Odwet Putina

putin 4.jpg
„To bydlak i antysemicka świnia, nie da się tego powiedzieć inaczej” – powiedział Władimir Putin na spotkaniu z kadrą Ministerstwa Obrony Rosji o Józefie Lipskim (1894-1958), ambasadorze polskim w Berlinie (1933-1939).

Jakkolwiek nie oceniać polityki II RP wobec III Rzeszy w latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej, firmowanej m.in. przez Lipskiego, to ta „antysemicka świnia” walczyła jednak z hitlerowskimi Niemcami z bronią w ręku – najpierw w 1. Dywizji Grenadierów we Francji w 1940 roku, a potem w II Korpusie Polskim we Włoszech.

Prezydent Rosji wytoczył ciężkie działa przeciw Polsce 20 grudnia 2019 roku na forum przywódców Wspólnoty Niepodległych Państw w Sankt-Petersburgu. Polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy, podpisaną 26 stycznia 1934 roku w Berlinie przez Józefa Lipskiego i ówczesnego ministra spraw zagranicznych Niemiec Konstantina von Neuratha, Putin nazwał „paktem Piłsudski-Hitler” i stwierdził, że był do niego rzekomo dołączony tajny protokół, tak samo jak do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Nie przedstawił jednak żadnego dowodu na istnienie takiego tajnego protokołu. Przedstawił natomiast notatkę ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, w której relacjonował on ministrowi Józefowi Beckowi swoją rozmowę z Adolfem Hitlerem.

Treść tej notatki Władimir Putin skomentował następująco: „Hitler proponował zesłać Żydów z krajów europejskich do Afryki. Faktycznie na wymieranie. To pierwszy krok do ludobójstwa, do tego, co dziś nazywamy holokaustem. Przedstawiciel Polski odpowiedział, napisał swemu ministrowi: »Ja odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, jeśli takie będzie rozwiązanie, to my postawimy Hitlerowi piękny pomnik w Warszawie«”. Komentarz ten Putin powtórzył na spotkaniu z generalicją rosyjską 24 grudnia, dodając zacytowane powyżej słowa o „bydlaku” i „antysemickiej świni”.

Cytat z notatki służbowej ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku, którą w ten sposób skomentował prezydent Rosji, brzmi następująco (pisownia oryginalna): „[Hitlerowi – uzup. BP] przyświeca (...) myśl załatwienia, w drodze emigracji do kolonij, w porozumieniu z Polską, Węgrami, może i Rumunią, zagadnienia żydowskiego (w tym punkcie mu odpowiedziałem, że jeśli znajdzie solucję, postawimy mu piękny pomnik w Warszawie)” [1].

Z tego fragmentu jasno więc wynika, że rozmowa Lipskiego z Hitlerem dotyczyła emigracji Żydów z Europy, a nie ich zagłady. Takich planów jeszcze wtedy w Berlinie nie było. Wypowiedź ambasadora – jakkolwiek niefortunna – nie była stanowiskiem rządu polskiego. Do żadnych bowiem ustaleń pomiędzy rządami w Warszawie i Berlinie w sprawie emigracji Żydów z Europy nigdy nie doszło. Ważny jest czas i kontekst tej wypowiedzi. Lipski nie powiedział tego w epoce pieców i konferencji w Wannsee, ale we wrześniu 1938 roku, kiedy o ludobójstwie Żydów nie było jeszcze mowy. Nie ulega zatem wątpliwości, że Władimir Putin wypaczył treść źródła historycznego, do którego się odniósł. Nie ulega też wątpliwości, że zrobił to świadomie i celowo.

Warto przypomnieć, że Józef Lipski zaczął swoją karierę dyplomatyczną w sekcji prawnej Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, gdzie został zatrudniony jako absolwent prawa na uniwersytecie w Lozannie, znający języki obce. Musiał zatem współpracować z Romanem Dmowskim podczas konferencji pokojowej w Paryżu. Od czerwca 1919 roku pracował w dyplomacji II RP, gdzie był m.in. naczelnikiem Wydziału Zachodniego Departamentu Politycznego MSZ. Jako ambasador II RP w Berlinie był rzecznikiem odprężenia polsko-niemieckiego, realizując politykę Józefa Becka (w dobie Monachium niewątpliwie błędną). Niemniej jednak polityka ta nie przekroczyła granicy otwartej współpracy z III Rzeszą czy wasalizacji Polski wobec Berlina.

Wypowiedź Putina jest największym ciosem dla tych nielicznych środowisk w Polsce, które w sytuacji załamania się stosunków polsko-rosyjskich po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku i przyjęcia przez Warszawę ostrego kursu antyrosyjskiego w polityce zagranicznej i „historycznej”, próbowały te stosunki ratować, a przynajmniej łagodzić oficjalną antyrosyjską narrację establishmentu III RP. Środowiska te chyba nie spodziewały się tego, że także Putin wejdzie w rolę tropiciela polskiego antysemityzmu.

Z wypowiedzi rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej wynika, że prowokacyjna i kłamliwa wypowiedź Putina jest reakcją Rosji na polską politykę historyczną. „Pisanie historii na nowo i ciągłe przeinaczanie, rewizja historycznej rzeczywistości na potrzeby obecnej, współczesnej koniunktury – właśnie tę tezę cały czas powtarzaliśmy w wystąpieniach ministra [Ławrowa – uzup. BP] i naszych ambasadorów, którzy pracowali w Warszawie i w naszych przedstawicielstwach przy Unii Europejskiej” – powiedziała Zacharowa pytana o wypowiedź Putina o ambasadorze Lipskim (cyt. za: Sputnik Polska). Jej zdaniem teza o niedopuszczalności pisania historii na nowo na potrzeby politycznej koniunktury była podstawą budowania stosunków z Polską, ale nie została przyjęta w Warszawie. Czarę goryczy przelała rezolucja Parlamentu Europejskiego wskazująca na pakt Ribbentrop-Mołotow jako przyczynę wybuchu drugiej wojny światowej oraz zrównująca nazizm z komunizmem. Dlatego Putin postanowił ujawnić mniej przyjemne cechy rosyjskiego charakteru narodowego i na dodatek zrobił to jeszcze chyba nieprzypadkowo 24 grudnia. Podarował Polakom na Gwiazdkę pomnik Hitlera w Warszawie.

Mamy zatem do czynienia z rosyjską odpowiedzią na antyrosyjską politykę historyczną Warszawy, firmowaną przez epigonów piłsudczyzny i realizowaną z inspiracji USA. W tej odpowiedzi strona rosyjska uderzyła w stosunki polsko-żydowskie. Należy przypomnieć, że od lat kwitnie polityczny dialog pomiędzy Putinem a premierem Benjaminem Netanjahu. Dialog ten przyniósł obustronne owoce. W Moskwie otwarto Muzeum Żydowskie i Centrum Tolerancji, a w Jerozolimie odsłonięto pomniki Armii Czerwonej (na wzgórzu Herzla) i ofiar blokady Leningradu. Izrael uznał też historyczną rolę Armii Czerwonej w pokonaniu nazizmu. Natomiast z Warszawy płynie narracja o agresji sowieckiej i zbrodniach Armii Czerwonej, narracja negująca wyzwolenie w 1944/1945 roku, połączona z likwidacją pomników i tablic upamiętniających żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945.

Odpowiedzią rosyjską jest teraz narracja o przedwojennych politykach polskich jako wspólnikach Hitlera, bydlakach i antysemitach (antysemickich świniach). Takiej odpowiedzi chyba nikt się w Polsce nie spodziewał. I co istotne – w tej narracji poprą Putina nieprzychylne Polsce środowiska żydowskie w Izraelu i innych państwach oraz nie będzie znaczących głosów sprzeciwu ze strony Europy Zachodniej i USA, które narzuciły formacji Kaczyńskiego taki a nie inny model polityki historycznej, z jej skrajnie antyrosyjskim obliczem. Niestety, ze swoją polityką historyczną – uderzającą w Rosję, Niemcy, a także Żydów – obóz Kaczyńskiego był skazany na taki rezultat. Konfliktując się nieustannie z Rosją, także na tle Ukrainy, wypadł jeszcze gorzej niż jego piłsudczykowski pierwowzór.

Przed ślepą uliczką, w jaką prowadzi polska polityka wobec Rosji ostrzegał 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz (1927-2017). 27 września 2009 roku prof. Wolniewicz powiedział w audycji na żywo w Radiu Maryja (po tej wypowiedzi już więcej go tam nie zaproszono) następujące słowa, które uzupełnił w publikacji na łamach „Myśli Polskiej”:

„Chcę coś rzec w jednej tylko sprawie: o tych obchodach 70-lecia wybuchu drugiej wojny światowej, jakie 1 września odbyły się w Gdańsku; a dokładniej, o naszym stosunku do Rosji, jaki się na tle tych obchodów zarysował. (...) Nasza polityka wobec Rosji zdaje mi się z gruntu błędna – jednakowo ta rodem z PiS-u, i ta rodem z PO. (...) Błędność naszej polityki widać było jak na dłoni właśnie podczas tych obchodów. Istotę tej błędności ująłbym w dwa słowa: z jednej strony nadymanie się wobec Rosji, a z drugiej podszarpywanie tygrysa za ogon. Nie jestem, uchowaj Boże, rzecznikiem uniżoności wobec kogokolwiek; wobec Rosji oczywiście także nie. Ale cnota to jest zawsze – jak mówił Arystoteles – złoty środek między dwiema skrajnościami, między dwoma niecnotami.

Naszego stosunku do Rosji nie ma cechować ani uniżoność, ani nadęcie. Ma go cechować szacunek dla potęgi Rosji i poczucie proporcji – że my potęgą nie jesteśmy i nie będziemy. Ta proporcja ujawniła się najdobitniej w pewnym podstawowym fakcie historycznym: oni swoją wielką wojnę z Niemcami wygrali, a my naszą wielką wojnę z Niemcami przegraliśmy. Czas to zrozumieć. I czas zrozumieć, że gdy mały zaczepia dużego, to się dla małego nie może dobrze skończyć. Tej prawdy, najelementarniejszej z elementarnych, nie mogą jakoś pojąć nasi politycy, np. panowie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski. Oto dowody.

3 września dziennik »Rzeczpospolita« podaje informację: »Prezes PiS ocenia premiera Rosji. Jarosław Kaczyński skrytykował wystąpienie premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina na Westerplatte. Głównie z tego powodu, że Putin nie przeprosił za wymordowanie Polaków w Katyniu. – Powstaje pytanie o sens zaproszenia Putina – stwierdził prezes Kaczyński«. Rozumiem te słowa J. Kaczyńskiego tak, że skoro premier Putin nie zamierzał nas przepraszać, to po co przyjeżdżał i po co go w ogóle zapraszano?

Gdy czytałem tę informację, przypomniało mi się wydarzenie sprzed czterech lat, z obchodów w Moskwie 60-lecia zwycięstwa nad Niemcami. Zjechali się tam wtedy notable z całego świata, a wśród nich minister spraw zagranicznych Holandii. W trakcie tych uroczystości tenże Holender zwrócił się do rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa z pytaniem, czy Rosja nie powinna by jednak przeprosić zebranych za pakt Ribbentrop-Mołotow. A na to Iwanow odpowiedział mu: »Jeżeli ktoś chce, byśmy go przepraszali, to musi nas najpierw podbić«. I ten Holender zamknął natychmiast dziób, a za nim wszyscy inni. Premier Putin mógł był powiedzieć to samo na Westerplatte. Nie zrobił tego przez uprzejmość, której naszym politykom zabrakło; i zabrakło im poczucia proporcji.

Albo weźmy marszałka Sejmu p. Komorowskiego. Po tej pokrętnej uchwale naszego Sejmu na temat wkroczenia 17 września 1939 roku Armii Czerwonej na terytorium Polski, rosyjskie MSZ wydało oświadczenie, że uchwała ta »czyni poważną szkodę odbudowie dobrych stosunków między naszymi krajami«. Marszałek Komorowski skomentował to oświadczenie tak (Rz, 25.9.2009): »Kontestując uchwałę polskiego Sejmu, strona rosyjska dała świadectwo, że nie potrafi poradzić sobie z własną historią. (…) Rosyjscy politycy niepotrzebnie angażują się w obronę stalinizmu. – To jest tak, jakby Niemcy chcieli bronić przeszłości hitlerowskiej«.

Zdumiewa mnie beztroska pana marszałka w szastaniu takimi oświadczeniami. Bo poza wszelkimi innymi różnicami, w stosunku Niemców i Rosjan do mrocznych stron ich własnej przeszłości zachodzi znowu jedna różnica fundamentalna: polityka Hitlera doprowadziła III Rzeszę do druzgocącej klęski, a polityka Stalina doprowadziła Związek Radziecki do niebywałego triumfu. Poza grozą swoich czynów, Adolf Hitler okazał się jeszcze politycznym partaczem, a Józef Stalin okazał się – czy to się nam podoba, czy nie podoba – najskuteczniejszym politykiem XX wieku. Dlatego Niemcom stosunkowo łatwo przychodzi potępić swego byłego Führera, którego przedtem tak entuzjastycznie i tak powszechnie popierali. A Rosjanom wobec Stalina przychodzi to trudno, ich stosunek do tej postaci i do tego etapu ich dziejów nie może nie być ambiwalentny, dwoisty. I nie przez ich subiektywny upór, czy złą wolę – ta może też jest, ale to nie to jest istotą rzeczy.

Historycznie nasza rezerwa i nieufność wobec Rosji jest ze wszech miar uzasadniona. I przypuszczam, że oni są ją chyba w stanie zrozumieć. Niekiedy czynią nawet wobec nas pewne gesty pojednawcze, których my jakoś nie umiemy docenić, ani przyjąć tak, jak na to zasługują. Ostatnim takim gestem był właśnie przyjazd premiera Putina na uroczystości rocznicowe do Gdańska; przyjazd pozostający w jaskrawym kontraście z ostentacyjnym lekceważeniem, jakie okazał nam ten fircykowaty lewak z Waszyngtonu [Barack Obama – uzup. BP]. (…) Putin nie tylko zjawił się w Gdańsku osobiście, ale wystąpił tam w tonie powściągliwym i pojednawczym. Powiedział na Westerplatte (Rz, 2.9.2009): »Mój kraj uznaje błędy przeszłości. (…) Chcielibyśmy, aby stosunki polsko-rosyjskie były oddzielone od rozrachunków historycznych i oparte na zasadzie dobrosąsiedztwa«. A na konferencji prasowej w Grand Hotelu zaproponował nam wręcz powrót do umowy w sprawie tego rurociągu, który nas tak – słusznie zresztą – niepokoi.

A my co na to? Gderania i pretensje. I to nie tylko politycy, lecz i ludzie skądinąd bardzo rozumni. Tak np. prof. Zdzisław Krasnodębski pisał (tamże): »Generalnie jestem zawiedziony i rozczarowany tym, co powiedział premier Putin. Przede wszystkim – ani słowa o Katyniu«. Pytam: a dlaczego miał premier Putin mówić o tym na Westerplatte, jeżeli nie uznał tego za stosowne? (…) Ale to jeszcze nic przy tym, co napisał red. Bronisław Wildstein – też jeden z tych, których rozumności nie byłbym w najmniejszym stopniu skłonny kwestionować. Mówi on (Rz 14.9.2009): »Niezależne organizacje (…) prowadzą walkę o odsłonięcie całej prawdy na temat (Katynia) i borykają się z oporem władz rosyjskich. Walczą również o symboliczne zadośćuczynienie za zbrodnie. Jeżeli zrezygnujemy z kategorii ludobójstwa, to nie mamy podstaw, aby żądać interwencji międzynarodowych czynników w tej sprawie«. Czy mu tutaj rozum odjęło? »Symboliczne zadośćuczynienie« – ale zapewne w rublach całkiem niesymbolicznych! I na jaką to »interwencję« i jakich »międzynarodowych czynników« red. Wildstein tu liczy? Kto się na świecie do tego kwapi, żeby z nami iść na Moskwę wymuszać jakieś »zadośćuczynienia«; szlakiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego?

Powiedzmy wyraźnie dwie rzeczy. Sprawę Katynia jako problem polityczny między Polską i Rosją rozwiązał wielki, historyczny gest prezydenta Borysa Jelcyna z 14 października 1992 roku. W tym dniu przekazał on nam przez swojego osobistego wysłannika treść najtajniejszego dokumentu, w którym zawarta jest najgłówniejsza i dla Rosjan najstraszniejsza prawda o zbrodni katyńskiej. My powinniśmy byli uznać wtedy tę sprawę za tym samym ostatecznie wobec Rosji zamkniętą – i głośno to powiedzieć. Nie uczyniliśmy tego. Uważam, że to był nasz błąd. A wywlekanie nadal sprawy Katynia na forum polityczne jest już teraz tylko czystym jątrzeniem, jeżeli nie czymś jeszcze gorszym. To samo – po drugie – dotyczy paktu Ribbentrop-Mołotow i daty 17 września 1939 roku. W 54 lata później, 18 września 1993 roku, Rosjanie wycofali z Polski swoje ostatnie wojska. Wycofali je dobrowolnie, bez walki; nie została przelana ani jedna kropla polskiej krwi. I tak, bez przelewu krwi, została zwrócona nam suwerenność, którą przedtem nam zabrali. To był z ich strony drugi wielki gest – i my powinni byśmy znowu uznać, że sprawa ich wkroczenia w 1939 roku na nasze terytorium jako aktualny problem polityczny jest zamknięta.

A co robimy? Próbujemy – jedyni na świecie, samotni w tym jak palec – rozszerzać dziś propagandowo winę za rozpętanie drugiej wojny światowej i przesuwać ją z Niemców także na Rosjan. Równie dobrze jak rzec, że drogę do wojny otwarł pakt zawarty w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku, można też rzec, że otworzył ją układ zawarty 29 września 1938 roku w Monachium. Dlaczego się mówi, że drogę do wojny otwierał układ Ribbentrop-Mołotow, a nie układ Hitler-Chamberlain? Putin wytknął to na Westerplatte i miał niestety rację.

Cała nasza polityka wobec Rosji po 1993 roku zdaje mi się jakaś bez sensu. Nie widzę, co myślimy nią osiągnąć. Pchamy palec między drzwi; rozumiem, że czasem trzeba robić nawet to, ale w tym wypadku nie rozumiem po co. Tyle powiedziałem w radio. Wielu wzięło mi to za złe, ale wielu też mnie poparło. Chciałbym tu swoją wypowiedź uzupełnić, zwłaszcza co do sprawy katyńskiej.

Katyń to cierń w duszy Rosji. Jak bardzo on Rosjanom dolega, pokazują bezradne manewry propagandowe, jakimi usiłują jego bolesne kłucie osłabić. Takim manewrem są podnoszone przez nich od niedawna losy bolszewickich jeńców wojennych w Polsce po wojnie 1920 roku, zwłaszcza wysoka ich śmiertelność w obozie internowania gdzieś koło Tucholi. Aluzja do niej znalazła się nawet w liście premiera Putina do Polaków z 31 sierpnia br., opublikowanym na łamach »Gazety Wyborczej«. Wymienił tam jednym tchem »zarówno cmentarze pamięci w Katyniu i Miednoje, podobnie jak tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku«; jednak nie powtórzył już tego na Westerplatte, co należy zauważyć. (…) Wszelkie próby, by umniejszyć wyjątkową grozę zbrodni katyńskiej, są z góry daremne. Tej zbrodni umniejszyć się nie da. Nie potrzeba też przyklejać do niej etykiety »ludobójstwa« ani żadnej innej, bo ona stoi ponad wszelkimi etykietami, jest sui generis. Sami jej tylko nie desakrujmy, czyniąc z niej obiekt przetargów politycznych lub zgoła tytuł do jakichś roszczeń materialnych. Rosja uznała swoją winę głębiej, niż ktokolwiek mógł był się spodziewać; zgodziła się także, by w miejscu zbrodni stanął krzyż. Nic więcej nie było tu do zrobienia, więc czego jeszcze od nich chcemy? Nie rozmieniajmy świętości narodowej na drobne. (cyt. za: „Myśl Polska”, strona internetowa).

Tyle prof. Wolniewicz 10 lat temu. Niestety, nie było to jasne ani wtedy ani teraz dla polityków postsolidarnościowych i dlatego polsko-rosyjska wojna historyczna przybrała obrót, którego w Polsce nikt się nie spodziewał, a dla samej Polski groźny. Politycy III RP uczynili z historii problem polityki bieżącej w relacjach polsko-rosyjskich. Przywódca Rosji odpowiedział tym samym i to w sposób brutalny.

Wypowiedzi Putina z 20 i 24 grudnia 2019 roku są daleko niestosowne – zarówno wobec Józefa Lipskiego, który podczas drugiej wojny światowej walczył z Niemcami hitlerowskimi w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, jak i wobec władz II RP. Albowiem w korespondencji ambasadora z jego zwierzchnikiem nie zostało wyrażone stanowisko rządu. Notatka ambasadora Lipskiego z 20 września 1938 roku w żaden sposób nie dowodzi tego, że II RP planowała wspólnie z III Rzeszą zagładę Żydów. Dotyczyła on co najwyżej sprawy emigracji Żydów z Europy.

Po pierwsze – w roku 1938 taka emigracja nie mogła oznaczać ich eksterminacji (nie było wówczas wojny, która stwarza warunki do takich działań i w III Rzeszy nie planowano jeszcze zagłady Żydów); po drugie – kwestię emigracji Żydów z Europy rozważano wtedy w wielu stolicach europejskich; po trzecie – emigrację Żydów europejskich, zwłaszcza do Palestyny, wspierał wtedy ruch syjonistyczny i zawarł w tej sprawie nawet umowę z III Rzeszą (tzw. Porozumienie Haavara z 25 sierpnia 1933 roku, na mocy którego w latach 1933-1935 wyjechało z Niemiec do Palestyny ponad 50 tys. Żydów).

Tym bardziej więc dziwi oświadczenie prezydenta Federacji Wspólnot Żydowskich Rosji (FEOR), rabina Aleksandra Borody, który wyraził Putinowi „głęboką wdzięczność za tak emocjonalną i sprawiedliwą reakcję na publikację nowych faktów dotyczących poparcia ze strony Polski dla polityki Niemiec w latach 30-tych i 40-tych” (cyt. za: Sputnik Polska). Notabene rabin powinien wiedzieć, że Polska „w latach 40-tych” nie popierała polityki Niemiec, ale była okupowana przez Niemcy hitlerowskie i Związek Radziecki, Polacy ginęli w wyniku terroru niemieckiego i radzieckiego, a polski rząd na uchodźstwie, siły zbrojne i konspiracja w okupowanym kraju prowadziły walkę z III Rzeszą.

Całkowitym nonsensem jest stwierdzenie rabina Borody, że ambasador Lipski zainspirował Hitlera „do zabójczych decyzji, poparł śmiercionośny plan w jego samym zarodku, tym samym dając mu siłę i energię”, a Polska „popierała nazistów na najwyższym poziomie” (cyt. za: Sputnik Polska). W 1938 roku – jak już powiedziałem – w Niemczech nie było jeszcze planu zagłady Żydów, takiego jaki narodził się tam na przełomie lat 1941 i 1942. Przed wybuchem drugiej wojny światowej kierownictwo hitlerowskie opowiadało się za emigracją Żydów z Europy. Plan ich przymusowego wysiedlenia skonkretyzował się w Berlinie – jako tzw. Madagaskar Plan – dopiero po pokonaniu przez Niemcy Francji w 1940 roku. Wedle Madagaskar Plan Żydzi (w pierwszej kolejności zachodnioeuropejscy) mieli być wysiedleni do kolonii francuskich podległych reżimowi Vichy. Dopiero w warunkach wojny taki plan wysiedlenia Żydów z Europy mógł być parawanem dla ich eksterminacji (jak „wysiedlenie” Ormian przez Turcję w 1915 roku). Jednakże po agresji Niemiec na ZSRR w 1941 roku Hitler – będąc przekonany, że wygrał już wojnę – zarzucił Madagaskar Plan na rzecz „ostatecznego rozwiązania”, czyli eksterminacji Żydów.

W ten sam ton co rabin Boroda uderzył natychmiast izraelski historyk Aaron Schneyer. Stwierdził on, że wypowiedź Putina była „dyplomatycznie nie całkiem poprawna, ale w istocie słuszna”. Zdaniem Schneyera źródeł Madagaskar Plan należy szukać nie w Berlinie, ale w Warszawie. Wyraził się następująco: „naziści wykorzystali polską ideę wysłania Żydów na Madagaskar. Kiedyś taka idea istniała jako taka (…). Ale nie została zrealizowana (…). W tamtym czasie Madagaskar był francuską kolonią i trzeba było jakoś dogadać się z Francją, no i realizacja wymagałaby dużych nakładów finansowych” (cyt. za: Sputnik Polska). Taki ton pobrzmiewa już w ukazujących się w Rosji publikacjach historycznych. Np. w artykule niemieckiego historyka z uniwersytetu w Ratyzbonie (Universität Regensburg) Waldemara Schmidta pt. „Antysemicki »Madagaskar Plan« i jego realizacja w przedwojennej Polsce w latach 1936-1939”, który został opublikowany w numerze trzecim z 2018 roku „Magazynu Badań Historycznych”, wydawanego przez prokremlowską fundację „Pamięć historyczna”.

Tu nie chodzi więc o Lipskiego. Putin sformułował publicznie tezę, że II RP znała ludobójcze plany III Rzeszy (rzekomo istniejące już w 1938 roku) i je akceptowała. Uruchomił następnie w tej sprawie niechętne Polsce środowiska żydowskie. O to tutaj chodzi. O Polskę jako rzekomego wspólnika Rzeszy w zagładzie Żydów, w takiej czy innej formie. Najmniejsze znaczenie ma w tym wszystkim prawda, czyli to, że Polska nigdy nie współpracowała z Niemcami hitlerowskimi przeciw Żydom.

Obóz rządzący w Polsce, prowokując Rosję m.in. swoją polityką historyczną, a zwłaszcza usuwaniem pomników Armii Czerwonej, być może przypuszczał, że ewentualny odwet rosyjski nastąpi wobec polskich miejsc pamięci w Katyniu i Miednoje (jeśli w ogóle martwił się perspektywą ewentualnego odwetu). Nie przewidział, że Putin w odwecie uderzy w piętę achillesową Polski, jaką są stosunki polsko-żydowskie. Tak jest dla niego jest i bezpiecznie, i wygodnie. A dla Polski jest to groźne. Nowa wersja historii przedstawiona przez Putina, wedle której Polska w 1938 roku znała i aprobowała rzekomo istniejące już wtedy plany Hitlera dotyczące zagłady Żydów, jest groźniejsza niż bajdurzenia zachodnich mediów o „polskich obozach zagłady”. Z takim przesłaniem Putin pojedzie w styczniu 2020 roku do Izraela na organizowane tam obchody 75-tej rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Przypuszczam, że polscy rusofobi są jednak z tego zadowoleni nie mniej niż gdyby doszło do jakiegoś odwetu wobec polskich miejsc martyrologii w Rosji. W każdym razie też mogą powiedzieć – patrzcie, a nie mówiliśmy, to jest Rosja, sowiecki skansen, tak wygląda jej odwieczne antypolskie i azjatyckie oblicze.

Stosunki polsko-rosyjskie są już tak zabagnione, że ich odbudowa wydaje się perspektywą niesamowicie odległą. Zwłaszcza, że po obu stronach jest coraz mniej woli odbudowy tych stosunków, coraz więcej złych emocji i prowokacji. Będzie zatem dalsze obrzucanie się błotem. Oby tylko tyle. Obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego uczynił sobie z Rosji śmiertelnego wroga i zaczyna przegrywać z nią konfrontację polityczną (m.in. w sprawie Ukrainy) i historyczną. Stało się tak zgodnie z tym, co przewidział 10 lat temu prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc o skutkach zaczepiania dużego przez małego, przy faktycznym osamotnieniu tego drugiego.

Prowokacyjny cel wypowiedzi Putina o ambasadorze Lipskim, wspartej natychmiast przez środowisko żydowskie w Rosji, jest oczywisty – wywołać antysemickie reakcje w Polsce, by pokazać światu, że to kraj chorobliwego antysemityzmu i w oskarżeniach o akceptację antyżydowskiej polityki III Rzeszy przez II RP jest coś na rzeczy. Jak znam polską rzeczywistość, to mogę przypuszczać, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli palić kukłę Żyda – tym razem ucharakteryzowaną nie na Sorosa, ale Putina. Reakcja władz polskich oraz społeczeństwa na prowokację Putina pokaże na ile te władze i społeczeństwo są dojrzałe politycznie. Oby się znowu nie okazało, że dziecinnie niedojrzałe.

Natomiast nieliczne w Polsce środowiska przychylne Rosji – które w obliczu postępującej od 2010, a zwłaszcza 2014 roku katastrofy stosunków polsko-rosyjskich próbowały jednak budować mosty i były z tego powodu oskarżane przez ponadpartyjny obóz rusofobii o agenturalność – powinny dać jasny sygnał stronie rosyjskiej: wypowiedź Putina jest asymetryczną reakcją na polską politykę historyczną. Tak nie wolno. Nie tędy droga. Nawet jeżeli tego głosu po drugiej stronie nikt nie usłyszy.

Bohdan Piętka
Fot. kremlin.ru
[1] Cyt. za: Putin o polskim dyplomacie: bydlak i świnia. „Oskarżenia Putina to hipokryzja”, www.onet.pl, 24.12.2019.

Dzial: