6 sierpnia 1927 – mord na generale Zagórskim

zaborski 2.jpg
Wiele razy próbowano rozwikłać tajemnicę zaginięcia gen. Włodzimierza Ostoja-Zagórskiego, uwięzionego w maju 1926 roku przez zwycięskich piłsudczyków. Po 15 miesiącach śledztwa Zagórskiego przewieziono w Wilna do Warszawy – miał być zwolniony. Był 6 sierpnia 1927 roku – rocznica wymarszu „kadrówki” z Oleandrów do Królestwa.

Po rzekomym wypuszczeniu Zagórski tego dnia zapadł się pod ziemię, nigdy go nie odnaleziono. Cień podejrzenia od razu padł na sanację, ale nigdy nikomu niczego nie udowodniono. Mord doskonały? Wygląda, że tak.

Autor biografii Zagórskiego nie snuje hipotez – on jest przekonany kto i jak oraz za co dokonał mordu. Według niego, po wypuszczeniu generała z samochodu, którym jechał z Dworca Wileńskiego do centrum Warszawy w towarzystwie mjr. Zygmunta Wendy – prawie natychmiast pojawił się cadillac 24 z tajemniczym kapitanem z odznakami II Brygady Legionów, co miało wzbudzić w Zagórskim ufność. Zaoferował podwiezienie.

Mord w lokalu „Strzelca”

Ofiara wsiadła do wozu. Dalej wypadki potoczyły się tak: „Cadillac 24 udał się następnie w nieznane. Najprawdopodobniej cała sprawa miała swój krwawy finał w lokalu „Strzelca" na Dobrej bądź też w Forcie Legionów. To pierwsze miejsce wydaje mi się o wiele bardziej prawdopodobne. Po dojechaniu do celu generał wraz z eskortą wszedł do lokalu „Strzelca" Jakież musiało być jego zdziwienie, kiedy ujrzał wewnątrz kilku oficerów, a wśród nich mjr Z. Wendę, który przecież nie tak dawno zakomunikował mu, że może czuć się wolny. Oprócz nich w środku znajdowało się kilku nieznanych W. Zagórskiemu cywilów. Wyglądali oni jak typy spod ciemnej gwiazdy. Wśród nich mógł znajdować się Józef Łokietek, a także chłopcy Łukasza Siemiątkowskiego popularnego „Taty Tasiemki". Wcześniej byli oni związani z PPS, później zaś zeszli na drogę przestępczą. Nie odmawiali jednak swoim dawnym towarzyszom broni w razie potrzeby wsparcia, w zamian zaś mogli liczyć na osłonę przed wymiarem sprawiedliwości ze strony wpływowych czynników. Specjalną „przysługą" w tym przypadku było zamordowanie gen. W. Zagórskiego.

Zarówno wcześniejsze negocjacje o wydanie dokumentów obciążających J. Piłsudskiego i jego współpracowników, jak i te, które podjęto na Dobrej, nie przyniosły żadnych rezultatów. W. Zagórski pozostał nieugięty. Zapewne wówczas prowadzący z generałem rozmowy sondażowe W Sławek umył ręce od sprawy, po czym wydał polecenie poddania go torturom, a w razie gdyby to nie dało rezultatu, zatwierdził dyspozycję jego usunięcia, po czym oddalił się z miejsca kaźni. Zgodnie z zarządzeniem wobec generała zastosowano przemoc fizyczną. Na pewno nie poddał się jej bezwolnie, znając jego charakter, to mimo iż stał na straconej pozycji, podjął nierówną walkę z oprawcami. Adwokat W. Zagórskiego w procesie przeciw W. Stpiczyńskiemu zapisał, iż według wszelkich przypuszczeń:

zagorski.jpg
Gen. Włodzimierz Zagórski - koloryzacja Mirosław Szponar

„[...] zabójstwo poprzedziła walka, w której Zagórski bronił się nawet zębami, kalecząc napastnika [...]”. Po krótkiej chwili generał leżał zapewne na podłodze w strugach krwi. Około 21.30 W Zagórski jeszcze żył. Oprawcy odebrali mu kwit do przechowalni, który, jak pamiętamy, na pewno znajdował się w jego rękach. Interesowała ich zawartość bagażu pozostawionego na Dworcu Wileńskim. O wspomnianej wcześniej godzinie osoba o nieustalonych personaliach odebrała ów bagaż z przechowalni.
Akcję katowania generała nadzorował mjr Z. Wenda. Jemu też został dostarczony jego bagaż. Z. Wenda wybrał z niego te wszystkie materiały, łącznie z pisanymi przez generała pamiętnikami, które mogły w jakiejś mierze zaszkodzić obozowi sprawującemu w Polsce od maja 1926 r. niepodzielną władzę”.

Tajemnice HK-Stelle

Tak daleko w interpretacji materiału źródłowego nie posunął się nikt. Dlaczego Zagórski musiał zginąć? Czy tylko dlatego, że w maju 1926 roku walczył przeciwko Piłsudskiemu? Nie, takich oficerów było więcej i nic im się nie stało. Przyczyna była inna – z czasów austriackich Zagórski znał tajemnice współpracy Piłsudskiego w wywiadem HK-Stelle. Współpraca oznaczała też pobieranie gratyfikacji pieniężnych. Piłsudski obawiał się, że Zagórski ma na ten temat materiały i je ujawni. W polskim kodeksie honorowym współpraca z wywiadem obcego państwa nie była niczym chwalebnym. Dopiero casus Kuklińskiego zmienił te nastawienie. Za czasów Piłsudskiego było inaczej. Co więcej, Piłsudski, który oskarżał przeciwników politycznych o agenturalność nie mógł być pewnym, że ktoś w pewnym momencie nie ujawni, że on sam ma to na sumieniu. Znamienne, że w dzień po zabiciu Zagórskiego, Piłsudski podczas zjazdu legionistów w Kaliszu całe swoje wystąpienie poświęcił obcym agenturom. Dlaczego poszedł „na całość”? Autor jest przekonany, że wiedział już, że świadek jego związków z HK-Stelle już nic nikomu nie powie. Nie był to koniec serii zabójstw.

Wszyscy musieli zginąć

Pisze autor: „Szofer, który wiózł Zagórskiego z dworca, Mieczysław Cempel miał jakoby zostać zwolniony z wojska przed upływem służby, następnie zaś w 1929 r. został zastrzelony w lokalu, na którego prowadzenie otrzymał koncesję. Na terenie Belwederu padł od „zabłąkanej kuli" żandarm Stanisław Koryzma, który miał być wtajemniczony w okoliczności zejścia ze świata generała. Najprawdopodobniej zamordowany został również płk Jakubowski jeden z ostatnich świadków popełnionej zbrodni.

Zbyt wiele tych zbiegów okoliczności, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że po maju 1926 r. w niejasnych okolicznościach zmarli także wysocy oficerowie uznawani przez J. Piłsudskiego za wrogów. Generała broni Tadeusza Rozwadowskiego śmierć dosięgła 18 października 1928 r. Podejrzewano otrucie, jednakże władze zabroniły sekcji zwłok. Rok wcześniej dnia 23 października zmarł generał dywizji Jan Thullie. Śmierć przyszła nagle i wręcz niespodziewanie. Generał zatruł się rybą w drodze na manewry. Mimo troskliwej opieki jego serce nie wytrzymało. Przed I wojną światową J. Thullie służył w armii austro-węgierskiej. W 1925 r. był kontrkandydatem gen. Lucjana Żeligowskiego na stanowisko ministra spraw wojskowych. Tego ostatniego zaś wysuwał obóz piłsudczykowski. Wreszcie życie stracili także ci oficerowie, którzy przed I wojną światową pracowali w wywiadzie austro-węgierskim i doskonale znali przeszłość marszałka J. Piłsudskiego. Były kierownik HK-Stelle we Lwowie, a w niepodległej Polsce dowódca dywizji w Przemyślu gen. Jan Hempel został „przypadkowo" zabity podczas polowania w miejscowości Potok. Dowódca Okręgu Korpusu nr 7 w Poznaniu gen. Oswald Frank, który wcześniej także pracował w lwowskim HK-Stelle, zmarł na stole operacyjnym w Poznaniu. W trakcie wojny polsko-bolszewickiej na podwórzu jakiejś kwatery również „przypadkowo" zastrzelony został były pracownik wywiadu austriackiego Morawski.

Jaki był zaś los dokumentów obciążających J. Piłsudskiego i jego współpracowników, które miały znajdować się w rękach Włodzimierza Zagórskiego, a których po¬siadanie przyczynić się miało do jego śmierci? Wiele wskazuje na to, że były one przechowywane razem z innymi kompromitującymi dokumentami związanymi ze sprawą generała w kasie ogniotrwałej muzeum belwederskiego. W ten sposób wyjaśniałby się w pewnym sensie tragiczny los generała. W Archiwum Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku znajduje się teczka „Geheim" kpt. J. Rybaka zawierająca materiały dokumentujące współpracę J. Piłsudskiego z wywiadem austriackim. W. Zagórski mógł ją otrzymać od J. Rybaka w sierpniu 1914 r. W teczce jednak brak owych słynnych pokwitowań na pobieranie pieniędzy z kasy Biura Ewidencyjnego. Co się z nimi stało? Trudno powiedzieć, bowiem albo z W. Zagórskiego nie udało się wydobyć miejsca ich przechowywania, albo też po ich otrzymaniu piłsudczycy zdecydowali się je zniszczyć”.

„Stare wilczury”

Materiał rzeczywiście porażający. Giną wszyscy zamieszani w sprawę. Wiedzieli za dużo. Władysław Pobóg-Malinowski, historyk obozu belwederskiego, za mord obciążał ludzi z kręgów „młodszych oficerów legionowych”, którzy byli nadgorliwi. Autor wyklucza taką możliwość, według niego Piłsudski o wszystkim wiedział. Nie dziwi się też metodzie załatwienia sprawy. Była ona czymś normalnym w środowisku dawnej PPS. Pisze:

„Nie „młode wilki" więc, a raczej „stare wilczury" inicjowały nieczystą walkę z przeciwnikami politycznymi. Trzeba wszak pamiętać, że zarówno J. Piłsudski, jak i jego najbliżsi współpracownicy byli dawniej członkami Organizacji Bojowej PPS, która prowadziła walkę z rzeczywistym, jak i czasem domniemanym wrogiem metodami terrorystycznymi, nie stroniąc nawet od skrytobójstwa. Warta jest tu przypomnienia sprawa zabójstwa Edmunda Tarantowicza. Należał on do czołówki bojowców w Królestwie Polskim. W czasie jednej z akcji został jednak schwytany przez Rosjan. Pod wpływem tortur zgodził się na współpracę z Ochraną i zdradził dawnych towarzyszy partyjnych. Później wyraził skruchę przed obliczem partii i chęć powrotu na jej łono. Sąd partyj¬ny będący również niejako doraźnym sądem kapturowym skazał go na śmierć. Wyrok został wykonany w niewielkim pensjonacie w Rzymie 14 lutego 1909 r. Niczego nie podejrzewający E. Tarantowicz został otruty i zasztyletowany przez dwóch towarzyszących mu bojowców Kazimierza Pużaka i Henryka Minkiewicza. Po odebraniu ofierze dokumentów zwłoki włożono do kufra. Były więc już odpowiednie przykłady, wystarczyło jedynie cofnąć się pamięcią do dawnych czasów i stare metody zastosować do dzisiejszych potrzeb”.

Omawiania książka przejdzie zapewne bez echa – wydało ją mało znane wydawnictwo z Torunia. Autor odważył się na wiele, bo dzisiaj tak pisać o Piłsudskim nie wolno. Ale przecież opinię o tej pracy sformułował prof. Zdzisław Biegański z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, pisząc: „Z uznaniem należy przyjąć próbę wypełnienia luki w polskiej historiografii najnowszej, która podjął Piotr Kowalski”. Co więcej, autor nie wahał się ostro potraktować samego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego: „Piastujący urząd prezydenta Lech Kaczyński, w udzielonym 13 maja 2006 r. wywiadzie dla „Gazety Wyborczej", z okazji 80. rocznicy przewrotu majowego powiedział: „[...] gdybym jakimś cudem znalazł się w tamtych czasach, to bym ten zamach poparł. Poparłbym jako człowiek o przekonaniach patriotycznych, jako państwowiec, a równocześnie człowiek niechętny konfliktom narodowościowym". Porażające stwierdzenie, bo czyż prezydent nawiązując tradycją urzędu bardziej do S. Wojciechowskiego niż do J. Piłsudskiego może w ten sposób legitymizować zamach stanu na prawowitą władzę? Wreszcie czy sprowadzanie pojęcia patriotyzmu tylko i wyłącznie do zwolenników marszałka J. Piłsudskiego nie jest nadużyciem i uchybieniem dla osób, które w dni majowe opowiedziały się po stronie legalnych władz, właśnie z pobudek patriotycznych?”. Ciekawe, czy książka autora znajdzie uznanie jury Nagrody im. Józefa Mackiewicza, kierującego się dewizą „tylko prawda jest ciekawa”. Mimo wszystko wątpię.

Jan Engelgard
Piotr Kowalski, „Generał brygady Włodzimierz Ostoja-Zagórski (1882-1927), Oficyna Wydawnicza Kucharski, Toruń 2007, ss. 240

Tekst opublikowany w MP dziesięć lat temu

Dzial: