Nie kokietuję publiczności tandetą

mokrowiecki 2.jpg
„W średniej wielkości mieście monoteatralnym zainfekowanie ludzi sceną, bez ich obaw o stratę czasu, wymaga kilkudziesięciu lat. Czasami półwiecza. My się zbliżamy do tej cezury czasowej, ale tym więcej niejako pozytywistycznej roboty u podstaw przed nami” – mówi Marek Mokrowiecki, dyrektor Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku

Szanowny Panie Dyrektorze, Drogi Marku. Wśród długoletniego personelu tej „tancbudy” funkcjonowała swego czasu anegdota, jak to przybyłeś do Płocka, ubiegając się o przyjęcie schedy po Tomaszu Grochoczyńskim, w stroju prowokacyjnie niedbałym, co zdumiało wszystkich dookoła. Jednak w cuglach wygrałeś konkurs na to stanowisko. Jak było faktycznie?
- Inaczej. Owszem, anegdoty, dowcipy, nawet plotki, są solą pozascenicznego życia wewnętrznego teatru, ale naprawdę tak było tak. Przyodziany byłem zwyczajnie, ale całkowicie schludnie. Mogę sobie tylko zarzucać, iż w pośpiechu zapomniałem o smokingu, muszce i lakierkach. Natomiast zdecydowano się dlatego na mnie, gdyż płynnie zreferowałem swoją dalekosiężną wizję programową, repertuarową, na fundowanie ambitnej różnorodności, biorącej pod uwagę potencjalne oczekiwania wszelkich odcieni widowni. Tę linię z niezbędnymi modyfikacjami realizuję przez 30 sezonów, co się satysfakcjonująco sprawdza. Inna kwestia, jak gdyby na marginesie. Ze swoim poprzednikiem, aktorem i reżyserem Tomkiem Grochoczyńskim jesteśmy w dobrych relacjach koleżeńskich i zawodowych. Za mojej kadencji zrealizował tutaj m.in. bardzo dobrą inscenizację „Ślubów Panieńskich” Aleksandra Fredry.

Zacząłeś z wysokiego C. „Bóg” Woody Allena, co notabene wcześniej przećwiczyłeś jako dyrektor teatru w Gorzowie Wielkopolskim.
- Tam zrealizowałem tę pozycję naprawdę w 50 proc. inaczej, nie ma mowy o artystycznej kserokopii. Po pierwsze nowy ansambl aktorski, chociaż kilku wykonawców przetransferowałem do „Szaniawskiego”. Jednak płockie tzw. podmioty wykonawcze były wcześniej ukształtowane przez dyrektorów i reżyserów – moich poprzedników. To kwestia odmiennych instrumentów warsztatowych, indywidualnych predyspozycji, temperamentów, wrażliwości. Cały ów zbiorowy, bardzo czuły instrument artystyczny musiałem od nowa, indywidualnie i dopiero później zespołowo, nastroić. Ale zarówno publiczność – przede wszystkim – jak i wyjątkowo gremialnie zgodnie tzw. recenzenci ocenili rzecz bardzo wysoko, co potwierdziła frekwencja na rekordowej liczbie spektakli. Warunek sine qua non sukcesu: oryginalne rozwiązanie inscenizacyjne, oczywiście plus wysublimowane, unikalne poczucie humoru.

Opinia wyłącznie subiektywna. Nie umniejszając aktorstwu „Mokrego”, umarł król, niech żyje król. Umarł aktor, wiwat reżyser z wizjami, znowu subiektywnie. Za miejscowe kamienie milowe realizacji M.M. uznajemy: „Jeremiasza” Karola Wojtyły, swoiste wariacje na kanwie „Wesela” Wyspiańskiego, niedoceniony przez miłośników rozrywki ludycznej „Proces” Kafki, inscenizacje czeskich autorów z „Opowieściami o zwyczajnym szaleństwie” Zelenki i „Myszami Pani Mooshaber”, „Wiśniowy Sad” Czechowa, „Operetkę” Gombrowicza. „Poskromienie Złośnicy” Szekspira. Co dorzucisz od siebie bez tzw. megalomanii?
- Nic. Po prostu nie chce mi się, prawdę powiedziawszy. Natomiast literalnie nie wstydzę się czegokolwiek, którejkolwiek z tutejszych premier sygnowanych moim nazwiskiem.

Dobre pozycje przyciągają Scena Kameralna i „Piekiełko”. „Wściek” Rytelewskiej w reżyserii i z udziałem Mariusza Pogonowskiego. „Wydmuszka, Berek czyli upiór w Moherze”, teraz „Prawda” w reżyserii Jerzego Bończaka, „Sex, prochy i rock and roll”. Ale dla mnie wisienką na torcie jest twoja reżyserska perełka – „Pierwsza młodość”. Mimo, iż sam Adam Hanuszkiewicz nazwał kiedyś Grażynę Zielińską „prawdopodobnie najlepszą aktorką komediową w Polsce”, dopisałem od siebie, że prawdopodobnie pojawiła się oto druga taka komediantka – Hanna Zientara. Tak więc?
- Z przyjemnością tego nie kwestionuję. Fascynującym i mile łechcącym próżność dowodem na to jest wyprzedaż biletów na przedstawienia na dwa, trzy miesiące z góry. Mnóstwo ludzi z obolałą miną odchodzi z kwitkiem od kasy, a dla wszystkich grup widzów deską ratunku jest rezerwacja lub natychmiastowy zakup biletów w Biurze Obsługi Widzów. Pomimo tak dalekich terminów. Co do „Pierwszej Młodości” jest mi bardzo niezręcznie mówić o Hannie Zientarze odkąd nosi ona nazwisko dwuczłonowe: Zientara - Mokrowiecka.

Mówiąc obcesowo, co widzów obchodzi, że Mokrowiecka? Jej rola w „Wiśniowym sadzie”, szczególnie finał, spowodowały, że oglądający spektakl poeta i plastyk na finiszu się popłakał. Po premierze „Myszy...” wcześniej dziennikarka, obecnie przedstawicielka ratusza ds. kontaktów ze środkami przekazu Ala Boczkowska, bardzo poruszona obwieściła, że Hania stworzyła kreację.
- Kapituluję. Było to faktycznie nader blisko kreacji. Ona ma rzeczywiście niekłamany talent, podparty nadwrażliwością. Natomiast jako reżyser znalazłem zniuansowany klucz do tego potencjału. Podobnie jak do kilku innych wykonawców z Bożej Łaski.

Dlaczego nie wznawiasz takich hitów, jak właśnie „Pierwsza Młodość”, a najpierw „Poskromienie złośnicy” czy „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”?
- To obiektywnie poza, czy raczej ponad mną. W przypadku „Poskromienia...” w świetnym przekładzie Stanisława Barańczaka, chociaż nie bez przemyślanego udziału mojego i twórczej współpracy choreografki Katarzyny Małachowskiej i jej małżonka, scenografa Krzysztofa Małachowskiego, po kilkunastu odsłonach o wycofaniu pozycji zdecydowała coraz szczuplejsza frekwencja. Co mnie mniej zasmuca, a bardziej zdumiewa. Rzecz polega na tym, że publiczność czasem głosuje nogami, tym samym wyrażając chęć oglądu poszczególnych wydarzeń. Co determinuje stopień poznania meandrów sceny, wiedza ogólna, wrażliwość, wyłapywanie scenicznych półtonów, subtelności etc.

Idąc tym śladem, pierwszy dyrektor tej placówki śp. prof. Jan Skotnicki długo ubolewał, że robiąc u zarania „Szaniawskiego” teatr eklektyczny, z planami edukacyjno-promocyjnymi, miewał prawie notorycznie łysiny na widowni. Ja z przekonaniem idę duży krok dalej. W średniej wielkości mieście monoteatralnym zainfekowanie ludzi sceną, bez ich obaw o stratę czasu, wymaga kilkudziesięciu lat. Czasami półwiecza. My się zbliżamy do tej cezury czasowej, ale tym więcej niejako pozytywistycznej roboty u podstaw przed nami. Czy będę to kontynuować ja, czy mój następca, to nie jest najważniejsze. Grunt abyśmy w newralgicznym momencie zsynchronizowali zegarki czasowych priorytetów.

„Poskromienie...” tryumfowało na festiwalach w Siedlcach i Czeskim Cieszynie, a Sylwia Krawiec na obydwu wygrywała nagrody za najlepszą rolę żeńską, notabene tytułową...
- Sam tym pytaniem wpadasz w pułapkę – nie chcę powiedzieć ignorancji, ale... powiem tyle. Czy w ogóle bierzecie pod uwagę, że statystycznego zjadacza chleba być może schładza samo nazwisko Szekspir, często przez takich ludzi kojarzone z „ramotą”? Pomimo że pozycja jest diablo uwspółcześniona, zabawna, z doskonale przeze mnie ustawionymi rolami, a widownia nagradza po finale artystów oklaskami na stojąco. Z „Opowieściami...” rzecz się komplikuje przede wszystkim o tyle, że byłby dzisiaj obiektywne kłopot z obsadą.

mokrowiecki 1.jpg

Czyli przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Teraz Ty wpadasz mimo woli w autopułapkę. Dlaczego Pan dyrektor wypuścił stąd Katarzynę Anzorge, Maję Rybicką czy takiego aktorusa co się zowie, jak Jacek Mąka?
- Nikogo nie wypuszczałem. Bardziej – nie mogłem zatrzymać. Aktorstwo to ważny zawód. I jednocześnie aktorzy to czasami żądni sławy, poklasku i coraz większych apanaży egoiści. Katarzyna Anzorge to obecnie artystka samodzielnie wojażująca po Polsce, Maja Rybicka nie była na etacie, jedynie czasami grała gościnnie, a Jacek Mąka wziął na razie urlop bezpłatny z myślą o spróbowaniu sił w innych teatrach, jednak wierzę, że powróci. Czyli pytanie raczej nieprecyzyjne. Pomimo to nadal jest sporo aktorów bardzo profesjonalnych, stanowiących dla świadomego inscenizatora dobre, umownie mówiąc – tworzywo plastyczne. Marek Walczak, Henryk Błażejczyk, Krzysztof Bień, Szymon Cempura, Hanna Chojnacka, wspomniana Sylwia Krawiec, pozostałych nie urażając. Idąc dalej, uważnie się przyglądając innym artystom, nie przekreślam następnych angaży. Ale to jakość, potencjał, warsztat, a broń Boże nie ilość.

A impresariat? Sprzedaż waszych produkcji na zewnątrz?
- Chyba nie wątpicie, że brałem pod uwagę takie rozwiązania. Tylko im dalej w las, tym więcej drzew. Po pierwsze, co daje, poza iluzoryczną promocją, jednorazowy wypad w Polskę, nawet dający jakieś skąpe wpływy? Co ma z tego płocka widownia? Po drugie, choćbym pukał z najlepszymi przedstawieniami do stołecznych drzwi, znając osobiście wielu tamtejszych dyrektorów, teatry – Dramatyczny, Studio, Polski, Rozmaitości, Powszechny, Współczesny będą się asekuracyjnie obawiać, że Płock się tam raczej nie sprzeda. Zero przychodów, promocji, w dodatku blamaż potencjalnie. Po trzecie, jakiś Grudziądz, Bielsko-Biała, Gorzów Wlkp., Gniezno... może by się udało, tylko oni mogą zażądać jakiegoś rodzaju barteru. A kto w Płocku na nich przyjdzie, rozpuszczony jeżdżącymi po kraju wątpliwej jakości farsidłami, w których magnesem są znane ze szklanego okienka, głównie z kabotyńskich serialików twarze. Tak można do bólu, a więc ponownie, punkt wyjścia – pat.

Wracam do Ciebie sprzed lat. Monodramy, autonomiczny byt „Mokrego”. Teraz więc co? Kapitulacja, rozleniwienie, znużenie?
- Owszem, na różnych ogólnopolskich festiwalach jednego aktora święciły trumfy „Gwiezdne Dzienniki Tona Tichego”, „Transatlantyk” i „Zaproszenie” Gombrowicza... Były nagrody w tym kilka razy grand prix. Teraz blokuje mnie nadmiar innych obowiązków: dyrektorowanie artystycznemu kombinatowi pt. teatr, ambicja reżyserii większych form, dopilnowanie repertuarowego karnawału z postem na optymalnie dobrym poziomie etc.

Kiedy mówiłeś, dlaczego nie sprzedacie się w Warszawie, m.in. o Teatrze Współczesnym, dopowiem, że króluje tam następca legendarnego Erwina Axera, najbardziej długowieczny szef jednej i tej samej sceny Maciej Englert. Ogólnopolskim wicekrólem takiej długowieczności jest... M.M. w Płocku! Nawet nie próbuj komentować. Pytanie wiodące. Jak jest więc naprawdę z owym programowym tańcem karnawału z postem?
- Jakbyś dobrze nie wiedział! Teatr bez frekwencji, to trup w szafie. Niezbędny jest kompromis. Czasami nadgniły, ale kompromis. Nawet znakomite sceny dramatyczne, których logo stanowią inscenizacje dramatu czy to klasycznego czy współczesnego, a o ten drugi ciężko w nuworyszowskiej nadal obecnie Polsce, nie obejdą się bez inkrustowania repertuaru komedią, farsą, kabaretem itd. Gdybym nie poszedł na taki kompromis, może szlag by nie trafił całego teatru, ale frekwencję, a przy okazji mnie na pewno. Biuro Obsługi Widzów importujące tego rodzaju pozycje, nawet bardzo umownego lotu, przede wszystkim łączy przeciętnego, często przypadkowego odbiorcę z naszą placówką. Co się też liczy mimo opinii snobów. A przy tym są to jakieś zastrzyki finansowe.

Natomiast kiedy wpuszczam mojego przyjaciela Stefana Friedmanna z jego kolejnymi komediami, także w charakterze reżyserów Jurka Bończaka czy Andrzeja Chichłowskiego, jestem spokojny o poziom premier. Powiem otwarcie: często dużo wyższy od bezmyślności tych z pielgrzymującego po Polsce rzutu. Tutaj nie mam sobie niczego do zarzucenia. A komedie reżyserowane przez Friedmanna po 2-3 sezony nie schodzą z afisza – i nieustannie trudno o bilety. Identycznie jest z „Berkiem...” i – awansem w ciemno typuję, że gonić te rzeczy będzie „Prawda” zrealizowana przez Bończaka. Czego nie powiesz, znak czasu. Grunt, że sztuka sceniczna mądrze konkuruje z internetem, dancingiem i tańcem na rurze. Bardzo gorzka konstatacja: ten przyczółek w odmóżdżających nihilistycznych czasach, to jednak wartość – okop świętej trójcy przeciwko antywartości permanentnej.

„Snobi”, a może po prostu widzowie oczekujący kultury powyżej Zulu Guli, przełamanego Benny Hillem, chcą dramatu z tzw. przesłaniem. A proporcje jakoś tak nieszczęśliwie się załamały?
- Nie załamały się. „Wróg Ludu” Ibsena, następnie „Nosorożec” i „Myszy...” w mojej reżyserii, po drodze unikalna premiera Dziadów w ruinach kościoła w Sierpcu, za moment najnowszy dramat historyczno-polityczny twojego guru literackiego oraz publicystycznego Bohdana Urbankowskiego... Co mogę więcej, aby masowa publiczność, łaknąca głównie śmieszącej łatwo rozrywki nie zaczęła nas omijać łukiem? Teraz ja nie pozwalam na ripostę z gatunku rezonerskiej. A to ponieważ: a) krytyk i impotent z jednej są parafii, b) recenzent powinien służyć tak ludziom teatru jak i w konsekwencji publiczności, a nie epatować na poły narcystycznie elokwencją, a nawet błyskotliwymi figurami retorycznymi. Tak na marginesie: „Myszy...” schwaliłeś bez zastrzeżeń. Chcę też przypomnieć „Damy i Huzary” w reżyserii śp. Adama Hanuszkiewicza, Fredrę w reżyserii Grochoczyńskiego, „Piłsudczyków”, „Żelazne Kwiaty” Urbankowskiego, „Operetkę” Gombrowicza. Nie mów mi, więc że zrobiłem w Płocku jakąś kserokopię stołecznej „Komedii” za panowania Lipińskiej. Tematycznie, programowo rzecz jasna, bo odżegnuję się od tego pryncypialnie, nikomu nie uwłaczając. Dla mnie najważniejsze, że po dwóch latach posuchy spowodowanej gruntowną modernizacją czy przebudową Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego, ludzie na większość spektakli walą drzwiami i oknami, a na miejsce na widowni czy to na dużej scenie, kameralce, czy w piekiełku, czeka się przeciętnie kilka tygodni. Co najmniej. I przewrotnie. Nie ma sezonu, abym jednak nie odczuwał minimum niedosytu, zawodu. Dla mnie jednak to nie paraliż, tylko inspiracja.

W majowo-czerwcowym numerze „Aktualności Teatru Płockiego” napisałeś: „Przed nami ostatnia premiera sezonu – „Tajemniczy Ogród” w reżyserii Stefana Szaciłowskiego”. Tylko i – aż tyle. A przecież inscenizacje bajek, legend, podań zarażają najmłodszą widownię bakcylem kontaktu z Melpomeną, co bezcenne na przyszłość. Uwrażliwiają w przeciwwadze do często okrutnych gierek komputerowych, ożywiają zakamarki nieletniej wyobraźni etc. Jest fenomenem w skali ogólnopolskiej, że np. „Opowieść Wigilijna” Dickensa, na wskroś rodzinna, ciepła, dźwięczna inscenizacyjnie, powraca tutaj grudzień w grudzień od, bodajże już 17 sezonów? A więc … chałturka, repertuarowy wypełniacz – zapchajdziura, czy jednak z gruntu więcej?
- Absolutnie zgadzam się. Bajki, sztuki dla dzieci, sztuki dla młodzieży („Szatan z siódmej klasy”) nigdy nie są przez nas traktowane jak chałtury. Odwrotnie! Na przygotowanie dekoracji, kostiumów, muzyki, na choreografię idzie mnóstwo pieniędzy. Trzeba patrzeć, jak dzieciaki reagują, jak spontanicznie wchodzą w barwny, magiczny świat teatru!

Bohdan Urbankowski powiedział kiedyś o pewnych specyficznie manierycznych, niedorobionych zaś faktycznie aktorskich: pół małpy – pół ludzie. Bez obrazy, jak to wygląda tutaj procentowo, rzecz jasna omijając personalia. Miejscowo – teraźniejszo: mówiąc eufemistycznie, z jakim „oporem aktorskiej materii” muszą się liczyć reżyserzy tu, w Płocku?
- Mądry, atrakcyjny, mający do przekazania ważkie, uniwersalne treści, a tym bardziej szersze przesłania, tetra jest pracą zespołową. Pozytywistyczną, praktycznie bezustannie pracą, w której nieuchronnie zderzają się: rozdęte „ego” aktorek i aktorów, reżyserów i kompozytorów, scenografów, kostiumologów... Lecz reżyser musi być zdecydowanie tym „pierwszym po Bogu”, jak na łajbie mówią na kapitana. Według moich konserwatywnych, zaś de facto niezbyt wolnych przekonań to reżyser – w pierwszym rzędzie – służy idei, całemu przesłaniu teatru, danej sztuce- i jemu powinni służyć dla dobra rzeczy wszyscy tworzący każde przedstawienie. Jestem przekonany, że skromność, wręcz kiedy trzeba pokora, poczucie odpowiedzialności w służbie odbiorcom, ludziom o niejednorodnej percepcji, różnych stopniach wrażliwości, a nie patologiczna, zabójcza dla dzieła megalomania, stanowią sedno zagadnienia.

Dobry, mądry, kuszący rozmaitymi formami i środkami wyrazu teatr (Divadlo, jak pieszczotliwie z czeska go nominuję), najdobitniej przemawia językiem metafory. Nie trzeba wszystkiego wyrażać „łopatologicznie”, wyrażać dosłownie, bo niepotrzebnie można ludziom podać swoistą antysztukę. Jak tego, dla odmiany uniknąć, wybornie ilustruje „Mira Zimińska”, pozycja nader mądra, ciepła, z wybitną nie waham się powiedzieć kreacją odtwórczyni tego monodramu „Magdy Tomaszewskiej”. Artystka nie tylko w moim przekonaniu, bezwzględnie słusznie dostała za tę misternie zbudowaną rolę „Srebrną Maskę”, laur dla najlepszego aktora sezonu. W przypadku tej „Zimińskiej” także wielki pokłon w kierunku reżysera, Karola Suszki. Długoletniego dyrektora sceny Polskiej w Czeskim Cieszynie, bardzo ciepłego, zaraźliwie pogodnego człowieka- i mojego przyjaciela. Tak więc, szczęśliwy jestem, kiedy reżyseruje Ktoś, Postać- indywidualność pokroju Karola Suszki. Wówczas jestem szczęśliwy, bo w ogóle nie wiem, ze „jakaś” sztuka dzieje się w próbach. Żadnych konfliktów, spokój, wszystko „robi się samo”. Błogosławiony błogostan, cholera!...

Na drugim biegunie – tu nazwiska miłosiernie ominę, są reżyserzy, ba, także scenografowie, autorzy muzyki siedzący mi co dzień na głowie. Z tysiącami często wyimaginowanych problemów, żądający prawem Kaduka, Bóg wie jakich pieniędzy. Zapominający o tym, że teatr jest sztuką szlachetnego oszustwa. I że, zaprawdę, literalnie nikt z widowni nie odróżnia prawdziwej skóry od materiału skóropodobnego, dermy itp. Jednak dla odtruwającej przeciwwagi, wspomnę koniecznie o aktorce – samorodnym talencie scenograficznym – Dorocie Cempurze. Świetne realizacje scenograficzne do „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”, „Berka...”, „Związku Otwartego” itd. Głęboki, niski ukłon. Jednakże... raz jeszcze aktorzy. To raczej naturalne, ze nie każdy jest zadowolony z propozycji zagrania tej czy innej roli. Ja sam w czasach mojej aktorskiej aktywności, wielokrotnie byłem zawiedziony tym, co mam grać, ale trudno – przeżyłem. Życie zawsze jest „sprawiedliwe” – i nie inaczej teatr. Wieńcząc tę kwestię. Wielki reformator teatru, godzien nieustannego „odkurzania” Konstanty Siergiejewicz Stanisławski zanotował o pewnym typie aktorów: „Ty kochaj siebie w teatrze, a nie teatr w sobie.”

Czas na banalne – nieuniknione. Twoje, szanowny dyrektorze, zamierzenia repertuarowe, ewentualnie festiwalowe na przyszły sezon? I, ewentualne, transfery aktorskie i reżyserskie?
- Ja Ciebie cenię, lubię, ale... chyba ten upał Ci nie służy. Na tym poprzestanę co do sensu pytania. Przecież co będzie, zobaczymy. Złożenie do kupy repertuaru to, pierwotnie, totalna łamigłówka intelektualno- finansowo-organizacyjna. Wszystkich do „Szaniawskiego” w Płocku od września zapraszam.

Rozmawiał: Jacek Dąbrowski, Krzysztof Urbaczewski (współpraca)
Myśl Polska, nr 35-36 (25.08-1.09.2019)

Dzial: