Stalinizm a trockizm

trotsky.jpg
Ci, którzy należą do ludzi roztropnych i ostrożnych w wyrażaniu sądów, z pewnością wiedzą, że są to stare, już dawno nieaktualne ideologiczno – polityczne zaszłości Trocki bowiem przegrał ze Stalinem, zaś jego ideowi uczniowie, głosiciele globalnej i nieustającej rewolucji, przez lata wegetowali na marginesie światowego życia. Stalinowski system radziecki, po wyczerpaniu wszystkich swoich żywotnych sił, też jakby zszedł bezpowrotnie z międzynarodowej areny.

Ale czy rzeczywiście tak jest? Musimy bowiem wiedzieć, iż nic nie rodzi się przez przypadek, ale gdy już ujrzy dzienne światło, tak naprawdę nigdy definitywne nie umiera. To co było, co jest i co będzie, ostatecznie i ustawicznie należy do tego samego. Nic zatem nowego pod słońcem, poza naturalnie kostiumami i kilkoma innymi rekwizytami. Takie żelazne prawo dziejów. Jeśli zaś tak, to stalinizm oraz jego antyteza muszą wciąż żyć? Udajmy się więc na ich poszukiwanie.

Zacznijmy od współczesnej Rosji. To, iż należy do świata imperiów jest nam powszechnie znane. Współcześnie duchowo bytuje jednak w jakimś rozdwojeniu. Z jednej strony szuka bowiem nośnego kontaktu z dawnym światem sprzed rewolucji, potężną spuścizną wielkich myślicieli, twórców najwyższego lotu. Z drugiej jednak nie chce odciąć się od radzieckiej przeszłości, którą jakoś wciąż kultywuje. Dlaczego? Wie bowiem, że jej mocarstwowa postać jest głównie zasługą Józefa Stalina. On bowiem wykorzystał zwycięską wówczas marksistowską ideologię w służbie rosyjskiej racji stanu. Dzisiaj te dwie tradycje, jakby nieprzystawalne, próbuje się poddać procesowi syntezy. Od tego czy ta dążność ostatecznie uda się, zależy przyszłość Rosji. Dwoma postaciami, które może najlepiej symbolizują obydwa nurty są dlań Sołżenicyn i Dugin.

A co z trockizmem? Jak wiemy jego autor na scenę dziejów przybył z zachodniej półkuli, gdzie słońce właściwie nigdy nie wschodzi i nie oświeca ludzkich umysłów. Tam też w tragicznych okolicznościach skonał. Jednak gorliwi głosiciele słowa prawdy pozostali. Ostatecznie w genialny sposób, trzeba to przyznać, wcielili się w umysły amerykańskich neokonserwatystów. Tam dokonali aktualizacji całej doktryny, dostosowując ją do potrzeb współczesnej epoki. Tak więc już nie światowa republika rad, ale globalne państwo kierowane przez amerykańskiego hegemona. Nie permanentna rewolucja, lecz ideologiczna krucjata prowadzona w celu uprzedzającego niszczenia rzeczywistych oraz domniemanych kontestatorów. Takie umiejętne połączenie lewicowej utopii z anglosaskim kultywowaniem własnego mesjanizmu.

Neokonserwatyzm z taką łatwością uzyskał w Waszyngtonie status doktrynalnego okupanta, gdyż ta cała demokratyczno – liberalna otoczka nowożytnego Zachodu jest niczym żałosna kreatura w świecie szczytnych myśli. To przecież obserwujemy. Jeśli by tak rzeczywiście było, a przynajmniej w jakimś stopniu, to dzisiejszy konflikt rosyjsko – amerykański można oceniać, także i z tak zarysowanej perspektywy. A wówczas zobaczymy, że jest to batalia ideologiczna, która współcześnie w zlaicyzowanych okolicznościach, zastąpiła stare kontrowersje o religijnym podłożu.

Taka wojna trzydziestoletnia w nowożytnej odsłonie. Oznaczać by to mogło, że nie poddaje się ona racjonalnym analizom i wiedza o naturze międzynarodowych relacji jest tu nieprzydatna. Ani geopolityka, ani inne klucze są tu zawodna. I jak widzimy, zgodnie z tradycją: z jednej strony pragmatyzm, z drugiej różne paroksyzmy. Na koniec należałoby zapytać: a co z Żydami? Ci jak zawsze będą po obydwu stronach, ale serce będzie u nich biło po stronie zaoceanicznych sił. To Moskwa musi wiedzieć.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 37-38 (8-15.2019)

Dzial: