Igranie życiem

duda_6.jpg
– Jestem przekonany, że w tej chwili nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby wprowadzić stan klęski żywiołowej czyli ten – można powiedzieć – najsłabszy ze stanów nadzwyczajnych – stwierdził na antenie RMF FM Jarosław Kaczyński. Słowa te padły w odpowiedzi na pytanie o ewentualność przełożenia wyborów prezydenckich ze względu na pandemię koronawirusa.

Dzień wcześniej prezydent Andrzej Duda w swoim orędziu apelował dramatycznie do Polaków o zachowanie nadzwyczajnej ostrożności, zachowania rygorów kwarantanny oraz otoczeniu seniorów szczególną opieką i pomocą, jako najbardziej narażonych na negatywne działanie koronawirusa. Rząd wprowadzając stan epidemii w kraju przyznał, że sytuacja stała się groźna i nie wystarczą zwykłe środki zaradcze stosowane dotychczas. Każdego dnia przybywa zakażonych koronawirusem, szkoły i uczelnie zostały zamknięte do Świąt Wielkanocnych, nie funkcjonują galerie handlowe, większość zakładów usługowych oraz handel nie związany z bieżącymi potrzebami życiowymi obywateli. Nowe przepisy mogą wyłączyć określone terytoria kraju z normalnego funkcjonowania, np. poprzez „zamykanie” miast.

W tej sytuacji upieranie się PiS-u przy majowej dacie wyborów prezydenckich, a o tym mówił prezes PiS, zaczyna być coraz bardziej irytujące. Widać wyraźnie, że w obecnych warunkach nie ma możliwości przeprowadzenia pełnej kampanii wyborczej, czyli zbierania podpisów, prowadzenia bezpośredniej agitacji i rywalizacji kandydatów, a to jest przecież jednym z podstawowych warunków uczciwych wyborów. Jeśli podstawową zasadą demokratycznej kampanii wyborczej jest równość szans, stanowiąca element zasady równości zapisanej w prawie, to każdy zauważy, że ta zasada w przypadku stanu zagrożenia epidemicznego i będących jego wynikiem obostrzeń, w tych wyborach nie funkcjonuje.

Skoro koronawirus ze względu na swoją niespotykaną zaraźliwość przenosi się nie tylko poprzez dotyk, ale implementuje się w organizmach także przez układ oddechowy i pokarmowy, to chyba jest oczywiste, że lokale wyborcze staną się idealnym wręcz miejscem infekowania wszystkich, którzy się w nich znajdą. No chyba, że się mylę. Zakładając jednak, że o pomyłce nie może być mowy, to obraz tych, którzy wciąż nie podejmują decyzji zmierzającej do przesunięcia wyborów, np. poprzez ogłoszenie stanu klęski żywiołowej, jawi mi się iście diabolicznie. Nawet jeśli jednym z argumentów, według mnie chybionych, jest założenie, że w maju wirusa będzie tyle, co kot napłakał, to i tak mamy do czynienia z igraniem życiem i zdrowiem obywateli, bo nie znamy do końca natury koronawirusa COVID-19.

Elektorat, zwłaszcza ten starszy, staje się zakładnikiem w rozgrywce o władzę. Czy te wszystkie zabiegi, dramatyczne decyzje o pozostaniu w domach, zamykaniu granic, szkół, uczelni, firm, czy te gorące apele prezydenta i premiera, mają zostać jednego dnia zniweczone, bo taka jest kalkulacja polityczna? Kto zdecyduje się po tym wszystkim na pracę w komisjach wyborczych, kto będzie obsługiwał ludzi będących na kwarantannie? To nie są pytania retoryczne.

Wymowne w tym wszystkim jest taktowne milczenie ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, skupiającego się na merytorycznej pracy. Pytany o termin wyborów stwierdził jedynie, że nie można określić, kiedy epidemia skończy się w Polsce i jak długo potrwa zagrożenie. Z politycznych względów decyzja w tej sprawie jest poza nim. Sumienie jednak, takim rygorom nie podlega. Pozostaje wierzyć, że pan minister wciąż je ma.

Maciej Eckardt
Myśl Polska, nr 13-14 (29.03-5.04.2020)