Wołyń – czarna karta historii AK?

ak_0.jpg
Nowa książka Zychowicza podejmuje temat pozostawienia samej sobie polskiej ludności na Wołyniu przez Delegaturę Rządu i AK. Autor, jak to autor, nieraz pisze w swoim stylu, ale całość jest w zasadzie słuszna. Musiał przyznać, że na Wołyniu jedynym realnym obrońcą Polaków przez UPA była sowiecka partyzantka, co u nas wielu nie chce przyjąć do wiadomości.

Jednym z atutów książki jest przybliżenie czytelnikowi mało znanych dokumentów Biura Wschodniego Delegatury Rządu na Kraj, w którym dominowali działacze Stronnictwa Narodowego. Przytacza stanowisko Aleksandra Zwierzyńskiego, który pracował w Biurze Wschodnim i który ostrzegał przed lekceważeniem zagrożenia. Jednak czynniki oficjalne w AK uznały, że z Ukraińcami „trzeba rozmawiać”. Pracownicy Biura ostrzegali przed zaniechaniem jeszcze na długo przed masakrą ludności polskiej.

Biuro Wschodnie przestrzegało przed pokładaniem nadziei na porozumienie się z OUN – natomiast już od stycznia 1943 roku w każdej dostępnej formie i jak najbardziej kategorycznie przedstawiało konieczność wzmocnienia polskiego potencjału zbrojnego na Ziemiach Południowo-Wschodnich – widząc i wykazując, że tylko w ten sposób będzie można zapobiec wystąpieniom zbrodniczych elementów wrogich Państwu Polskiemu i Polakom. Według autora porozumienie z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów było niemożliwe do osiągnięcia ze względu na agresywne antypolskie nastawienie tej formacji oraz ze względu na jej totalitarną, skrajnie szowinistyczną ideologię:

„Zwolennicy porozumienia z OUN mają do czynienia z typowo hitlerowską grupą w wydaniu ukraińskim. Cała doktryna OUN i jej szeregi zwolenników przepojone są do gruntu ideologią i frazeologią hitlerowsko-faszystowską. Budowanie naszego stosunku do obywateli polskich narodowości ukraińskiej właśnie na odłamie hitlerowców ukraińskich wydaje się nam co najmniej nieporozumieniem.
We wszystkich wystąpieniach na przestrzeni całej działalności Biura widać najzupełniej jasno, że nieustannie — miesiąc po miesiącu — przypominaliśmy i przestrzegaliśmy, że:
1. Do rebelii ukraińskiej na Ziemiach Południowo-Wschodnich może dojść i jest ona prawdopodobna.
2. OUN z całą konsekwencją i świadomością niemal jawnie przygotowuje swoją sieć organizacyjną i pozostające pod jej wpływem społeczeństwo ukraińskie”.

Zychowicz zwraca uwagę na to, że ludność polska w kluczowym momencie, tzw. w okresie apogeum rzezi – mogła liczyć tylko na ochronę niemieckich garnizonów w miastach i ochronę ze strony partyzantki sowieckiej. O ile opisując pomoc niemiecką dla Polaków nie kryje satysfakcji, to przy omawianiu drugiego tematu – musiał przejeść do porządku dziennego nad swoimi antykomunistycznymi poglądami. Pisze o tym tak:

„Jest jeszcze jedna, niezwykle delikatna kwestia związana z klęską, którą Polskie Państwo Podziemne poniosło na Wołyniu. To, że polski obóz niepodległościowy był tak bezradny wobec banderowskiego ludobójstwa, spowodowało, że wielu Polaków z Wołynia od tego obozu się odwróciło. I zwróciło się ku obozowi komunistycznemu. Zjawisko to zaczęło się już podczas wojny. Gdy w lipcu 1943 roku na Wołyniu banderowcy bezkarnie wyrzynali polskie wsie, bierność Armii Krajowej była dla wielu Polaków szokiem. Czuli się zawiedzeni, porzuceni przez własne państwo. Z goryczą zrozumieli, że z tej strony nie mają co liczyć na ratunek. Najpierw Polska wysłała ich na wysuniętą wołyńską placówkę – spora część Wołyniaków wywodziła się przecież z rodzin osadniczych – a potem pozostawiła ich tam na pastwę losu. W tej sytuacji jedyną szansę na powstrzymanie banderowskich pogromów i okiełznanie UPA Polacy ci upatrywali w rychłym wkroczeniu Armii Czerwonej. Wydaje się, że doszło wówczas do pewnego przełamania w psychice wielu – choć na szczęście nie wszystkich – Wołyniaków. Do tej pory nastawieni zdecydowanie antysowiecko nagle zaczęli nadejścia Sowietów wypatrywać. Wobec przerażających banderowskich mordów – Rąbania siekierami, nadziewania na widły i palenia żywcem niemowląt – pamięć o zbrodniach z czasów pierwszej okupacji sowieckiej zblakła. Bolszewików uznano za mniejsze zło”.

okl wolyn.jpg

Taka konstatacja jest dla autora łatwiejsza do przyjęcia, bo głównym celem jego ataku jest Komenda Główna AK, a przede wszystkim płk Jan Rzepecki, który odmówił udzielenia pomocy Wołyniowi poprzez dozbrojenie tamtejszych struktur AK. Myli się wszakże sugerując, że ta niechęć wynikała z działania rzekomego „czerwonego lobby”, na czele którego jakoby stał płk Jan Rzepecki i płk Stanisław Tatar. To dorabianie ideologii – Tatar był oficerem o poglądach prawicowych a jego pogląd na kwestię ułożenia się z ZSRR wynikał raczej z jego przekonana narodowych, a nie lewicowych. Z kolei Rzepecki, owszem, był raczej lewicowcem, ale antysowieckim. Myślał o ratowaniu Kresów (które wtedy były już nie do uratowania) i koncentrował się na akcji „Burza”. A Akcja ta miała przecież na celu zamanifestowanie naszych praw do Kresów.

Gdyby szukać prawdziwych przyczyn tego zaniechania ze strony KG AK i czynników politycznych w Delegaturze Rządu na Kraj, jakim było pozostawienie ludności Wołynia sam na sam z banderowcami, to wskazałbym na takie czynniki jak: zlekceważenie zagrożenia w „najspokojniejszym” województwie wschodnim RP (czyli wołyńskim), paniczna obawa przed jakimkolwiek konfliktem między obywatelami tejże II RP, co miało rzekomo osłabić nasze pretensje do Kresów, pogłos starej piłsudczykowskiej koncepcji „dogadywania się z Ukraińcami”, wreszcie całkowicie fałszywe przekonanie, że za konfliktem między Ukraińcami a Polakami stoi Moskwa (vide artykuły to sugerujące w „Biuletynie Informacyjnym” będącym tubą Biura Informacji i Propagandy KG AK).

KG AK nie zdawała sobie sprawy z tego, że jedyne o co możemy walczyć w tej fazie wojny (1943-1944) na Kresach, to obrona ludności polskiej przed zagładą. Nie mając świadomości tego, brutalnie tłumiono wszelkie głosy krytyki takiej polityki, uznając, że to sianie zamętu i panikarstwo.

Dla autora, który jest także krytykiem decyzji o wprowadzeniu w życie Akcji „Burza” i wybuchu Powstania Warszawskiego – przypadek wołyński jest bardzo na rękę. Trochę w tym pobrzmiewa fałszywa nuta, choć trudno zaprzeczyć, że w wielu kwestiach ma rację. Jak bowiem można było wobec ocalałych z rzezi Polaków usprawiedliwić decyzję o mobilizacji 27. Dywizji AK w pół roku po apogeum zbrodni? Ta jednostka mająca realizować zadanie nie do wykonania – działała na opustoszałym i zdepolonizowanym już Wołyniu, po prostu powstała co najmniej o 6-8 miesięcy za późno. Być może los tej jednostki byłby taki sam jak w 1944 roku, ale przynajmniej uratowałaby tysiące istnień ludzkich.

Jan Engelgard

P. Zychowicz, „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, Rebis, Poznań 2019, ss. 456.
Na zdjęciu: żołnierze 27 Dywizji AK
Myśl Polska, nr 29-30 (14-21.07.2019)

Dzial: