Mit o Pawlaku, co ponoć ceny gazu podwyższył (3)

Piotr_Naimski_Sejm_2014.JPG
W poprzednich dwóch numerach „MP” udowodniłem fałszywość powszechnego przeświadczenia, że „wysokie ceny gazu zawdzięczamy Waldemarowi Pawlakowi”. To klasyczny „fake news”. Zarówno w negocjacjach lat 2009-10 , jak i w 2012 r., gdy Waldemar Pawlak był wicepremierem, w negocjacjach z Rosją i Gazpromem osiągnięto obniżki cen gazu.

Za pierwszym razem niewielkie, gdyż byliśmy w trudnej sytuacji negocjacyjnej, przez prawie dwa lata na krawędzi kryzysu gazowego. Za drugim razem, gdy już odpowiednio się przygotowaliśmy, wywalczone potężne upusty spowodowały, ze ceny importowanego gazu wkrótce wróciły do średniego poziomu europejskiego.

Jednak wiele lat wcześniej sytuacja w imporcie rosyjskiego gazu była dla nas bardzo korzystna. PGNiG miało doskonałe ceny, kupowało rosyjski gaz taniej niż Niemcy. To był efekt współpracy przy budowie rurociągu Jamalskiego. Później stosunki z dostawcą ze wschodu się zepsuły, więc ceny importowanego poszybowały pod niebiosa. Ale jak to się stało? Komu naprawdę zawdzięczamy tak wysokie przez lata ceny?

Otóż po rozwiązanie tej zagadki trzeba sięgnąć do 2006 roku, gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości w 2005 roku rzucił rękawicę Rosjanom, zapowiadając renegocjacje umów z Rosją. Gazprom przystąpił natychmiast do ofensywy, wysyłając w końcu października 2005 r. dwa pisma z żądaniem renegocjacji ceny kontraktowej w umowie. W rękawie miał potężny atut - spółkę RosUkrEnergo. Był to dostawca, z którym po 2003 roku podpisaliśmy kontrakty na dostawy dwóch miliardów m3 gazu rocznie.

Spółka miała charakter nomenklaturowy – udziałowcami byli: Gazprom ze strony rosyjskiej, a z ukraińskiej niezwykle wpływowy oligarcha Dymitr Firtasz. RosUkrEnergo było owocem polityczno-biznesowego, gdy ukraiński prezydent Leonid Kuczma zażyczył sobie tego na spotkaniu z Władimirem Putinem. Z takim podmiotem, który zarządzał głównie importem gazu z Gazpromu, podpisaliśmy kilka lat wcześniej kontrakt „dywersyfikacyjny”. A zakończenie tego kontraktu przypadało na 31 grudnia 2006 r. Po tym dniu zabrakłoby w polskim systemie 2 miliardy m3 gazu (ok. 15% zużycia).

Jednak przez 11 miesięcy Polska strona nie podejmowała negocjacji, do spotkania doszło dopiero we wrześniu 2006 r., na kwartał przed zakończeniem kontraktu z RosUkrEnergo i nieuniknionym kryzysem gazowym w Polsce. A dopiero w listopadzie (50 dni przed końcem kontraktu) przystąpiono do rozmów. I czegóż można było oczekiwać innego – podmiot ukraiński, który jakimś niewiarygodnym sposobem miał „dywersyfikować” dostawy do Polski, występuje po drugiej stronie stołu negocjacyjnego wspólnie z Gazpromem i żąda 10-procentowej podwyżki ceny (dokładnie zakończenia upustu cenowego z kontraktu jamalskiego z 1996 r.).

Negocjacji praktycznie nie było, błyskawicznie, bo w ciągu tygodnia, zakończyły się całkowitą klęską naszej strony. Podpisano tak z Gazpromem, jak i RosUkrEnergo aneksy, które podwyższały ówczesną gazpromowską cenę z 255 na 275 dolarów za 1000 m3 gazu. Na dodatek Polska musiała zapłacić tę wyższą cenę od listopada 2005 r., co kosztowało nas 212 milionów dolarów.

Ale nie to było najgorsze. PGNIG w czasie negocjacji (czyli w ciągu tygodnia) zgodziło się na likwidację w formule cenowej współczynników zabezpieczających cenę gazu przed wahaniami produktów ropopochodnych. Od tego momentu wszelkie zwyżki cen ropy i jej produktów znajdowały 100-procentowe odzwierciedlenie z cenie gazu. I to było kluczową przyczyną szalenie wysokich cen gazu dla Polski w następnych latach. To właśnie ustępstwo negocjatorów polskich było źródłem szalonej kampanii, atakującej Gazprom i Rosję za wysokie ceny gazu przez najbliższe kilka lat, aż do czasu obniżenia cen przez premiera Pawlaka.

Kto w 2006 r. w polskim rządzie odpowiadał za sprawy gazowe? Nietrudno się domyślić. Był to sekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki, odpowiedzialny za bezpieczeństwo dostaw surowców energetycznych do Polski – Piotr Naimski.

Andrzej Szczęśniak
Na zdjęciu Piotr Naimski (Wikipedia Commons)
Myśl Polska, nr 35-36 (25.08-1.09.2019)

Dzial: