Agenturalne obrzeża racji stanu

troscianko 3.jpg
Redaktor wysoko notowanej wśród słuchaczy polemicznej audycji „Odwrotna strona medalu” Wiktor Trościanko (1911-1983) miał najbardziej cięte pióro w rozgłośni. Pisywał komentarze, słuchowiska, audycje specjalne i reportaże, redagował „Panoramę Dnia”. Szlify radiowca zdobywał przed wojną w Wilnie i Warszawie.

Podczas okupacji redagował pismo „Walka” i służył w Narodowej Organizacji Wojskowej, w Powstaniu Warszawskim był w batalionie „Gustaw”. Po wojnie we Włoszech wstąpił do II Korpusu, gdzie kierował referatem radiowym.

Pomian widział w nim ozdobę zespołu RWE, jako polityka, publicystę i radiowca zaliczał do „politycznej elity swego pokolenia”, Wysocki uważał, że Trościanko był zarozumiały i miał przesadne poczucie własnej wartości: „Widać było po sposobie, jak szedł korytarzem, że istniał osobno, oddzielnie i równolegle. Sygnalizował, że nie był takim samym pracownikiem jak inni. Musiało to być wewnętrzne poczucie manifestujące się na zewnątrz. Ostentacyjnie okazywaną niezależnością irytował Nowaka, który uważał, że jako kierownik nie tylko musi mieć absolutną władzę nad ludźmi, ale wszystko wiedział lepiej”.

Machcewicz sądzi, że „dialog operacyjny” z Trościanką był „być może największym sukcesem PRL-owskich służb specjalnych. Jak jednak sukcesem może być coś, czego nie było? Prawdą jest tylko to, że Służba Bezpieczeństwa bardzo dużo by dała, by go nawiązać. Za łatwe, a przez to za prymitywne jest także twierdzenie Nowaka, że Trościanko chciał zająć jego miejsce: „Trościanko z całą pewnością miał duże ambicje, ale też wystarczająco dużo rozsądku, by wiedzieć, że w aktualnych układach politycznych nie miał najmniejszych szans na otrzymanie roli kierowniczej. Mógł taką pełnić właśnie Nowak, ze swoimi powiązaniami politycznymi świeżej daty, nikogo nie bulwersującymi. Nie jestem także pewien, czy Wiktor chciałby podjąć się pracy w pewnym sensie administracyjnej. Jego pasją było pisanie. Wyżywał się w złośliwościach pod adresem przeciwników politycznych, zwłaszcza tych w kolorze czerwonym. Nie mógłby się wyżywać na sto procent, gdyby przyszło mu użerać się nie z wrogami, lecz z podwładnymi. Nie mogło być nic mniej rozsądnego niż pomawianie go o to”.

Emigracyjne Stronnictwo Narodowe traktowało pracę Trościanki w Monachium jako rodzaj bezterminowego depozytu, z zachowaniem pełni praw właścicielskich
. Bardziej niż redaktorem RWE był partyjnym kolegą, rzecznikiem partii na swoim terenie, teoretykiem Narodowej Demokracji. Wyrazem takiego podejścia było poufne memorandum dyrektora RWE C. Rodneya Smitha z 1965 r.

Opisywał w nim Nowakowi rozmowę z dr. Tadeuszem Bieleckim – prezesem Stronnictwa Narodowego w Londynie: „Bielecki rozpoczął rozmowę od zgłoszenia zastrzeżeń wobec najnowszych regulacji w RWE ustalających warunki współpracy naszych pracowników z innymi gazetami i periodykami. (…) zadeklarował, że jeśli Trościanko napotka na jakiekolwiek trudności w publikacji swoich artykułów w organie jego partii „Myśl Polska”, to on – Bielecki – uzna to za nieprzyjazny krok zarówno z mojej strony, jak i RWE (…). Dr Bielecki wystąpił następnie z twierdzeniem, że Trościanko nie tylko jest naszym [RWE] redaktorem, lecz także przedstawicielem i rzecznikiem Stronnictwa Narodowego w naszej [monachijskiej] społeczności. Kategorycznie odrzuciłem to twierdzenie, tłumacząc, że choć nasi pracownicy wyznają różne polityczne poglądy – nikt z nich nie może być uznany za przedstawiciela jakiejś zewnętrznej organizacji. Dr Bielecki nie krył swego niezadowolenia, oświadczając bez ogródek, że jeśli w przyszłości „cokolwiek miałoby się stać” Trościance, to moje własne stanowisko byłoby zagrożone. (...)”.

Dokument zadziwia ostrością tonu i konfrontacyjnym podejściem. Polityczni przywódcy narodowców w Londynie stali murem za Trościanką i nie uważali, że muszą z czegokolwiek tłumaczyć się przed amerykańską dyrekcją radia. Uważali radiostację za polityczny instrument Waszyngtonu, a nie ośrodek formułowania niezależnej polityki polskiej. Od tego drugiego byli oni sami. Groźba Bieleckiego pod adresem dyrektora Smitha daje wgląd w stosunek kierownictwa londyńskich narodowców do amerykańskiej dyrekcji radia i kontaktów z PRL-em, gdzie chcieliby politycznie zaistnieć. W rozmowach z wojskowym kontrwywiadem MON Trościanko brał udział bez wiedzy Nowaka i Amerykanów.

Dojście do Trościanki znalazł WSW przez TW Bogusława Osowieckiego, krewnego żony z d. Lewandowskiej. Trościanko brał „Bogdana” – jak znany był w WSW – za ideowego antykomunistę i ufał mu z racji powiązań rodzinnych. Jego związków ze służbą WSW nie domyślał się. Nawet po aresztowaniu go przez kontrwywiad RFN w sierpniu 1971 r., wezwany na przesłuchanie do prokuratury, stwierdził na piśmie, że nie wierzył, by Osowiecki był agentem PRL. Brał za dobrą monetę jego zapewnienia o kontaktach w MON-ie i możliwości zaaranżowania nieformalnego „politycznego dialogu” patriotycznie nastawionych elementów w wojsku z emigracyjnymi politykami Stronnictwa Narodowego na gruncie narodowego interesu.

Trościankę można oskarżyć o to, że zawiódł go polityczny instynkt, ale to za mało, by skazać go na damnatio memoriae. Jego motywacja była naiwna, choć państwowotwórcza. Nie była to zresztą tylko jego osobista motywacja, lecz polityczna decyzja jego Stronnictwa, z perspektywy czasu wyglądająca na ślepy zaułek emigracyjnego politykierstwa.

Rozmowy narodowców z kontrwywiadem wojskowym nastąpiły w okresie nasilania się konfliktu sowiecko-chińskiego, którego kulminacyjnym punktem były walki nad Ussuri (2 III – 11 IX 1969). Rywalizacja Chin i ZSSR zarysowała się po śmierci Stalina, a jedną z jej pierwszych oznak było poparcie Pekinu dla Gomułki, w czasie gdy zachodziły obawy, że Moskwa może zbrojnie interweniować w Polsce. Rywalizacja ograniczała się początkowo do wzajemnych oskarżeń o ideologiczne odchylenia, ale w lipcu 1964 r. nabrała nowego wymiaru, po tym jak Mao Zedong wystąpił wobec ZSSR z roszczeniami terytorialnymi, a w 1966 r., podczas tzw. rewolucji kulturalnej, Chiny ogłosiły Moskwę wrogiem nr 1. W tym samym czasie RFN umacniała się gospodarczo i zyskiwała na znaczeniu. Narodowcy w Londynie obawiali się, że Rosjanie, chcąc skupić siły na froncie wschodnim, dla zapewnienia sobie spokoju w Europie przystaną na zjednoczenie Niemiec. Te uzbroją się i zażądają od Polski zwrotu ziem zachodnich.

W optyce londyńskich narodowców stwarzało to zagrożenie, większe niż sowietyzm. Nie liczyli na pomoc Ameryki, ponieważ konflikt sowiecko-chiński był jej na rękę jako hamulec dla ekspansji komunizmu. USA nie uznawały granicy na Odrze i Nysie, a Niemcy były ich najważniejszym sojusznikiem w Europie.

okl rwe.jpg

Trościanko działał więc z motywów ideowych, w imię polskiego interesu gotów rozmawiać z politycznym przeciwnikiem. Nie rozpoznał ryzyka, dopuszczając do tego, że ciągano go za język w sprawach na zgoła inny temat. To, co z punktu widzenia narodowców w Londynie było „dialogiem politycznym z MON-em”, dla „drugiej strony” było „dialogiem operacyjnym” z perspektywą przekształcenia we współpracę agenturalną.

Osowiecki – współwłaściciel warsztatu samochodowego w Warszawie, zaaranżował dwa spotkania oficerów WSW z prezesem narodowców Antonim Dargasem (KO „Patron”) i Trościanką („Medal”, „Tuba”, „Mentor”) w Austrii w 1966 i 1969 r. Tematami rozmów były sytuacja międzynarodowa, militaryzm w NRF, działalność amerykańskiego i zachodnioniemieckiego wywiadu wobec polskiej emigracji), „problematyka RWE”. Ppłk. Edwarda Stępnia, który z ramienia kontrwywiadu prowadził sprawę Trościanki, i towarzyszącego mu płk. Edwarda Poradkę interesowało, w jakim stopniu antymoczarowską propagandę Wolnej Europy inspirowali z kraju partyjni rewizjoniści żydowskiego pochodzenia. Dargas i Trościanko oceniali sytuację polityczną w Polsce.

Do drugiej rozmowy wiosną 1969 r. podczepił się największy w MSW ekspert od „Szerszeni”, płk Zbigniew Mikołajewski, podając się za oficera wywiadu MON. Wydział VIII Dep. I (rozpracowanie emigracji politycznej i ośrodków ideologicznej dywersji), w którym Mikołajewski był zastępcą naczelnika, założył Trościance sprawę o kryptonimie „Medal”, ale praktyczne trudności stwarzało to, że wywiad cywilny nie miał nad sprawą operacyjnej kontroli, wojskowy kontrwywiad nie był zaś skłonny jej odstąpić.

Polityczną płaszczyznę luźnego dialogu operacyjnego pod szyldem MON, obraną przez WSW wobec Trościanki i jego Stronnictwa, wywiad cywilny PRL uznał za „poważny błąd polityczny”. Zgłosił wojskowemu kontrwywiadowi zamiar przejęcia Trościanki i przekształcenia kontaktu z nim z ewidencyjno-obserwacyjnego w operacyjno-agenturalny. Osowiecki miał w tym pośredniczyć. Mikołajewski umówił się z nim w Hiszpanii, gdzie wspólnie planowali spotkać się z „Medalem”. „Szerszenioznawca” poleciał samolotem, a „Bogdan” miał dojechać samochodem.

Tymczasem „Bogdan”, o czym WSW nie poinformowała Dep. I, w drodze do Hiszpanii wykonywał tajne zadania i wpadł na granicy szwajcarsko-niemieckiej. Nie wiedząc o tym, na rozmowy z Trościanką Mikołajewski poszedł sam.

Podczas spotkania 9-10 VIII 1971 r. Trościanko – twierdził Mikołajewski – miał sugerować wrobienie Nowaka w sprawę kryminalną, stawiającą go w moralnie dwuznacznym świetle, np. handel narkotykami lub przemyt. Rzekomo radził wykorzystać pogłoski, że dyrektor polskiego desku miał niejasną przeszłość okupacyjną. Z relacji Mikołajewskiego, „typa ponurego z wysilonym uśmiechem”, by przypomnieć jego opis u Pawła Zaremby, wyłania się karykaturalny obraz Trościanki – psychopaty, u progu emerytury motywowanego chęcią szkodzenia instytucji dobrze go opłacającej. Tym bardziej to dziwne, iż sądził, że była potrzebna krajowi jako ersatz politycznej opozycji. Trościanko – tak jak w swoim raporcie odmalował go płk Mikołajewski – chciał się odegrać na Nowaku za to, że pod jego kierownictwem rozgłośnia stała się instrumentem antymoczarowskiej, czarnej propagandy.

Istotnie Trościanko nie aprobował politycznej linii Nowaka w sprawie Moczara i jego grupy „partyzantów”, ale daleka stąd droga do twierdzenia, że chciał się z tego powodu na nim odegrać z pomocą komunistycznej agentury. Najbardziej zastanawia sugestia, jakoby Trościanko, powołując się na Józefa Mackiewicza, podsuwał funkcjonariuszowi MSW pomysł oskarżenia Nowaka o administrowanie pożydowskim majątkiem skonfiskowanym przez niemieckie władze okupacyjne. Według niezawodnego Pawła Machcewicza: „[Trościanko] opowiadał ppłk. Mikołajewskiemu, że takie informacje rozpowszechnia Józef Mackiewicz”.

Listy Mackiewicza sugerują coś zgoła przeciwnego – nie walczył z Nowakiem jego bronią pomówień i insynuacji, bo nie chciał schodzić do jego poziomu. Kazimierz Zamorski, powołując się na rozmowę z pisarzem opisaną w „Pod anteną”, intencji rozpowszechniania zaprzeczył. Prawdą jest, że J. Mackiewicz miał do Nowaka bardzo negatywny stosunek, ale z jego korespondencji wynika, że to nie on „rozpowszechniał” wiadomość o okupacyjnej przeszłości dyrektora RP RWE, lecz to jemu przekazano ją z co najmniej dwóch różnych źródeł. MSW dowiedziało się niezależnie od niego i być może nawet wcześniej – najprawdopodobniej – od Stanisława Zadrożnego, jego przyjaciółki Elżbiety bądź żony Kassnera Krystyny („Erynia” i „Makabreska”). Trudnością był sposób jej upublicznienia, tak by nie wyglądała na szytą grubymi nićmi operację bezpieki.

Jeśli wiadomość o pracy Nowaka z Kommisarische Verwaltung miała trafić do publicznego obiegu, to MSW potrzebowało kogoś, kto mógł ją przekonująco firmować. Najbardziej odpowiednim do tej roli byłby Zadrożny – miał duże nazwisko i wojenne zasługi, zarzuty przeciwko Nowakowi mógłby upowszechnić z powołaniem się na ich wspólną przeszłość w Armii Krajowej. Zdecydował jednak, że do Polski nie wróci, choć go tam ciągnęło, a zdekonspirować go nie było można. Stąd w MSW zainteresowano się Trościanką. Mógłby nagłośnić zarzuty przeciwko Nowakowi, powołując się na Mackiewicza, z którym się przyjaźnił. Szkopuł w tym, że się nie zgodził, stąd widoczna w raporcie Mikołajewskiego frustracja i mściwość.

Trościanko znał Mackiewicza z Włoch. Był świadkiem na rozprawie przeciwko pisarzowi przed koleżeńskim sądem dyscyplinarnym II Korpusu, ale zeznaniami go nie obciążył. Choć z przekonań był endekiem i politykiem Stronnictwa Narodowego, a autorowi Kontry wszelki nacjonalizm był obcy, znajdowali wspólny język na gruncie literatury, Wilna i antykomunizmu, zapewne również Wolnej Europy i Nowaka.

„Wiktor Trościanko mógł triumfować – jego sugestia [jakoby Mackiewicz opowiadał, że Nowak był zarządcą pożydowskiego mienia] poddała wywiadowi PRL trop do przeprowadzenia największej kampanii przeciw Nowakowi”.

Trościanko triumfować nie mógł. Naprowadzenia bezpieki na czyjkolwiek trop na pewno nie uznałby za powód do triumfu, po drugie bezpieka była już na nim dawno. Nie miała jednak dobrego sposobu upublicznienia swej wiedzy o Nowaku tak, by nie wyglądało to na jej intrygę.

Raport Mikołajewskiego ze spotkania z Trościanką jest zupełnie nieprzekonujący. Mikołajewski, młodszy od redaktora RWE o ponad 20 lat, widział go drugi raz w życiu, po ponad dwuletniej przerwie, wprosił się do niego jako znajomy krewnego żony i rozmawiał z nim z góry – nie tak, jakby dopiero chciał go pozyskać, lecz jakby dawno miał go w ręku. Komunikował mu np., że był nową wtyczką w rozgłośni, zalecał stonowanie propagandowych ataków przeciwko ekipie Gierka, „występowanie przeciwko Nowakowi z pozycji politycznego emigranta na konferencjach redakcyjnych”, a Trościanko nie tylko wysłuchał go jakby nigdy nic, ale przyjął od niego listę zadań do wykonania, zamiast oburzać się, protestować, przerwać rozmowę lub nieproszonego gościa wyprosić za drzwi.

Czy Trościanko, który musiał wiedzieć, z kim rozmawiał, dał się tak podejść, zastraszyć, rozmiękczyć, omamić? Jest zupełnie nieprawdopodobne, by największy antykomunista w radiu wobec oficera SB z miejsca nabrał nieodpartej ochoty do zwierzeń, tym bardziej że wcześniej jego rozmówca podawał się za kogoś innego. W tym, co pisał, był zarozumiały i złośliwy, ale nie był do wynajęcia, bo za bardzo się cenił, nie był dwulicowy i nie działał z niskich pobudek. W obecności kogoś nieznanego nie pozwoliłby sobie na uwagę, nawet żartem, że Nowak chadzał w Londynie do domów publicznych, co było nieprawdą i nie w jego stylu.

To nie Trościanko Mikołajewskiemu, lecz Mikołajewski Trościance opowiadał o dętych zarzutach wobec Nowaka i Stypułkowskiej, by go z nimi skonfrontować, oswoić, wysondować reakcję i przypisać autorstwo. Trościanko był czymś w rodzaju sznura na bieliznę, na którym MSW rozwiesiło swoje brudy.
Zarzuty wobec Nowaka było bezpiece wygodnie podwiesić pod niego, bo w jego ustach byłyby wiarygodne, tym bardziej jeśli powoływałby się na znanego mu Mackiewicza. Redaktor musiał jednak wiedzieć, że sam fakt spotkania z wysoko postawionym oficerem wywiadu PRL, i to w jego domu, był dla niego kompromitujący bez względu na to, czy i jak dawał się ciągnąć za język. Nie mógł się do tego przyznać, a skoro tak, to nie miał wpływu na to, co Mikołajewski napisał o nim w raporcie.

Mógłby się zarzekać, że nigdy nie mówił tego, co mu imputowano, ale musiał liczyć się z tym, że upublicznienie wiadomości o jego kontaktach z PRL-owską agenturą, choćby w formie plotek, odbierałoby mu dobre imię. Musiał więc milczeć. „W treści raportu [Mikołajewskiego] mogły być nadinterpretacje. Mogły być wrzutki, ale Wiktor Trościanko musiał [z nim] rozmawiać. [Mikołajewski] mógł dowiedzieć się czegoś od kogoś innego i włożyć to w usta swojemu rozmówcy dla ukrycia innych źródeł. Jest to możliwe. Niemniej Trościanko był świadom, z kim rozmawiał”.

Machcewicz nie daje za wygraną: „Starano się od niego [Trościanki] uzyskać jak najwięcej konkretnych informacji o sekcji polskiej RWE”. Mikołajewski – największy w MSW resortowy spec od „Szerszeni’’ – mógł się starać, ale to, co napisał w raporcie, jest zupełnie nieprawdopodobne. Z rozmów z Trościanką nie ma żadnych doniesień od „Bogdana”, a coś przecież musiał pisać, choćby po to, by rozliczyć dewizowe wydatki. Nie można zatem porównać ich z raportami Mikołajewskiego będącymi podstawą krzywdzących Trościankę pomówień. Trudno też dopatrzeć się „konkretnych informacji” w tym, co według Mikołajewskiego Trościanko miał mu mówić.

Podpisujący się oburącz pod interpretacjami Nowaka, Machcewicz oskarżył Trościankę o „niesformalizowaną współpracę” z WSW, dla uprawdopodobnienia zarzutu posługując się polemicznymi chwytami podobnymi do tych, których użył Nowak, rozprawiając się z Ptaczkiem. Zgodnie z tym rozumowaniem nieistnienie jest wyższą formą istnienia, a rzekoma niesformalizowana współpraca wyższą formą kolaboracji, bo trudniejszą do zdemaskowania, a przez to bardziej perfidną.

Nowakowi, który twierdzenia Machcewicza dodatkowo upikantnił oskarżeniem o zdradę, odpowiedział weteran radiowiec Jacek Machniewicz, w czasie wojny kurier Komendy Głównej AK na Ukrainę, więzień niemieckich obozów koncentracyjnych: „Dziwię się bardzo, że Pan tak pochopnie i bezkrytycznie przyjął monumentalne bzdury [Machcewicza] zawarte w artykule „Rzeczpospolitej” (Kryptonim Medal). Pan sam wie najlepiej, ile fałszywek można było znaleźć w teczkach „służb” PRL-u, niektóre fabrykowano, żeby wykazać się wobec przełożonych. Mam nadzieję, że niesprawiedliwe oskarżenia – i te, które Pan sam wysunął, i te pod którymi Pan się podpisał – zostaną przez Pana publicznie odwołane”. Nie zostały.

Epizod z „Bogdanem” podłamał Trościankę. Uwadze Wysockiego nie uszło, że z początkiem lat 70. zmienił się. „Miał jakieś załamanie. Przyszedł dzień, kiedy wszyscy zauważyli w nim zmianę. Nie był już taki cięty, ostry, przykry dla komunistów. „Odwrotną stronę medalu” przygotowywał nadal, ale nie był to już ten szlagier, co kiedyś. Niektórzy myśleli, że było to wynikiem jakiejś amerykańskiej instrukcji domagającej się złagodzenia kursu”.

Może uświadomił sobie, że „polityczne rozmowy” z „drugą stroną” były mistyfikacją, a ambicje emigracyjnych narodowców, by politycznie zaistnieć w Polsce, mrzonkami. Nie zdali sobie sprawy, choć powinni, że dla „drugiej strony” Trościanko jako redaktor radia był o wiele ciekawszy niż Trościanko – działacz emigracyjnego Stronnictwa Narodowego, wszystko jedno czym motywowany. „Zawiedziony działacz polityczny w wieku „dobrze dojrzałym” ma ambicje literackie” – podsumował go Mikołajewski. Książki wydane przez niego w ważnym dla niego 1971 r. mają tytuły nomen omen: „Wiek męski oraz "Wiek klęski”.

Andrzej Świdlicki
Jest to jeden z rozdziałów książki pt. „Pięknoduchy, radiowcy, szpiedzy. Radio Wolna Europa dla zaawansowanych”, t. 1-2, Wydawnictwo „Lena”, Wrocław 2019.
Myśl Polska, nr 31-32 (28.07-4.08.2019)

Dzial: