Rocznica grabieży

limonow.jpg
W roku 2012 mamy rocznicę. Równo 20 lat temu, latem 1992 roku w Rosji rozpoczęła się prywatyzacja bonowa, całkiem słusznie nazwana przez naród „przywłaszczyzacją” (ros. прихватизация – przyp. MP). Wprowadzono wówczas czeki prywatyzacyjne (vouchery), które bezpłatnie otrzymali obywatele i które teoretycznie mogli oni wymieniać na akcje takiego czy innego przedsiębiorstwa.

Wartość przedsiębiorstw krajowych była zaokrąglona i zaniżona do 1,4 trylionów rubli i na taką właśnie kwotę wydrukowano bony, których nominał jednostkowy ustalono na 10 000 rubli. Bezwzględny „łotewski strzelec”, Robespierre burżuazyjnej rewolucji, szef Państwowego Komitetu ds. Własności Anatolij Czubajs kierujący barbarzyńską dekolektywizacją całego kraju twierdził, że za jeden voucher można kupić dwie Wołgi. Sam widziałem, jak w 1993 roku na Bulwarze Kwiatowym spekulanci kupowali jeden bon za dwie butelki wódki.

Szefem Czubajsa był Jegor Gajdar. Miał do dyspozycji specjalny oddział pacyfikacyjny, w skład którego wchodzili m.in. zagraniczni specjaliści, w tym profesorowie z Harvardu Andrei Shleifer i Jonathan Hay. W swojej amerykańskiej ojczyźnie obaj stanęli w 2005 roku przed sądem za nadużywanie stanowisk służbowych w prywatnych celach. W Rosji Czubajs i jego ekipa nie tylko nie stanęli przed sądem, ale do tej pory pełnią ważne stanowiska w gospodarce Federacji Rosyjskiej. Jeśli Czubajs byłby obywatelem Stanów Zjednoczonych z pewnością zostałby postawiony w stan oskarżenia za „przywłaszczyzację”, której był sprawcą.

Prywatyzacja, podobnie jak niegdyś kolektywizacja, przeprowadzona została bez zgody społeczeństwa, arbitralnie i odgórnie. Nie poprzedziła jej nawet żadna dyskusja publiczna, nie mówiąc już o wskazanym w takim przypadku referendum. Prywatyzację przeprowadzono właściwie na podstawie kilku dekretów prezydenta Borysa Jelcyna, co oznacza, że z założenia nie miała ona nic wspólnego z demokracją.
Oto wspomniane dekrety:

- „Główne kierunki programu prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych i komunalnych”, dekret nr 341 z 29 grudnia 1991 roku;
- „O przyspieszeniu prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych i komunalnych”, dekret nr 66 z 29 stycznia 1992 roku;
- „O środkach organizacyjnych w sprawie przekształcenia przedsiębiorstw państwowych i ich dobrowolnych zrzeszeń w spółki akcyjne”, dekret z 1 lipca 1992 roku;
- „O wprowadzeniu do obiegu systemu czeków prywatyzacyjnych Federacji Rosyjskiej”, dekret z 14 sierpnia 1992 roku;
- „O państwowym programie prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych i komunalnych w Federacji Rosyjskiej”, dekret z 23 grudnia 1993 roku.

Naród okazał się całkowicie zaskoczony popełnianym przez władze przestępstwem przeciwko państwu. Prywatyzację z rozmysłem przeprowadzono w rewolucyjnym tempie, by społeczeństwo nie zdążyło się zorientować, co się dzieje. Zdecydowana większość ludzi nie wiedziała, co zrobić z otrzymanymi bonami, w pośpiechu je sprzedawała, pozbywała się ich, obawiając się, że ich wartość pożre inflacja i katastrofalny wzrost cen. Jednocześnie prywatyzacja bonowa okazała się korzystna dla szefów przedsiębiorstw, tzw. czerwonych dyrektorów, którzy sprawowali swe stanowiska jeszcze od czasów radzieckich. Znacznie lepiej zorientowani, dążący do celu i wtajemniczeni w istotę procesu, to właśnie oni kupowali pakiety kontrolne akcji i stawali się właścicielami.

Prostym obywatelom też nie zaproponowano w momencie „przywłaszczyzacji” równych warunków. Robotnicy mieli bowiem zniżki przy zakupie akcji swojego przedsiębiorstwa, podczas gdy sfera budżetowa – służba zdrowia, nauczyciele – nie otrzymali takich preferencji. Zakładano, że prywatyzacja bonowa doprowadzi do powstania w Rosji klasy średniej, a tym czasem w jej efekcie doszło do rozwarstwienia na miliony biednych i garstkę bardzo bogatych.

Wbrew legendzie utrwalonej przez literaturę i kino w latach 90-tych, wcale nie pojawiło się tak wielu bogaczy pośród tzw. nowych Rosjan. Właścicielami stali się za to ci, którzy znaleźli się blisko centrów dystrybucji własności – radziecka nomenklatura, dyrektorzy przedsiębiorstw, kierownicy i naczelnicy departamentów w ministerstwach i agencjach rządowych („starzy Rosjanie”). Podajmy tylko dwa jaskrawe przykłady. Wiktor Czernomyrdin i Rem Wiachiriew kierujący Ministerstwem Przemysłu Gazowego ZSRR przekształcili je w koncern Gazprom i stali się jego współwłaścicielami. Wagit Alekpierow, który by wtedy wiceministrem przemysłu naftowego, przekształcił część tego resortu w Łukoil, którego został właścicielem.

Po prywatyzacji bonowej przyszła kolej na zastawną, tak zwane aukcje zastawne. Odbywały się one od 1995 roku, mając teoretycznie na celu wspomożenie budżetu państwa. Ich pomysłodawcą był Władimir Potanin, właściciel banku ONEKSIM. Poparł go Czubajs, a cała operację koordynował Alfred Koch. Wystawiono na sprzedaż najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa państwowe. Początkowo zakładano, że nie zostaną one sprywatyzowane, lecz oddane w zastaw. Wyceny ich wartości były dramatycznie zaniżone. Dodatkowym manewrem było nierzadko dokonywanie ich zakupu za środki pochodzące z kredytów państwowych (których zresztą nigdy nie zwrócono). Rzekomo oddane w zastaw przedsiębiorstwa nigdy nie zostały z powrotem przejęte przez państwo.

To dlatego po 20 latach mamy w kraju „złote dwa tysiące” rodzin, z których każda dysponuje majątkiem powyżej 100 mln dolarów. W ramach mechanizmu aukcji zastawnych w ręce prywatne przeszły największe przedsiębiorstwa, na przykład Norylski Nikiel, Sibnieft, JUKOS, Łukoil, Mieczeł, Surgutnieftiegaz, Nowolipieckij Kombinat Metalurgiczny, Murmańska Żegluga Promowa.

Ciekawi jesteście, ile kosztowały? Najwięcej zapłacił Potanin. 51% akcji Norylskiego Niklu kosztowało go 170,1 mln dolarów. Dziś firma ta warta jest 12 mld dolarów, a jej zysk to około 3 mld dolarów. Michaił Chodorkowskij hojnie dał państwu za JUKOS 159 mln dolarów. JUKOS już nie istnieje, ale jego wartość w szczytowym momencie osiągnęła 35 mld dolarów. Za Mieczeł zapłacili 13 mln dolarów. Obecnie jego wartość to 12 mld dolarów. Murmańska Żegluga Promowa poszła za 4,125 mln dolarów. Teraz warta jest 248 mln dolarów.

Przed pięcioma laty Czubajs przyznał, że prywatyzacja miała rzekomo cel polityczny – niedopuszczenie do władzy komunistów. To może, skoro komuniści do władzy nie doszli, państwo mogłoby zażądać zwrotu oddanej w zastaw własności? W społeczeństwie rosyjskim w tym czasie ukształtował się konsensus w sprawie potępienia prywatyzacji i powstałej w jej wyniku wielkiej własności prywatnej. Przygniatająca większość obywateli Rosji (różne badania opinii publicznej wskazują porażający odsetek od 80 do 90%) uznaje prywatyzację za bezprawną i chciałaby w taki czy inny sposób doprowadzić do jej weryfikacji.

Twarde, ale sprawiedliwe hasło „Wszystko odebrać i podzielić!” najlepiej oddaje stosunek społeczny do popełnionego 20 lat temu przestępstwa. Weryfikacja skutków prywatyzacji i nacjonalizacja narodowego majątku znajdującego się dziś w ręku najbogatszych sama przychodzi na myśl.

Eduard Limonow
fot. rt.com

Powyższy tekst ukazał się w dzienniku „Izwiestia” («Известия») 23 października 2012 roku. Autor był wówczas felietonistą tej gazety. Po latach uznawał tą właśnie publikację za swoje najważniejsze stanowisko w sprawie transformacji gospodarczej i własnościowej w Rosji po upadku Związku Radzieckiego. Z krytyką prywatyzacji występował do ostatnich dni swojego życia i aktywności.
(przyp. MP)

Dzial: