Ryby nie biorą

grodzki.jpg
Marszałek Grodzki stał się celebrytą mediów rządowych. TVP Info co wiadomości zapodaje nowych świadków, którzy opowiadają jak to wręczali Panu Profesorowi, a to tysiąc, a to tysiąc pincet za przyjęcie chorego ojca na oddział. Co by nie mówić Profesor-Marszałek został skutecznie i boleśnie ugodzony – jak nie przymierzając wieloryb kilkoma harpunami.

I choć jeszcze pływa, jeszcze wydmuchuje te kłęby pary, a to na list jewro-komisarki odpowie, a to procesem pogrozi, to już wiadomo, że Tomasz Grodzki jest „trafiony-zatopiony.” Jak to łatwo polec gdy odrzuci się rządowe propozycje korupcyjne przejścia na stronę „Dobrej Zmiany”. Bo nie ma wątpliwości, że gdyby senator Grodzi przyjął propozycje PiS objęcia stanowiska ministra zdrowia, to owe „wziątki” zostałyby mu wybaczone i pies z kulawą nogą by sobie o tych faktach nie przypomniał.

Dla mnie bulwersujące w tej historii jest nie to, że Tomasz Grodzki jako niezły chirurg prowadził prywatną praktykę i brał od pacjentów pieniądze. Bulwersująca jest, że wszyscy wiedzą iż taka praktyka jest w Polsce czymś absolutnie powszechnym. Stwierdził to w telewizyjnym studio w niedzielę redaktor Marcin Król, ale i bez niego wszyscy Polacy to wiedzą. Wiedzą to także te osoby, które teraz przypomniały sobie o tym, że wręczali Grodzkiemu forsę. Nb. robili to jak wynika z relacji, z własnej inicjatywy.

Ta etycznie dwuznaczna sytuacja, w której postawieni zostali w Polsce wszyscy lekarze (i pacjenci), wytwarzana jest przez model polskiej służby zdrowia, który wprost rodzi korupcję. Oto lekarze, którzy pod względem wysokości zarobków - wszędzie na świecie należą do elity, w Polsce zatrudniani w szpitalach publicznych zarabiają – jak na ten zawód średnio. W publicznych szpitalach i przychodniach za leczenie pacjentów płaci państwo, nie ma więc tam mowy o porządnych zarobkach, bo jak wiadomo państwu zawsze brakuje pieniędzy, a w biurokratycznym systemie zarobki lekarza nie zależą od jego umiejętności i wyników. Tu mistrz i uzdrowiciel zarobi tyle samo co konował. W ramach rekompensaty lekarz może albo dyżurować do upadłego, albo otwierać równoległą praktykę prywatną.
Nie ma też mowy - w publicznej „służbie zdrowia” - o jakiejś racjonalności bo „bezpłatność” i biurokratyczne zarządzanie natychmiast rodzą kolejki i marnotrawstwo.

I co ma zrobić rodzina pacjenta, którego publiczna służba zdrowia ustawia w kilkumiesięcznej kolejce, a w ogóle na dobrą sprawę – nie jest w stanie wyleczyć? Ano idzie zrozpaczona rodzina do dobrego lekarza, który prowadzi prywatną praktykę i płaci mu za wizytę. A jeśli ten lekarz jest w dodatku ordynatorem oddziału szpitalnego i zdolnym chirurgiem, to przyjmuje pacjenta na oddział bez kolejki i kładzie natychmiast na stół. Przecież nie może pozwolić, żeby pacjent umarł czekając kilka miesięcy w kolejce. Tak więc lekarz co wziął pieniądze czuje się zobowiązany wyleczyć pacjenta i najczęściej mu się to udaje. Inaczej jego sława ległaby w gruzach i nikt by mu więcej nie wręczał żadnych „kopert”.

I tak też zapewne było w przypadku Profesora Grodzkiego, który był ponoć dobrym chirurgiem. W normalnych warunkach, w jakiejś Ameryce - zarabiałby kilka razy więcej niż jakiś kongresmen czy senator i kichałby na politykę. W biednej Polsce, dotkniętej socjalistycznym eksperymentem pt. „bezpłatna służba zdrowia” musiał chłop prowadzić podwójne życie, bawić się w gabinet prywatny i pracę w publicznym szpitalu, gimnastykować z fundacjami itd. itp.

I teraz kiedy nie przyjął korupcyjnej propozycji PiS-u, żeby zdradzić swój obóz polityczny i przejść na stronę rządu, publiczna telewizja zarzuca mu, że brał pieniądze od pacjentów. Słowem - zostanie wykończony jako osoba publiczna – bo w porę nie skojarzył, że można mu wyciągnąć coś, co jest w Polsce normalką. I tu powstaje pytanie: skoro wszyscy wiedzą, że system rodzi korupcję, to dlaczego Prezes Jarosław K. nie reformuje tej patologii? Czyżbyście Prezesie nie potrafili kierować ludźmi bez „haków”, szantażu i hejtu?

Janusz Sanocki

30.12.2019
Fot. Wikipedia.com