Samorząd terytorialny w III RP (na przykładzie Śląska)

sejm_1.jpg
Pisząc o samorządności w przywoływanym (moim) regionie nie sposób abstrahować od ustawy z dnia 15 lipca 1920 r. o statucie organicznym dla województwa śląskiego, która stanowiła podstawę włączenia niemieckiej prowincji śląskiej do II RP, co stało się w roku 1922. Ustawa dawała Sejmowi Śląskiemu władzę ustawodawczą na terenie województwa, władzę wykonawczą sprawował zaś Wojewoda powoływany przez Prezydenta RP na wniosek Premiera.

Kwestie związane z wojskiem oraz polityką zagraniczną pozostały w gestii władz centralnych, ale już np. organizacja policji, podział administracyjny województwa, edukacja i ustrój samorządów lokalnych były domeną władz wojewódzkich.

Obecnie zaś mamy do czynienia z hybrydą, w której kompetencje urzędów: samorządowego (marszałkowskiego) i rządowego (wojewódzkiego) podzielone są w sposób często dyskusyjny. Do rangi symbolu urasta brak uregulowania własności gmachu Sejmu Śląskiego, który wciąż nie został zwrócony śląskiemu samorządowi. Wojewoda jest dziś urzędnikiem państwowym i zatrudnia około 1 tysiąca osób, z czego ok. 300 przy paszportach a resztę głównie w zakresie pomocy społecznej (realizowanej w imieniu ministerstwa), zarządzania kryzysowego, obsługi cudzoziemców i w kuratoriach oświaty.

Z kolei samorządowy Śląski Urząd Marszałkowski zatrudnia również ok. tysiąca osób, z czego ok. 1/3 przy obsłudze funduszy unijnych. Nadto, do kompetencji wybieranych przez Sejmik Śląski Marszałka i kierowanego przezeń Zarządu Województwa należy organizacja kolei regionalnych (od niedawna – na szczęście - poprzez spółkę Koleje Śląskie), utrzymanie dróg wojewódzkich oraz części szpitali (wojewódzkich i specjalistycznych), geodezja i kartografia, prowadzenie ośrodków nauczania, wojewódzkich instytucji kultury oraz turystyka (tu oprócz zadań promocyjnych wymienić wypada np. nadawanie hotelom „gwiazdek”). Specyficzne dla województwa śląskiego są zadania związane z funkcjonowaniem Stadionu Śląskiego, Parku Śląskiego, Górnośląskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów oraz instytucji powołanych na podstawie Kontraktu Regionalnego dla województwa jeszcze podówczas katowickiego, jak np. Funduszu Górnośląskiego S.A.

Czy takie zakresy zadań uzasadniają istnienie na szczeblu województwa podwójnej administracji oraz Sejmiku Śląskiego? To kwestia ustroju państwa. Dzisiaj jest on centralistyczny i wydaje się, ze Sejmik i część kompetencji Marszałka to przerost formy nad treścią. Ale niektóre ugrupowania (choćby funkcjonujące w ramach Koalicji Polskiej i Konfederacji oraz –do pewnego stopnia i niekonsekwentnie– Koalicja Obywatelska) proponują (moim zdaniem słusznie) decentralizację, która nakazałaby z kolei przemyślenie sensu utrzymywania tak rozpasanej administracji podległej wojewodzie, zwłaszcza jeśli decentralizacji lub prywatyzacji miałyby ulec pomoc społeczna i szkolnictwo. Wydaje się również, iż Park Śląski powinien „zasilić” kompetencje Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (związek sąsiadujących ze sobą 41 gmin, w tym 12 miast na prawach powiatu), która jak dotąd efektywnie przejęła jedynie zadania KZK GOP (komunikacja publiczna).

Równie istotne pytania pojawiają się na szczeblu lokalnym – chodzi np. o sens reform wprowadzonych przez rząd Jerzego Buzka. Ustanowiono powiaty, zwiększono biurokrację. Czy było warto? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Ustanowienie tzw. powiatów grodzkich i przejęcie przez niektóre miasta kompetencji dotąd rządowych stanowiło krok w dobrym kierunku, choć np. powiatowe urzędy pracy należało przy okazji zlikwidować. Klientom pracy na ogół nie znajdują, a ci, którzy są tam zatrudnieni prace przecież znajdą, wszak podobno są od tego specjalistami. A wypłaty zasiłków mógłby przejąć ZUS. Natomiast powiaty tzw. ziemskie są nieporozumieniem, zwłaszcza przy istniejących na ich terenie urzędach gminnych, które na ogół powielają ich kompetencje.

Natomiast możnaby rozważyć inną opcję – utrzymać (a nawet wzmocnić) powiaty ziemskie, ale zlikwidować urzędy w niewielkich gminach. Mój serdeczny przyjaciel – wykładowca administracji publicznej na Thames Valley University, który prowadził organizowane przeze mnie szkolenia dla śląskich pracowników samorządowych już dawno wyśmiewał sens istnienia tych urzędów. Doświadczenia angielskie – mówił mi – uczą, iż istnienie urzędu dla społeczności mniej licznej niż 40 tys. osób jest nonsensowne, gdyż urzędy te zrobią niewiele ponad to, by zarobić na siebie. I – mądrzejszy o doświadczenia niemal trzech dekad samorządności – jestem skłonny przyznać Mu rację. W niewielkich gminach powinny pozostać społeczne rady (na wzór dzisiejszych sołeckich), które opiniują przedsięwzięcia planowane na stosownym dlań obszarze. Do ich obsługi – 1 osoba na 1/2 etatu. Do tego 2-3 osoby do spraw dowodów osobistych i praw jazdy (do załatwienia w powiecie), 1 osoba do pomocy przy bezpłatnej dla mieszkańców gminy kafejce internetowej i jeszcze portier. Ot i cały „urząd”. Podsumowując ten wątek – urzędy winny pozostać albo na poziomie powiatu ziemskiego albo niewielkiej gminy. Dla kogokolwiek rozsądnego – tertium non datur.

Na koniec usługi medyczne (nie cierpię określenia „służba zdrowia) i edukacyjne. Moim zdaniem – szkoły i szpitale – niech będą powiatowe (czyli w powiatach „grodzkich – miejskie), lepiej w formie spółek prawa handlowego, a najlepiej – sprywatyzowane. A programy w szkołach – zatwierdzane przez powiatowe (miejskie) wydziały edukacji. No i urzędy marszałkowskie, które w zakresie edukacji regionalnej powinny mieć wiele do powiedzenia. Oczywiście kuratoria (wraz z ministerstwem edukacji) – do likwidacji.

I jeszcze krótka refleksja ogólna – demokratą nie jestem, ale jeśli demokracja ma jakiś sens, to właśnie na szczeblu lokalnym. Pisał o tym 150 lat temu jeden z moich ideowych mistrzów – Alexis de Tocqueville, określając lokalną samorządność mianem wręcz wymysłu Stwórcy. Zgodnie z tą filozofią, oraz głoszoną przez Kościół zasadą pomocniczości – na szczeble wyższe winny być delegowane wyłącznie te uprawnienia, których nie można załatwić lokalnie i regionalnie. I w tym kierunku winny również być przekazywane pieniądze – nie zaś tak jak dziś, na zasadzie centralnego rozdzielnictwa.

Lecz z drugiej strony nie można wpaść w skrajność tworzenia urzędu „blisko obywatela” bo doszlibyśmy do absurdu, który ma miejsce w jednym z fińskich miasteczek, gdzie w tamtejszym urzędzie zatrudnionych jest 40 % jego mieszkańców. W pułapkę socjalizmu i biurokracji można wpaść również na poziomie gminnym a tego chcielibyśmy chyba uniknąć? No i zasada pomocniczości winna obowiązywać też w relacji obywatel – samorząd. Najlepiej większość kompetencji (i zarobionych pieniędzy) zostawić temu pierwszemu.

Jacek Matusiewicz
Myśl Polska, nr 7-8 (16-23.02.2020)
Fot. Wikipedia (Gmach Sejmu Śląskiego)

Dzial: