Po Azari mamy Ben-Zviego

ben zvi.jpg
Nowy ambasador Izraela Alexander Ben-Zvi, w pierwszym wywiadzie dla Gazety Wyborczej, zaczął – a jakże – od antysemityzmu. Po pełnym kurtuazji stwierdzeniu, że „nie powiedziałby, że Polska jest antysemicka”, jął uświadamiać tubylców w temacie przyjęcia przez ich tubylcze państwo definicji wypracowanej przez IHRA (International Holocaust Remembrance Alliance), której Polska jest członkiem.

– Oni stworzyli taką ogólną definicję, co to jest antysemityzm. Polska jeszcze tego nie przyjęła, ale jednocześnie jest członkiem tej organizacji. Tak że np. taki krok byłby ważny w walce z antysemityzmem – wyjaśnił.

Definicja ta (kto chce znajdzie w sieci) jest klasyfikacją zachowań, wypowiedzi i myśli, których obiektywne, a nawet subiektywne zaistnienie podpada pod antysemityzm. Są tam zapisy oczywiste, nie budzące specjalnych uwag, jak i zapisy jawnie judeocentryczne, mające uczynić Żydów i Izrael impregnowanymi na nieporawną politycznie krytykę. Warto przypomnieć, że w 2017 r. Parlament Europejski głosował za przyjęciem rezolucji wzywającej państwa członkowskie i ich instytucje do stosowania definicji antysemityzmu opracowanej przez IHRA.

Nie wiem wprawdzie na czym miałaby polegać implementacja zapisów tej definicji do prawa krajowego, niemniej kierunek został wytyczony, a biorąc pod uwagę przestrach naszego rządu na „odcinku żydowskim”, to spodziewać się możemy wszystkiego. Oczywiście przy dźwiękach fanfar, że „nie oddamy nawet guzika”, które – podobnie jak miało to miejsce w przypadku ustawy o IPN – w efekcie okażą się nie żadną fanfarą, a pełnym narodowego zadęcia piskiem myszy.

Przysłanie na placówkę w Polsce Alexandra Ben-Zviego, a więc ambasadora zdecydowanie bardziej doświadczonego od groteskowej momentami ambasador Azari jest nieomylną zapowiedzią agendy tematów związanych z Act 477 oraz utrzymania nieograniczonego rozdawnictwa polskiego obywatelstwa dla obywateli Izraela. To ostatnie jak wiadomo jest nie tylko rodzajem polisy bezpieczeństwa dla Żydów na wypadek wybuchu bliskowschodniego kotła, ale także bramą do robienia interesów na terenie Unii Europejskiej, co – wbrew pozorom – nie jest takie proste w przypadku Izraelczyków.

Przypilnowanie tych dwóch tematów, nie wspominając o dyplomatycznej komiwojażerce związanej z izraelskim uzbrojeniem, wymagało ze strony państwa żydowskiego zdecydowanego wzmocnienia personalnego. I ono nastąpiło.

Będzie to kolejna cenna lekcja dla naszej buńczucznej dyplomacji. Obawiam się, że lekcja kosztowna. No ale w końcu na biednego nie trafiło, o czym nie tylko my możemy codziennie przekonać się w państwowej telewizji. W Izraelu z pewnością także ją oglądają.

Maciej Eckardt

Dzial: