Koniec polskiego górnictwa?

gorncitwo.jpg
Osoby niezorientowane w temacie mają ostatnio prawo odnieść wrażenie, że polski przemysł wydobywczy ta jakieś eldorado. Oto – dokładnie w dniu 14 lutego – pracownicy Polskiej Grupy Górniczej (siedziba spółki na zdjęciu) otrzymują „walentynkowy” prezent w postaci „czternastki”, co Spółkę kosztuje – bagatela (w końcu bogatemu wolno) – 389 mln zł.

Ale negocjującym bonzom związkowym wciąż było mało i grozili marszem na Warszawę w dniu 28 lutego. Więc na negocjacje przyjechał sam „szef aktywów państwowych” Minister Sasin i obiecał związkowcom podwyżki, za które Polska Grupa Górnicza wyłoży kolejne prawie 270 mln zł. I jeszcze ogłosił negocjacyjny sukces, bo związkowcy domagali się podwyżek dwukrotnie wyższych.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, iż PGG (bodaj największa firma górnicza w Europie) jest de facto bankrutem. Niedawno Spółkę uratowała kroplówka, jaką musiały jej zafundować nasze cztery państwowe „koncerny” energetyczne, co bezpośrednio odbiło się na ich wyniku finansowym kwotą łącznie niemal 0,5 MILIARDA zł. (oczywiście odbiło się czkawką). Na „sensowność” tych inwestycji zwróciła zresztą niedawno uwagę Najwyższa Izba Kontroli. Kwota pół miliarda złotych jest tu zresztą liczbą magiczną, bo prawie tyle wynosi strata PGG za rok ubiegły. W roku bieżącym spółkę czeka z kolei wykup 1 raty obligacji opiewających na łączną kwotę kulka miliardów zł. Jednak związkowcy uzasadniają roszczenia płacowe „wykonaniem planu wydobycia”.

Czyli jak za starej dobrej komuny – nieistotna jest sprzedaż, liczy się produkcja
. Co prawda w materii wydobycia można wskazać, ze w roku 2013 w Katowickim Holdingu Węglowym wyniosło ono 12 mln ton, zaś w Kompani Węglowej – 39 mln ton. Teraz powstała z ich połączenia PGG nie przekracza 30 mln ton rocznie. Natomiast wydajność w PGG zmalała do 680 ton/górnika/rok, gdy np. w lubelskiej Bogdance wynosi 1.200 ton.

Ale kluczowy jest brak sprzedaży. Nasz węgiel jest po prostu za drogi i nikt, łącznie z naszymi koncernami energetycznymi nie chce go kupować. W grudniu ub.r. cena naszego węgla oscylowała wokół 265 zł/tonę, zaś importowanego np. z państw bałtyckich (o tej samej kaloryczności) – nie sięgała nawet 170 zł/tonę. Nic dziwnego, że w ubiegłym roku z samej Rosji sprowadziliśmy ok. 11 mln ton, a przecież importujemy na dużą skalę węgiel również drogą morską. Pojawiła się nawet – pół żartem – propozycja, by obchody górniczego święta (Barbórka) przenieść ze Śląska do któregoś z trójmiejskich portów.

Składowany węgiel szacuje się już na 14 mln ton, głównie przy elektrowniach i ciepłowniach (gdzie jakieś rezerwy mają uzasadnienie) ale również na zwałach pod kopalniami (np. przy samej kopalni Piast-Ziemowit zalega już prawie pół miliona ton). Co prawda „geniusze” z PiS (być może sam geniusz Sasin) wymyślili już „plan” zaradzenia tej sytuacji. Ale wymyślili w swoim, centralistycznym, pisowskim stylu. Remedium na ten problem ma stać się Centralny Magazyn Węgla, zlokalizowany na 42-hektarowym placu w Ostrowie Wielkopolskim. Patrząc z perspektywy śląskiej trudno zastanowiwszy się nad tym pomysłem powstrzymać się od śmiechu. Wożenie węgla kilkaset kilometrów na północ i następnie z powrotem to zlokalizowanych często niedaleko kopalń elektrowni to koncepcja – delikatnie rzecz ujmując – kontrowersyjna. W dodatku – skoro Centralny Magazyn ma pomieścić ok. miliona ton węgla – problemu to nie rozwiązuje nawet w teorii.

Z czego wynika zaporowa cena polskiego węgla? Przede wszystkim z głębokości naszych złóż – u nas górnik potrzebuje średnio 2,5 godziny na dojście do miejsca bezpośredniej pracy, a w miarę eksploatacji sięgamy do złóż położonych coraz głębiej i ekonomika całego przedsięwzięcia nie wytrzymuje rywalizacji z kopalniami odkrywkowymi. Do tego dochodzi irracjonalna, bałaganiarska i nadmiernie rozbudowana struktura zarządzania oraz liczne i rozpasane związki zawodowe. To po prostu nie może dobrze działać, nawet mimo naprawdę ciężkiej i często ryzykownej pracy górników. I to nie koniec problemów. Dochodzą jeszcze szkody górnicze, które dotykają zwłaszcza śląskie miasta (np. Bytom jest już zdegradowany niemal totalnie). A świadomość tzw. społeczna rośnie, czego dowodem były głośne ostatnio manifestacje mieszkańców Imielina przeciw rozbudowę kopalni pod tym miastem. Podczas jednej z nich doszło do średnio przyjemnego spięcia ze związkowcami, którzy wyrażali swe poparcie dla dalszej eksploatacji tamtejszych złóż. Tu akurat względny komfort ma lubelska Bogdanka, położona z dala od zabudowań. Ale na Śląsku takiego komfortu kopalnie na ogół nie mają. I okoliczni mieszkańcy również nie.

Czy można polskie górnictwo węgla kamiennego jeszcze uratować? Nie wiem, ale mam poważne obawy, że na to już za późno. Niestety – rząd PiS przespał okres koniunktury na rynku węglowym, gdzie finansowe nadwyżki można było przeznaczyć na inwestycje np. w nowe technologie. Nie podejmę się oceny czy rzeczywiście naszym przepisem na sukces mogłoby być propagowane m.in. przez byłego posła Wilka podziemne zgazowanie węgla. Ale trzeba było szukać oraz być może inwestować, np. poprzez nasze energetyczne „koncerny”, które niewątpliwie stosowne środki posiadają. Zamiast tego – zdecydowano się na konsumpcję, której dzisiejsze „walentynkowe” czternastki i podwyżki tudzież górnicze karczmy piwne są być może ostatnim symbolem. Bo to już chyba jest niestety bal na Titanicu.

Szkoda, że nie wyciągnięto wniosków z udanej prywatyzacji, jaka miała miejsce w tej branży. Nie chodzi mi o „prywatyzację” Jastrzębskiej Spółki Węglowej poprzez jej huczne wejście na giełdę, co niekonieczne wiąże się z dobrymi doświadczeniami ówczesnych, na ogół drobnych inwestorów. Pragnę w tym miejscu przywołać sprzedaż w roku 2010 kopalni „Silesia” w Czechowicach – Dziedzicach inwestorowi z Czech. Kopalnia dzięki temu wyszła na prostą – ku zadowoleniu zatrudnionych w niej górników.

Jacek Matusiewicz
Rubryka: "Refleksje konserwatywnego zgreda"
Myśl Polska, nr 9-10 (1-9.03.2020)