Dmowski na Kasztance?

oko press.jpg
Wicepremier Piotr Gliński zapowiedział powołanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego. Na jego czele ma stanąć dobrze skądinąd oceniany w środowiskach narodowych prof. Jan Żaryn, który w swojej pracy naukowej zajmował się m.in. historią ruchu narodowego.

Swoimi niepoprawnymi opiniami, chociażby w sprawie odpowiedzialności za Jedwabne, potrafił doprowadzać do paroksyzmów liczne lewicowe redakcje z „Gazetą Wyborczą” na czele. To sprawiło, że wylądował na mozolnie prowadzonej przez nią „szowinistycznej ławce”. W sumie zaszczyt.

Ta całkiem dobra z endeckiego punktu widzenia rekomendacja w kontekście powołania wspomnianego Instytutu ma dla środowisk endeckich jednak niekoniecznie pozytywny wydźwięk. Wyczuwają one bowiem wszelkie fałszywe tony wybrzmiewające ze środowisk niechętnych, czy wręcz wrogich Dmowskiemu. A takie w swojej istocie jest środowisko polityczne ministra Piotra Glińskiego, będącego wcześniej – co warto przypomnieć – kandydatem „Zielonych” na listach Unii Wolności.

Trudno o optymizm, kiedy jeden z liderów tego środowiska wprost przyznawał niedawno, że celem jego partii jest niedopuszczenie do odrodzenia się endecji. I choć to się nie udało, m.in. za sprawą swoistej mody na endeckość w młodym pokoleniu oraz sukcesu Konfederacji odwołującej się do myśli endeckiej, to wcale nie oznacza, że PiS zaniechało swoich planów. Uległy one jedynie modyfikacji w myśl zasady, że skoro nie można pokonać wroga, to trzeba go pozyskać. Cel pozostaje niezmienny – endecja w służbie PiS-u.

Rządowy grosz przeznaczony na uruchomienie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej nie jest groszem bezwarunkowym. Jest groszem ściśle znaczonym, wprzęgniętym w szeroki front zawłaszczania wszelkich możliwych przestrzeni, które można wykorzystać dla poszerzenia wpływów obecnej władzy, w tym przypadku przestrzeni endeckiej. I choć PiS-owi udało się przytroczyć do swojej kulbaki kilku dawnych aktywnych działaczy narodowych, będących dzisiaj pudłami rezonansowymi neo-sanatorów, to jest to wciąż za mało, by dało się Dmowskiemu nałożyć na głowę maciejówkę i wsadzić na kasztankę.

Dlatego powstał Instytut, który ma – odłóżmy tu na bok szlachetne deklaracje – skanalizować
zainteresowanie sympatyków myśli narodowej na przedsięwzięciach, których animatorem jest dzisiejsza władza i tym samym nastawiać pozytywnie do „dobrej zmiany” tych wyborców, u których szybciej biją serca na dźwięk słów – endecja, myśl narodowa czy Roman Dmowski. Aby plan się powiódł, potrzebny jest ktoś taki jak prof. Jan Żaryn, dobrze odbierany w środowiskach endeckich, a jednocześnie mający udane doświadczenia we współpracy z PiS-em.

Nie wiem, jakie przyświecały mu intencje, kiedy z rąk ministra Glińskiego odbierał nominację. Być może takie, że oto nadarza się sposobność pogodzenia endeków i piłsudczyków, co w efekcie może przywrócić myśli narodowej dawny jej blask. Obawiam się jednak, że nie po to został tam delegowany. Wprawdzie historia, także ta nieodległa, zna próby łączenia ognia z wodą, czyli endecji i sanacji, tyle że z prób tych nigdy nic poważnego się nie narodziło. Co najwyżej ciele o dwóch głowach.

Endecji z piłsudczyzną nie da się pogodzić. One dla dobra interesu publicznego mogą ze sobą współegzystować, ale tylko przy zachowaniu swoich odrębności. Wszelkie próby unifikacji tych prądów politycznych zdać się mogą jedynie psu na budę. Czymś podobnym byłby melanż Bayer Full z Acid Drinkers. PiS-owi zresztą, jak już wspomniałem, nie chodzi o żaden melanż, ale o abordaż na zasadzie, wpadamy na wasz pokład, łupimy was z tego co najbardziej wartościowe, a potem podpalamy i wracamy na swoją krypę.

Neo-sanacyjny Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej, to tak naprawdę dobrze przemyślany element „wojny hybrydowej” na odcinku endeckim, pokazujący mimo woli, jak łakomym kąskiem wciąż jest myśl polityczna stworzona przez Romana Dmowskiego.

W tym wszystkim należy mieć jednak świadomość, że zarówno sanacja jak i endecja w dzisiejszym świecie, to prądy dnia wczorajszego, a nawet przedwczorajszego. Kiedy powstawały i święciły największe triumfy, świat był zgoła inny. Inni byli ludzie, inne też były wyzwania i problemy. Ich żywot dokonał się wraz z zakończeniem II wojny światowej. Po niej w różnych konfiguracjach i aliansach obozy te, a właściwie ich części i odpryski, trwały. Zarówno w kraju, jak i na emigracji.

I tu i tam nie było warunków, by którykolwiek z tych obozów przepracował właściwie swoją myśl polityczną w realnym uczestnictwie w życiu politycznym. W przypadku szeroko rozumianej endecji było tak, emigracja przeżuwała dawne dostatki, z różnym zresztą skutkiem, natomiast jej reprezentacja krajowa albo wtopiła się w Polskę ludową, albo kontestując ją, spoczęła na marginesie, wcześniej składając daninę krwi w ubeckich kazamatach. Endeckie drogi w PRL-u, to wciąż jeden z ciekawszych wątków naszej historii, czekający na swojego wnikliwego badacza.

Temat ten zresztą poruszałem na zarządzie Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego, postulując ufundowanie grantu naukowego, którego efektem byłaby publikacja książkowa, ukazująca na przykładzie konkretnych ludzi, jak to z tą endecją w PRL-u było. Myślę, że wielu młodych gniewnych, ostrych jak brzytwa endeków, mogłoby się zdziwić, widząc paletę endeckich dróg i wcale nie mam tu na myśli PAX-u i środowiska Bolesława Piaseckiego.

Wracając do neo-sanacyjnego Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej, przy całym sceptycyzmie, należy mu się przyglądać z uwagą, bo często bywa tak, że dzieło wymyka się spod kontroli twórcy. Być może dzięki niemu dowiemy się o jakichś endeckich cymesikach, które Instytutowi uda się za państwowe pieniądze z różnych zakamarków wydłubać. W swoim życiu widziałem już niejedno. Ot, chociażby „nawracanie się” piłsudczyków na endecję. W odwrotną stronę widziałem to zdecydowanie rzadziej. I jest to jakaś pociecha płynąca z faktu powstania tego Instytutu, gdyż endecja ma zdecydowanie większą moc przyciągania niż sanacja.

Maciej Eckardt
Grafika: okopress
Myśl Polska, nr 7-8 (16-23.02.2020)