Rozmowy małżeńskie Wielomskich: Leyen zamiast Timmermansa

wielomscy 1_24.jpg
Adam Wielomski: Czytając komentarze polityków i dziennikarzy pisowskich dotyczące ostatnich „wielkich sukcesów” rządu na salonach europejskich, polegających na podmianie Fransa Timmermansa na Ursulę von den Layen na stanowisku szefa Komisji Europejskiej, przypomniało mi się stwierdzenie Jacquesa Bainville’a z Action Française.

Tenże historyk i polityk rzekł kiedyś, że największym nieszczęściem III Republiki Francuskiej jest to, że „jedyne jej zwycięstwa, to zwycięstwa wyborcze”. Tak też jest i w przypadku III RP. Politycy PiS odnieśli rzeczywiście sukces, pozwalający im poprawić notowania własnej partii przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. TVPiS może ogłosić, że premier Morawiecki własnoręcznie utrącił znanego wroga i krytyka pisowskiej Polski Timmermansa, w dodatku alianta Wiosny Roberta Biedronia. Zaraz potem pisiarnia rozpisuje się jaka to Layen konserwatystka z siedmiorgiem dzieci i z arystokratycznym pochodzeniem. Przyznam, że dla mnie arystokratyczne pochodzenie polityka działającego w strukturach europejskich jest praktycznie gwarancją, że mamy do czynienia z pan-europejczykiem i kosmopolitą do kwadratu, który gardzi państwem narodowym i instytucją narodu jako „wymysłem demokratycznym”.
W instytucjach unijnych lewacy i arystokraci dosłownie ścigają się w deklaracjach kosmopolitycznych wyznań wiary politycznej.

Kto nie wierzy, niech spojrzy na dynastię Habsburgów, jeszcze od okresu międzywojennego współpracującą z kosmopolitycznymi kręgami żydowskimi i wolnomularstwem w projekcie budowy państwa europejskiego. Rzeczywistym zwycięzcą rozgrywek europejskich nie jest Morawiecki, lecz Angela Merkel, która wystawiła Timmermansa na przynętę, a potem, gdy już został ostrzelany przez wszystkich, wyciągnęła z kapelusza „kandydaturę kompromisową” niemieckiej kosmopolitycznej arystokratki, znanej orędowniczki budowy armii europejskiej. Gdy TVPiS każe nam otwierać szampany „bo im pokazaliśmy”, to w Niemczech już liczą realne korzyści.

Magdalena Ziętek-Wielomska: Jeszcze do niedawna wydawało się, że na Angelę Merkel przyszły ciężkie czasy, a tutaj taka „niespodzianka”… Polski, skrajnie proamerykański i rzekomo antyniemiecki, rząd wyświadczył niemieckiej kanclerz taką przysługę… Po raz kolejny mieliśmy okazję zobaczyć obłudę tej rzekomo narodowej, konserwatywnej i katolickiej partii. Niestety przede wszystkim mogliśmy po raz kolejny przekonać się, że polska dyplomacja po prostu nie istnieje. Ostatnio Jan Fiedorczuk na łamach „Do Rzeczy” dokonał druzgoczącej krytyki Ruchu Narodowego, który zamiast szkolić autentyczne kadry polityczny, ogranicza się do szumnych akcji, które nie mają żadnego politycznego znaczenia. Ta diagnoza dotyczy właściwie całej polskiej „prawicowej” sceny politycznej – w Polsce kadr politycznych się nie kształci, co jest dowodem na to, że nie jesteśmy systemem autonomicznym, tylko zewnątrz-sterownym (w nomenklaturze cybernetycznej: samosterownym).

Ostatnio przeczytałam książkę Zbigniewa Brzezińskiego „Cztery lata w Białym Domu”, która stanowi świetny podręcznik do kształcenia kadr politycznych. Oczywiście pomijamy ideologiczną warstwą tej książki, jak również dobrze zdajemy sobie sprawę z tego, że kluczowe strategiczne informacje zostały tam przemilczane. Ale Brzeziński bardzo dobrze w niej pokazuje, że współczesna polityka opiera się przede wszystkim na sprawnych procesach kolektywnego wypracowywania konsensu – najpierw w obrębie władz konkretnego państwa, a potem w relacjach międzynarodowych. Najważniejsi są więc ludzie, którzy potrafią sprawnie poruszać się w gąszczu różnych sprzecznych interesów, informacji, dezinformacji, nacisków, blefów, gróźb, etc. Ważni są ludzie, którzy mają dostęp do sieci różnych wzajemnych powiązań i potrafią pozyskiwać z nich kluczowe informacje, jak również pozycjonować w nich własne przekazy. Natomiast polskie postsolidarnościowe polityczne dzikusy nawet nie rozumieją, że to właśnie tak robi się skuteczną politykę...

Myśl Polska, nr 29-30 (14-21.07.2019)

Dzial: