Piłsudski bez retuszu

kard 1.jpg
Ktoś mógłby się żachnąć, gdybym napisał, że „Piłsudski” w reżyserii Michała Rosy to najlepszy film o Marszałku. Jednak na pewno najlepszy, bo przecież jedyny. Źle to świadczy o polskich filmowcach, że po stu latach niepodległości (a nade wszystko trzydzieści lat po upadku komunizmu) powstał ledwie jeden dojrzały film historyczny o postaci wymienianej wszem i wobec oraz sportretowanej w tysiącach powszechnie dostępnych podobizn.

Józefa Piłsudskiego nazywam zgodnie z przyjętą tradycją Marszałkiem, choć ciekawym zabiegiem reżysera jest, iż w istocie stworzył film o młodym Piłsudskim, a akcja toczy się od lat 80-tych XIX wieku do roku 1914 (Piłsudski ma wtedy 47 lat), by następnie przeskoczyć do wieńczącego film roku 1918. Cała reszta bogatego żywota ujęta jest już tylko w biograficznym przypisie wespół z innymi historycznymi postaciami. Dlatego też z postaci głównego bohatera bije witalność, siwy sumiasty wąs jeszcze przed nim, a na pewno nikt nie nazwałby go wówczas Dziadkiem.

Reżyser zakłada zapewne, że do kina przychodzi widz wychowany czy to na przekazie rodzinnym, czy to na obecnym programie nauczania szkolnego, w którym Józef Piłsudski jest co do zasady postacią pozytywną. Gdyby jednak film oglądał obcokrajowiec pierwszy raz stykający się z postacią głównego bohatera, mógłby uznać go za postać wieloznaczną oraz mającą blaski i cienie. To niewątpliwy atut filmu pokazującego żywego i kontrowersyjnego Józefa Piłsudskiego.

Na pewno triumfem głównego bohatera są dwa kluczowe momenty historyczne dobrze pokazane w filmie Michała Rosy: wymarsz Legionów z krakowskich Oleandrów poprzedzony ważną jednoczącą przemową brygadiera Piłsudskiego („nie ma już strzelców ani drużyniaków”) oraz nade wszystko dyktowana przez już za chwilę Naczelnika państwa depesza do rządów świata ogłaszająca całemu światu niepodległość Polski. Warto jednak prześledzić historię życia i walki głównego bohatera odwołując się do trzech wypowiedzi padających w filmie.

„Polska idzie” - mówi Piłsudski na wieść o zamachu w Sarajewie i początkach wyczekiwanej wojny światowej. Ten moment dobitnie ukazuje go jako rycerza sprawy polskiej, dla którego wszystkie inne zaangażowania są jedynie wehikułem walki niepodległościowej. Dość powiedzieć, że z ust współtwórcy Polskiej Partii Socjalistycznej ani razu nie pada słowo „socjalizm”, a krytykujący go młodsi towarzysze zarzucający brak związków z ideą socjalistyczną trafiają w punkt. Niepodległości służy zarówno zesłanie na Syberię, jak i późniejsze stworzenie Organizacji Bojowej PPS. Kiedy zaś Piłsudski wraz z towarzyszami walki wychodzi po niedzielnej sumie na plac Grzybowski, to idzie pod czerwonymi sztandarami, ale śpiewa pieśń patriotyczną i na koniec cieszy się z widoku Rosjan uciekających przed Polakami. W głębi duszy jest przecież żołnierzem.

„I tak mnie powieszą za ten podpis” – słyszy od Piłsudskiego młody Walery Sławek tuż po podpisaniu przezeń zobowiązania do współpracy ze służbami austriackimi. Reżyser nie pomija tej kontrowersji, mając raczej sympatię ku sprytowi kluczącego brygadiera chcącego przechytrzyć mocodawców, ale ukazuje też dwuznaczność kłopotliwej sytuacji. W zamian za broń Piłsudski deklaruje realizację germańskich celów wojennych, podobnie jak wcześniej w zamian za pieniądze japońskiego kontrwywiadu realizował wskazania azjatyckiego mocarstwa. Autor podpisu zdaje sobie sprawę, że chodzi bardzo krętymi ścieżkami, którymi na pewno nie chadzał choćby jego wielki oponent w osobie Romana Dmowskiego (w filmie, niestety, nie pokazanego).

Jebał was pies” – rzuca dowódca patrolu legionistów do powalonego na ziemię polskiego włościanina jako pierwszego rodaka spotkanego po przekroczeniu granic zaboru rosyjskiego. Bardzo to symboliczna scena pokazująca obcość awangardy legionowej wobec znaczących części ludu polskiego w tym przypadku traktowanego z wstrząsającą wyższością. Chłop zadaje trzeźwe pytanie tyczące powracającego polskiego munduru: na długo?, co doprowadza do żołnierskiej wściekłości, która później znajdzie wyraz w przewrotnej parafrazie piosenki legionowej powstałej już po długich latach wśród zażywających sukcesów byłych legionistów.

Wielką kontrowersją są metody walki zwanej narodowo-wyzwoleńczą, jakimi stają się terroryzm oraz rabunek. Liczne zamachy bombowe na carskich oficerów sieją postrach, ale też uśmiercają niewinne ofiary, czego symbolem jest zakrwawiony synek generała ginący wraz z nim w zamachu. Łatwość zabijania budzi opory w gronie partyjnym i rodzinnym, co Piłsudski bez pardonu lekceważy. W końcu staje na czele słynnej akcji rabunkowej w postaci napadu i okradzenia pancernego pociągu przewożącego gotówkę i stającego w podwileńskich Bezdanach. Tam trup ściele się gęsto, a okradziony pociąg odjeżdża bez gotówki, przez co polscy konserwatyści i narodowcy długo nazywali Piłsudskiego „bandytą z Bezdan”.

Pyszny za to jest obraz rozłamu w środowisku socjalistycznym na Organizację Bojową i protokomunistyczną PPS-Lewicę. Piłsudski reaguje ze złością na przejęcie partii przez rewolucjonistów tworzących w dalszej przyszłości Komunistyczną Partię Polski. O tym kresowy szlachcic jeszcze nie wie, ale trafnie postrzega swoich oponentów, wymieniając jednym tchem ich nazwiska: Horwitz, Kon (Cohn) i Luksemburg. Nie trzeba wielkiego namysłu, by dostrzec, iż jest to zjawisko społeczne nazwane potem przez gorących krytyków i w końcu historiografię – żydokomuną, czyli wyobcowanymi z polskości komunistami żydowskiego pochodzenia szczególnie przeciwnymi polskiej idei narodowej oraz polskiej niepodległości, co jest główną osią sporu podczas wiedeńskiego zjazdu rozłamującej się PPS. Przy okazji autor scenariusza puszcza oko do współczesnej publiczności, czyniąc aluzję do dalece późniejszej ewolucji progesistów, gdy wkłada w usta zdenerwowanego Piłsudskiego gniewne słowa skierowane do krytycznej wobec niego żony: „Najlepiej wydaj się za Różę Luksemburg!”.

Uliczny mural ukazuje twarze dwóch kobiet, których losy splotły się z losami Józefa Piłsudskiego: jego ślubna małżonka i młoda towarzyszka partyjna. Ślub co prawda specyficzny, bo w zborze ewangelickim po porzuceniu katolicyzmu przez Piłsudskiego (do dziś trwają spory, czy i kiedy Marszałek powrócił na łono Kościoła), ale wiążący Piłsudskiego do śmierci żony, czego nie mogła przeboleć ochocza i chętna działaczka o partyjnym pseudonimie „Ola”. Reżyser nie potępia, ale też nie wybiela głównego bohatera, który występuje tu w roli mężczyzny jako młodego byczka, czego przecież nie akceptuje coraz bardziej schnąca w oczach żona, a co z kolei budzi uznanie i wręcz fascynację młódki. Piłsudski się miota, szuka połowicznych rozwiązań i trudno powiedzieć, żeby wyszedł z tej życiowej sytuacji zwycięsko.

Wreszcie Borys Szyc. Sprawił się w roli młodego Piłsudskiego. Wielu patrzy na aktorów poprzez skojarzenia z ich lepszymi lub gorszymi rolami społecznymi, jednakowoż rzeczą aktora jest grać. I, powtórzmy, Borys Szyc gra dobrze. Przekonuje nas jako walczący patriota, jako lawirujący mężczyzna i jako syn swoich czasów, zresztą dobrze pokazanych poprzez detale scenograficzne. Czy ktoś kiedyś będzie lepszym Józefem Piłsudskim? Czekamy na kolejne filmy polskich filmowców o polskiej historii!

Artur Zawisza
Profil fb

Dzial: