Pomnik na czterech kolumnach

hun 2_1.jpg
Z Węgrami złączyły mnie emocje, jakie przeżyłem będąc 13-latkiem i nieco później. Był rok 1956, kiedy rozpocząłem naukę w VIII klasie Liceum Ogólnokształcącego. Mimo że wymagania były tam bardzo wysokie (w większości jeszcze przedwojenna kadra nauczycielska) lekcje odrabiałem na chybcika, ponieważ od czasu, gdy dowiedziałem się o wybuchu Powstania Węgierskiego, większość czasu spędzałem przy radioodbiorniku.

Słuchałem „wrogich” radiostacji, by śledzić zmagania naszych Bratanków ze stalinowskim reżimem Mátyása Rákosi'ego (zastąpionego przez szefa węgierskiej bezpieki - AVH Ernő Gerő, właśc. Ernő Singer). Cieszyłem się z początkowego – jakże krótkiego – zwycięstwa powstańców i głęboko przeżyłem drugą interwencję wojsk sowieckich, zakończoną upadkiem Powstania i krwawym ofiarami. Tak się złożyło, że wkrótce po wybuchu walk na klasówce z polskiego polonistka jako jeden z tematów wymieniła „Najważniejsze wydarzenia w Polsce i na świecie”.

Rzecz jasna wziąłem ten temat, opisałem Powstanie i Polski Październik. Kilka lat później, już w klasie XI, maturalnej, zadałem na lekcji WOP (Wiadomości o Polsce i Świecie Współczesnym) pytanie wykładowcy (I sekretarz POP w szkole i rusycysta) jak się ma stłumienie Powstania do „pokojowej” polityki Związku Radzieckiego. Odpowiedział, ze o polityce nie myśli się sercem, ale rozumem. Co oczywiście jest prawdą, ale nie stanowiło odpowiedzi. To jednak nie wszystko. Jak się później dowiedziałem, podczas posiedzenia Rady Pedagogicznej powiedział, że Lipiński ma negatywny stosunek do obecnej rzeczywistości. Ale żadne konsekwencje mnie nie spotkały. Stalinizm już minął.

To wszystko utkwiło w mojej pamięci. Jakże się więc ucieszyłem, gdy zadzwonił do mnie mój Przyjaciel i zapytał czy chciałbym uczestniczyć w promocji III tomu albumu „Pamięć. Polscy uchodźcy ba Węgrzech 1939 – 1946”. Przyszedłem do Ambasady Węgier, gdzie otrzymałem wspaniały album i zrecenzowałem (MP/2016).

W grudniu 2019 r. sytuacja powtórzyła się, z tą tylko różnicą, że chodziło już o tom IV [1]. Przypominam, że każdy tom jest dwujęzyczny – po jednej stronie mamy teksty w języku polskim, po drugiej w języku węgierskim.

Książka zawiera trzy przedmowy, słowo od Autorów, podziękowania dla darczyńców instytucjonalnych i prywatnych, dwa główne rozdziały – „Od dyplomaty do kuriera” oraz „Z rodzinnych albumów”, suplement, bibliografię, indeks nazwisk, spis treści tomów I – III, dodatek – „Relacje polsko-węgiierskie wczoraj i dziś”. Publikacja autorstwa Grzegorza Łubczyka (b. ambasadora RP w Budapeszcie) oraz jego Małżonki Krystyny stanowi kolejny pomnik wystawiony ludziom szlachetnym i odważnym, dzięki którym Polacy znaleźli nie tylko opiekę, możliwość kształcenia dzieci, czy okazje do przedostania się na Zachód do Wojska Polskiego, ale i autentyczną życzliwość i bezinteresowną pomoc Madziarów. To dla ludzi pozbawionych ojczyzny, niepewnych wyników wojny, rzecz bezcenna, nieprzeliczalna na wartości materialne.

Przez album przewija się szereg postaci węgierskich i polskich – zaangażowanych w politykę, oraz szarych uchodźców cywilnych i wojskowych. Zacznijmy od Węgrów.

okl hungary new.jpg

Oto Tibor Csorba – wykładowca języka węgierskiego na Uniwersytecie Warszawskim, autor słowników, artysta-malarz, tłumacz, autor książek naukowych. Bezcenny współpracownik Józsefa Antallla, któremu rząd Królestwa Węgier powierzył los polskich uchodźców. W 1940 r. wyruszył do Warszawy, aby przekonać się o warunkach, w jakich żyją Polacy, a szczególnie polska inteligencja, pod okupacją niemiecką. Ten pobyt wstrząsnął nim. Swoje obserwacje oraz sugestie zawarł w dwóch raportach skierowanych do rządu polskiego na uchodźstwie – do wicepremiera Stanisława Kota oraz ministra opieki społecznej Stanisława Stańczyka. Domagał się od nich natychmiastowej pomocy dla naukowców i ludzi kultury, jednocześnie oferując swoje pośrednictwo. Jednocześnie wyraził podziw dla tych naukowców i twórców, którzy mając możliwość udania się zagranicę, pozostawali w strasznych warunkach w kraju uważając emigrację za zdradę.

Z kolei państwo Łubczykowie prezentują nam sylwetkę innego przyjaciela Polaków – płk dypl. Lóránda Utassy. Po nominacji (1 października 1943 r.) na szefa XXI Departamentu Jeńców Wojennych i Internowanych Ministerstwa Honwedów (obrony) sprawy Polaków znalazły się w jego rękach. Kontynuował on życzliwą politykę wobec Polaków swego poprzednika, usuniętego na żądanie Niemców. Jego sytuacja skomplikowała się jednak po zajęciu Węgier przez Niemców 19 marca 1944 r. i objęcia z nadania niemieckiego władzy przez strzałokrzyżowców po przywództwem Ferenca Szálasi'ego. Przez pewien czas udawało się Utassy'emu lawirować. Ten stan rzeczy nie trwał długo. Został aresztowany przez strzałokrzyżowców i osadzony w więzieniach węgierskich oraz obozach niemieckich, w tym w Dachau, po czym zdegradowany do stopnia szeregowca.

Po wypędzeniu Niemców z Węgier został zrehabilitowany w 1945 r., a nawet awansowany do stopnia generała majora, ale już rok później przeniesiono go w stan spoczynku. Rząd Rakosi'ego uznał go za wroga klasowego, odebrał mieszkanie w Budapeszcie oraz cały majątek, deportował z żoną i synkiem na prowincję do ciężkiej pracy fizycznej na roli. Pierwszy rząd Imre Nagy'a w 1953 r. cofnął deportację, ale mieszkania nie zwrócił. Zmarł w 1974 r. Po obaleniu komunizmu pośmiertnie został awansowany do stopnia generała dywizji. Za jego zasługi dla Polaków, na wniosek Grzegorza Łubczyka został odznaczony pośmiertnie medalem „VIRTUS et FRATERNITAS”, przyznawanym osobom pomagającym obywatelom polskim w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych poza granicami Rzeczypospolitej w czasach niemieckiego i sowieckiego totalitaryzmu. Odznaczenie odebrał wnuk generała.

Ten przegląd zamknijmy postacią „Cioci” Maci. Małe miasteczko węgierskie Nagykata w komitacie Pest przyjęło 200 internowanych polskich lotników i policjantów. Polacy spotkali się z gościnnością miejscowej ludności, w tym rodziny Vonnaków. Pewnego dnia do ich gospodarstwa przyszli żołnierze, by nazbierać kartofli do obozowego kotła. 12-letnia wówczas Manci przyszła popatrzeć na Polaków, a szczególnie zaciekawił ją Józef Poprawski. Obserwowany odwrócił się do niej, uśmiechnął i powiedział coś w nieznanym jej języku. Speszona dziewczynka uciekła do domu. Po pewnym czasie jej rodzice dowiedzieli się, że zostawił w Polsce zonę i dwuletniego synka. Prawdopodobnie zaprosili go na obiad. Jakież było ich zdumienie i przerażenie, gdy dowiedzieli się, że Poprawski został pomyłkowo zastrzelony przez kolegę. Na jego pogrzeb, który odbył się z honorami wojskowymi, przyszło prawie całe miasteczko. Grób pokryły kwiaty.

Przez pewien czas miejsce pochówku odwiedzali mieszkańcy, ale z czasem przestali. Wtedy Maci przyrzekła sobie, ze to ona będzie opiekować się tym grobem. Jej matka zaakceptowała decyzję córki i obie chodziły na cmentarz, pielęgnując grób polskiego żołnierza, jak kogoś bliskiego. Ale i matka kiedyś odeszła, Maci więc dbała o oba groby. Co więcej, rozpoczęła poszukiwania rodziny śp. Józefa. W końcu poprzez polską pośredniczkę odnalazła synową zabitego. A przecież wyszła za mąż, dochowała się czworo dzieci, doczekała wnuków. Mimo to przysiędze pozostała wierna. Za 70 lat opieki nad grobem została odznaczona medalem „Pamiętamy i Dziękujemy”, wybity przez Ambasadę RP z okazji 60-lecia polskiego uchodźstwa następnie otrzymała drugi medal – „Opiekun Miejsc Pamięci Narodowej”. To jedyna taka Opiekunka...

hun 1.jpg

Przejdźmy z kolei do niektórych sylwetek polskich zaprezentowanych w albumie. Na plan pierwszy wysuwa się ambasador RP (według ówczesnej nomenklatury dyplomatycznej – poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny) – Leon Orłowski. W swojej błyskotliwej karierze dyplomatycznej w trzy lata po objęciu ambasady w Budapeszcie (1936 r.) stanął przed niesłychanie ciężkim zadaniem – podjęcie opieki nad polskimi uchodźcami (ok. 150 tys.) we współpracy z władzami węgierskimi, mając jednocześnie świadomość z jednej strony ogromnej życzliwości ludności i rządu Królestwa Węgier, a z drugiej konieczność wzięcia pod uwagę skomplikowanego położenia Węgier, które pozostawały w sojuszu z III Rzeszą. Niemieccy dyplomaci doskonale zdawali sobie sprawę z tego dylematu, naciskając coraz silniej w tej sprawie na Horthy'ego i gabinet Telekiego.

Rozwiązywanie problemów Polaków na Węgrzech wymagało więc zarówno woli, charakteru i zręczności. Jak zawsze, Orłowski mógł liczyć na pomoc polityków węgierskich. Toteż obie strony znalazły bardziej zakamuflowane metody pomocy Polakom. Przyszedł jednak czas na rozstanie Orłowskiego z węgierskimi przyjaciółmi. Zarówno rząd polski w Londynie, jak i rząd Węgier rozumiały konieczność likwidacji ambasady RP w Budapeszcie. W wystosowanej nocie ambasador serdecznie podziękował premierowi Teleky za wszystko, co Węgrzy zrobili dla Polaków, z kolei regent Horthy zaprosił Orłowskiego przed jego wyjazdem na prywatne śniadanie.

Po rozwiązaniu placówki polscy uchodźcy nie pozostali bez zorganizowanej opieki. Sprawował ją Komitet Obywatelski na czele z Henrykiem Sławikiem, który reprezentował polskie sprawy wobec gospodarzy węgierskich. Chociaż Orłowski sprostał w stu procentach wyzwaniu, po przyjeździe do Londynu spotkało go gorzkie rozczarowanie. Gdy nie zaproponowano mu pracy w MSZ rządu londyńskiego wyemigrował do USA, gdzie pozostawał aż do powrotu do kraju w 1973 r. Wdzięczność to najniżej notowany papier na giełdzie politycznej., co od czasu do czasu przypominam.

W pracy Państwa Łubczyków znajdziemy też postać króla kurierów tatrzańskich Wacława Felczaka. To malownicza postać. Absolwent Uniwersytetu Poznańskiego (ukończył historię), gdzie prof. Kazimierz Chodyniecki zainteresował go nauką języka węgierskiego i stosunkami polsko-węgierskimi w dziejach obu narodów. Uzyskawszy magisterium dalsze studia kontynuował na Węgrzech dzięki stypendium rządu węgierskiego. Po klęsce Polski w kampanii wrześniowej, nawiązawszy kontakty polityczne, podejmuje się organizowania kurierów na trasach Polska-Węgry-Polska. Broń, tajne przesyłki, pieniądze – dla podziemia antyniemieckiego. „Lech”, bo taki pseudonim przybrał Felczak, uważany był za najlepszego organizatora i jednocześnie kuriera przez swoich konspiracyjnych zwierzchników. I jemu też zdarzyła się wpadka, ale brawurowo wydostał się z niemieckich łap.

Po wojnie współpracował z antykomunistycznym podziemiem, a jednocześnie przerzucał na Zachód ludzi zagrożonych aresztowaniem przez UB. Sam jednak nie uniknął tego losu; aresztowany w 1948 r. przez bezpiekę został skazany na dożywocie. Zza więziennych krat wyszedł dopiero w 1956 r. na fali politycznej odwilży. Więzienie nie załamało go. Wrócił do pracy naukowej uzyskując kolejno, doktorat, habilitację i wreszcie profesurę. Zmarł w wieku 75 lat.

„Ukochana Matuś! List ten jest już ostatni. Dziś wieczorem zostanę stracona. Boli mnie to, lecz cóż mogę począć? (…) Zostańcie z Bogiem i pomyślcie czasami o mnie. (…) Tobie i Markowi (syn skazanej) życzę wszystkiego, co na tym świecie najlepsze. A oto moje ostatnie słowa do Marka: niech Cię słucha i stanie się dla Ciebie rodzonym synem Niech Ci zastąpi moją miłość do Ciebie. Dla siebie proszę tylko o modlitwę” – to wyjątki z ostatniego listu Olgi Kamińskiej-Prokop do matki. Na kilka godzin przed śmiercią myśli tylko o synku i rodzinie. Znalazła się, jak tysiące Polaków, nad Dunajem, gdzie od razu przystąpiła do organizowania harcerstwa polskiego we współpracy z węgierskim skautingiem. Zajęcia harcerskie stały się de facto kursem przygotowawczym do walki z okupantem i działalności podziemnej.

Olga Prokop podjęła się przeprowadzenia dwóch oficerów angielskich – zbiegów z obozu jenieckiego – z Jugosławii do Turcji. Niestety, w Bułgarii cała trójka została zatrzymana przez patrol wojskowy, a następnie wydana Niemcom. Brytyjczycy bez żadnych oporów sypali wszystkich Polaków, którzy im pomagali w ucieczce na zachód.. A przecież mogli zasłonić się nieznajomością języka polskiego. Groził im tylko powrót do obozu. Natomiast wydanie Polaków oznaczało dla nich niemal pewną śmierć.

Na zakończenie tej części krótki opis miłości ojca do córki, czyli korespondencji między Janem i Marysią Blum. Ojciec, były konsul honorowy Węgier we Lwowie, wdowiec, znalazłszy się na Węgrzech natychmiast zadbał o edukację swojej 7-letniej wówczas córki, co oznaczało rozstanie na czas nauki. Stąd listy. Tylko jeden cytat z listu z 27.X. 1942 r.: „Bardzo ucieszyłem się kartką Twoją i wiadomością, że masz 3 dni wolne. Przyjadę do ciebie w sobotę rano. (…) Przygotujemy różne dobre smakołyki dla Córeńki mojej. Poproś, aby siostra (Marysia przebywała wtedy w węgierskiej szkole zakonnej – ZL) przygotowała letnie rzeczy do zabrania, wezmę je ze sobą.. Całuję Cię moja kochana Córeńko...” Dla mieszkającej obecnie we Wrocławiu pani Marii Franciszak kartki od ojca stanowią najcenniejszą pamiątkę. Żałuje tylko, że nie ma okazji rozmowy w języku węgierskim, który uważa za piękny.

Krystyna i Grzegorz Łubczykowie wykonali benedyktyńską, wieloletnią pracę stawiając swoimi opracowaniami prawdziwy czterokolumnowy pomnik przyjaźni polsko-węgierskiej, jak również pomnik wdzięczności naszym madziarskim bratankom. Jednocześnie ukazali cały szereg jakże zasłużonych postaci, o których nigdzie indziej nie przeczytamy. W powstanie tego albumu ogromny wkład miał grafik Krzysztof Łucki. Odtworzone przez niego zdjęcia z lat 40-ych oglądamy jakby zrobione dziś. Zarówno treść jak i grafika czynią z dzieła pp. Łubczyków i p. Łuckiego rarytas bibliofilski. Pamiętajmy też o zasługach Oficyny Wydawniczej Rytm, która nadała wspaniały kształt i wygląd omawianego dzieła.

O przyjaźni i wdzięczności można mówić bez końca, ale pp. Łubczykom wyraźnie przyświecała idea zawarta w łacińskiej maksymie: „Verba volant, scripta manent”.

Zbigniew Lipiński

[1] Krystyna Łubczyk Grzegorz Łubczyk: Pamięć IV. Polscy uchodźcy na Węgrzech 1939-1946, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa.
Myśl Polska, nr 7-8 (16-23.02.2020)

Dzial: