Fekalia

czajka.jpg
Kolejny tydzień pasjonujących zmagań naszych politycznych tytanów zdominował zgoła mało polityczny temat... nieczystości. Najpierw o nieczystościach stricte fizycznych. W rządzonej przez Rafała „Narcyza” Trzaskowskiego Warszawie wybiło szambo. Może nie do końca, ale efekt jest podobny.

Mianowicie doszło do awarii kolektora przesyłającego ścieki do oczyszczalni Czajka, na Białołęce. W efekcie tego zdarzania warszawski ratusz podjął decyzję o kontrolowanym zrzucie ścieków do Wisły. Do rzeki dostaje się obecnie trzy tysiące litrów nieczystości na sekundę. Jako, że tysiąc litrów nieczystości to około jeden metr sześcienny łatwo policzyć, że w ciągu doby do Wisły wpływa 259200 (słownie: dwieście pięćdziesiąt dziewięć tysięcy dwieście) merów sześciennych fekaliów. Chciało by się rzec: kupa... nieczystości.

Jak to się ma do wyborów? Ano tak, że zasadniczo niewinny w tym konkretnym przepadku Trzaskowski jest nieustannie wręcz grillowany przez polityków PiS. W końcu co dla jednych nieszczęściem dla innych jest zrządzeniem losu.

Na marginesie tej śmierdzącej afery zwracam uwagę na postawę organizacji ekologicznych, które z wielkim upodobaniem bronią wiewiórek, chrząszczy i innych stworzeń. Otóż telewizyjni eko-mędrcy jakby nagle zniknęli. Zapewne są na wakacjach, bo przecież nie wierzymy, iż ich eko-wrażliowość jest ściśle ukierunkowana. Zaryzykuję jednak tezę, że w sytuacji gdyby analogiczne nieszczęście przydarzyło się prawicowemu włodarzowi miasta eko-wycie byłoby słychać co najmniej w Brukseli.

Tymczasem, jak zapewnia nas niezawodny TVN, sytuacja jest opanowana. Rzeki oczyszczają się same w naturalny sposób. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że już na wysokości Torunia warszawskie fekalia zamieniają się w wodę mineralną. Nic tylko butelkować.

Przedstawiciele opozycji totalnej (czyli PO i przybudówek) także zajmują się sprawami śmierdzącymi, choć w metaforycznym wymiarze. Chodzi oczywiście o „aferę hejtową” w Ministerstwie Sprawiedliwości. Tuzy Schetyny wbrew wszelkiej logice wciąż grzeją nieco już nieświeży temat. Najnowszym pomysłem orłów PO jest wotum nieufności wobec Zbigniewa Ziobry. Oczywiście wynik głosowania jest przesądzony, ale zawsze można spróbować ugrać kilka małych punktów. Takie odwieczne prawo opozycji.

Gdybym był życzliwy wobec PO wyjaśniłbym im, że odgrzewanie tematów około-sądowych nie przyniesie wyborczego sukcesu. Polacy w znacznej mierze sądom nie ufają (obecnie 46% zaufania) i się ich boją. Jednak nie jestem specjalnie życzliwy wobec PO, więc spokojnie przyglądam się ich nieporadnym podrygom.

Czy to oznacza, że sprawa „afery hejtowej” w Ministerstwie Sprawiedliwości rozejdzie się po kościach? Wręcz przeciwnie. Tego typu sygnały są co najmniej niepokojące dla „normalsów”, czyli wyborców neutralnych politycznie, niezaangażowanych w wojenkę PiS-PO. Bez ich głosów PiS może nie utrzymać wysokiej przewagi nad konkurencją. W konsekwencji, wobec braku potencjalnego koalicjanta, może nawet utracić władzę.

W lot zrozumiał to Mateusz Morawiecki, skądinąd jeden z nielicznych bystrzaków w obozie władzy. Postanowił zażegnać kryzys wizerunkowy ucieczką w przód. Właśnie jako taką odbieram deklaracje zrównoważonego budżetu na rok 2020.

Oczywiście zrównoważony budżet cieszy. Jest to postulat od lat głoszony przez moje środowisko, trudno zatem oczekiwać po mnie innej reakcji. By jednak do beczki miodu dodać kilka wiader dziegciu przybliżę Państwu kilka istotnych szczegółów.Każdy budżet składa się zasadniczo z przychodów po jednej wydatków po drugiej stronie. O racjonalności budżetu świadczą źródła dochodów państwa i niezbędność wydatków, które owo państwo ponosi. Przychody naszego przyszłorocznego budżetu opierają się w istotnej części na zdarzeniu jednorazowym jakim będzie pobranie od Polaków, przy okazji zmian w OFE, tzw. opłaty przekształceniowej.

Rząd liczy na wpływy z tego tytułu na poziomie 9-11 mld zł rocznie. Tymczasem koszty pozostają na wysokim poziomie ze względu na kosztowne programy socjalne. Jest więc to budżet mocno napompowany, zdecydowanie rozrzutny socjalnie i niezbyt inwestycyjny.Jednak nie narzekam. Zbilansowanie budżetu tak czy inaczej jest korzystne. Może być pierwszym krokiem w dobrym kierunku racjonalizacji wydatków publicznych. Choć przyznajmy uczciwie, taki scenariusz jest to wysoce nieprawdopodobny.

Przemysław Piasta
Fot. Wikipedia Commons

Dzial: