, „Przyłbice i kaptury”, a zwłaszcza Hermanna Brunnera w „Stawce większej niż życie”. W 2003 roku powstał o nim film dokumentalny pt. „Emil Karewicz. Portret aktora”. W 2004 roku odcisnął swoją dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach. Rok później powrócił na scenę Teatru Nowego w Łodzi. Zagrał rolę Kalmity w „Chłopcach” S. Grochowiaka.

Wśród wielu ról teatralnych należy wymienić: Oktawiusza w Juliuszu „Cezarze” W. Shakespeare’a, Capignaca w „Buonapartem i Sułkowskim” R. Brandstaettera, Franciszka Moora w „Zbójcach” F. Schillera, Gospodarza w „Weselu” S. Wyspiańskiego (Łódź), Liapkin-Tiapkina w „Rewizorze” N. Gogola, Spodka w „Śnie nocy letniej” W. Shakespeare’a, Hetmana Kossakowskiego w „Horsztyńskim” J. Słowackiego, Pagatowicza w „Grubych rybach” M. Bałuckiego, Łomowa w „Oświadczynach” A. Czechowa, Janusza w „Panu Jowialskim” A. Fredry, Jenialkiewicza w „Wielkim człowieku do małych interesów” A. Fredry, Stomila w „Tangu” S. Mrożka, Geronta w „Szelmostwach Skapena” Moliera (Warszawa).

Odznaczony: Order Krzyża Grunwaldu III klasy, Krzyż Oficerski, Orderu Odrodzenia Polski (1988), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1988), Złoty Krzyż Zasługi (1977), Medal Zwycięstwa i Wolności 1945, Medal 10-lecia Polski Ludowej (1955)”.

Zaiste jest to dorobek imponujący, nawet jak na warunki PRL, gdzie aktorzy mieli mnóstwo możliwości realizacji siebie (mimo ograniczeń cenzuralnych). Zwraca uwagę swoista równowaga między rolami w filmach i w teatrze. Teatr był dla tego pokolenia aktorów pierwszy, i tam nabywali umiejętności, które potem tak przydawały się na planie filmowym. To zupełnie inny model niż obecnie, gdzie do ról telewizyjnych bierze się „aktorów” z ulicy, często niewiele potrafiących tzw. celebrytów. Ten upadek dotyczy także estrady, gdzie nie potrafiące śpiewać „gwiazdki” i „gwiazdorzy” zastąpili prawdziwych piosenkarzy.

karewwicz 3.jpg
W "Kanale" Andrzeja Wajdy. Fot. Fototeka

Emil Karewicz był twarzą polskiego filmu przez kilka dziesięcioleci, albowiem powszechnie rozpoznawalny był już w 1956 roku, kiedy zagrał w „Kanale” Andrzeja Wajdy rolę porucznika „Mądrego”. Rola była, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – „kontrowersyjna”, bo por. „Mądry” nie pasował do wizerunku żołnierzy AK bez skazy. Ma romans z młodą łączniczką, choć jest żonaty, co przed nią ukrywa. Na dramat narodu nakłada się też dramat ludzki – łączniczka popełnia samobójstwo w kanale, a „Mądry” wychodzi na powierzchnię, by wpaść w ręce czekających już Niemców (ta scena przeszła do historii polskiego i światowego kina). Jego los jest przesądzony. Tak czy inaczej „Kanał” był dla niego ogromnym awansem i przepustką do następnych filmów – by wymienić tylko głośny film Ewy i Czesława Petelskich „Baza ludzi umarłych” (1958) czy „Yokmok”, gdzie zagrał główną rolę prześladowanego przez UB b. oficera polskiej marynarki wojennej, który wrócił z Zachodu.

W tym czasie jego wizerunek aktora był już jasno określony – męski typ o twardym charakterze.
Grał raczej role poważne, ale – jak się okazało – jego talent komediowy był ogromny, czego dowodem rola najbardziej dla niego spektakularna – Hermana Brunnera w „Stawce większej niż życie”. Tak jak w przypadku Stanisława Mikulskiego stała się jego znakiem rozpoznawczym, ale czy przekleństwem? O ile Mikulski już nigdy nie przestał być Klossem, to Karewicz tego uniknął, choć dla przeciętnego Polaka zawsze pozostał Brunnerem. W latach 70. i 80. często grywał u Bohdana Poręby – w „Hubalu” rotmistrza Sołtykiewicza i w „Katastrofie w Gibraltarze” gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Co ciekawe, Poręby nigdy się nie wyrzekł, jak inni aktorzy, którzy po 1981 roku „odcinali” się od reżysera, który kojarzony był ze Zjednoczeniem Patriotycznym „Grunwald”. Karewicz nigdy politycznie się nie angażował, nie był członkiem PZPR, ale jednocześnie wolny był od pewnej przypadłości, jaką mieli np. tak wybitni twórcy, jak Wajda, Łapicki czy Holoubek. Od uwielbienia władzy i Polski Ludowej do nienawiści wobec niej. Karewicz był stały – grał dla ludzi i nie zmieniał poglądów.

W swoich wspomnieniach opublikowanych w książce „Moje trzy po trzy” (Warszawa 2013) mówił o tym okresie tak:

„W tym czasie Poręba i ja oraz aktorzy, którzy u niego grali, byli na indeksie, bowiem obowiązywał bojkot aktorski telewizji, teatrów, filmu. Tymczasem ten reżyser kręcił filmy, narażając się na ostracyzm tych, którzy trzymali nieformalną władzę w środowisku. Ja nie uważałem bojkotu za najlepszy sposób na obalenie ustroju. Sądziłem, że to tak, jakbyśmy, chcąc uderzyć szewca, bili po głowie krawca. To nie władza ucierpi na tym, że aktorzy nie pokażą się w telewizji. Ucierpi na tym przeciętny widz, bo będzie pozbawiony rozrywki czy kulturalnego widowiska. Na szczęście ustrój udało się zmienić bez zbytniej ofiary aktorów. W środowisku aktorów panował straszny zamęt. Sytuacja nie sprzyjała atmosferze twórczej. Wszyscy patrzyli na siebie wilkiem, było nieciekawie. Ja nie należałem do partii i nie powiesiliby mnie z tego powodu na latarni, ale czułem się wtedy nie najlepiej wśród kolegów. Ja jestem spod znaku Ryb, lubię czystą wodę, czystą atmosferę, jasną sytuację. A wtedy wszyscy patrzyli na siebie spode łba, każdy mógł oskarżyć każdego o jakiś wiersz mówiony na akademii okolicznościowej, o byle jaki wierszyk. To już nawet nie aktorzy, całe społeczeństwo było wtedy podzielone”.

karewicz sosnsowski.jpg
W "Katastrofie w Gibraltarze" Bohdana Poręby. Fot. Fototeka

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że wbrew temu co się w Polsce sądzi, to bojkotowicze zachowywali się wtedy podle – organizując nagonkę na swoich kolegów, którzy chcieli nadal grać. Było to tym bardziej niegodne, że w przeszłości, czyli w latach 50-70., to oni byli w pierwszym szeregu „wazeliniarzy” fetującymi władze na pochodach pierwszomajowych. Karewicz nigdy nie przekroczył pewnej granicy, nie musiał więc niczego „nadrabiać”. Wydaje się, że miał trzeźwy pogląd na powojenną teraźniejszość.

Widać to choćby czytając książkę o nim. Jako młody człowiek, wychowany w duchu patriotycznym (była przed wojną harcerzem) przeżył 1939 roku i okupację sowiecką w Wilnie. Ale to jak o tym mówił, może niejednego wychowanego na IPN zaszokować. Oto bowiem kreśli przed nami obraz bogatego życia kulturalnego, jest aktorem teatralnym, gra w polskich sztukach klasycznych (np. Bałucki). A o realiach tego czasu mówił tak: „Sowiecka okupacja nie była tak mroczna i groźna jak niemiecka”, a Polacy i Litwini byli traktowani na równi. Zetknięcie z okupacją niemiecką było szokiem: „Poczuliśmy, że atmosfera na ulicach zrobiła się niebezpieczna. Wprawdzie wiedzieliśmy już jak wyglądało to w Warszawie, z łapankami i rozstrzeliwaniem na ulicach, ale przynajmniej na razie takich pułapek jeszcze u nas nie było. Zauważyłem, że w tych pierwszych miesiącach od wejścia hitlerowców do miasta wszyscy moi znajomi i nie tylko oni, poczuli co najmniej respekt do najeźdźców, jeśli nie zaczęli się po prostu bać. Niemcy byli groźni, mówili w języku, którego nikt nie rozumiał. Nazywaliśmy ich Szwabami. Żeby uniknąć niebezpieczeństwa wpadnięcia w łapy Niemców, mama postanowiła, że wyjedziemy z miasta. Przypomniała sobie o dawnym domu nad Dźwiną i chociaż minęły lata, doszukała się tam znajomych. Pojechaliśmy”.

1-F-226-189-632x.jpg
Fot. Fototeka

W 1944 roku, będąc przecież świadkiem tego co działo się w Wilnie po wejściu Armii Czerwonej – nie miał oporów, żeby od razu, w Białymstoku, wstąpić do Wojska Polskiego. Wspominał, że kiedy zobaczył polskie flagi i napis „Wojsko Polski – witajcie” – rozpłakał się. Zamiłowanie do munduru zostało mu do końca życia. I nie chodziło tu tylko o przyjmowanie ról polskich wojskowych, ale także obecność na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, gdzie po raz ostatni zaśpiewał w 1988 roku „Szli na zachód osadnicy”, tak jak on w 1945 roku – choć doszedł „tylko” do Gdańska, gdzie zresztą zaczynał po wojnie karierę aktora w Teatrze Wybrzeże. Emil Karewicz odszedł, nikt mu nie wypomniał „nieprawomyślnego” z dzisiejszego punktu wiedzenia życiorysu – media dyskretnie zachowały milczenie na ten temat, sprowadzając jego wielki dorobek do roli króla Władysława Jagiełły w „Krzyżakach” i Hermana Brunnera w „Stawce większej niż życie”.

Jan Engelgard

Myśl Polska, nr 13-14 (29.03-5.04.2020)

Dzial: