Wiedźmin – tragedii nie ma

Wiedźmin.jpg
Nie potrafiłem się powstrzymać i tuż po premierze obejrzałem co nieco netfixowgo Wiedźmina. Na początek skonsumowałem trzy odcinki, w końcu używki należy sobie rozsądnie dawkować. Producenci Netfixa mieli podwójnie trudne zadanie: by sprostać oczekiwaniom fanów musieli zmagać się jednocześnie z oryginałem literackim jak i jego niezwykle popularną adaptacją w postaci gry Wiedźmin III Dziki Gon.

Niełatwa sprawa zważywszy, że filmowe adaptacje literatury zazwyczaj bywają albo piękne albo wierne (że lekko sparafrazuję Voltaire'a). W tym galimatiasie scenarzyści spróbowali odnaleźć złoty środek, co udało się raczej średnio. W pierwszych dwóch odcinkach stanowiących dość wierne odbicie literackiego pierwowzoru fabuła nie jest przesadnie atrakcyjna. Natomiast w trzecim, w którym proza Sapkowskiego stanowiła zalewie inspiracje dla scenarzystów, scenariusz najzwyczajniej nie trzyma się kupy. To najsłabsza strona serialu.

Producenci zadbali by ich kreacja wyraźnie odróżniła się od popularnej gry. Jednak „inaczej” nie zawsze oznacza „lepiej”, stąd w kilku przypadkach osiągnęli dość kuriozalny efekt. Pal licho drobiazgi, jak zbroje Nilfgardczyków, wyglądające na dzieło krasnoluda z kasztelu Wrońce. Natomiast dobór aktorek do ról Yennefer i Triss to już grube nieporozumienie. Zwyczajnie nie pasują do postaci z literackiego pierwowzoru.

Reasumując: pierwsze odcinki netfixowgo Wiedźmina nie oczarowały mnie, choć tragedii też nie ma. Dzisiaj wieczorem drugie podejście do tematu, może dla odmiany czeka mnie jakieś miłe zaskoczenie.

Przemysław Piasta

Dzial: