Imperialna podległość

trump poland.jpg
Zarządzająca w Polsce kompradorska, neokonserwatywna prawica po latach błagalnych próśb osiągnęła swój cel: waszyngtoński protektor postanowił wzmocnić swą militarną obecność nad Wisłą i Odrą. Sukces być może połowiczny, wszak przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości chcieli zdecydowanie więcej.

Chodzi jednak o co innego: po raz pierwszy od wielu lat w Europie znalazło się państwo, które nie tylko wstydliwie nie ukrywało zabiegów o rozmieszczenie na swoim obszarze obcych baz wojskowych, ale jeszcze ogłaszało to jako swój strategiczny cel i geopolityczne osiągnięcie. Tym samym, mamy do czynienia z przewartościowaniem pojęcia suwerenności, i to ze strony obozu politycznego, który retorykę suwerenistyczną uprawia tyleż kłamliwie, co nałogowo.

„Stany Zjednoczone systematycznie przesuwają swoje bazy wojskowe w pobliże granic Rosji, bo mają w stosunku do tego państwa pewne zamiary. (…) One występują z nieuniknionością praw natury, niczym ocieplenie klimatu, z tym że nie o jakimkolwiek ociepleniu można tu mówić, lecz najpierw o zimnej, a później – gorącej wojnie regionalnej, w której Polska razem z Prybałtyką ma role do odegrania jako zapalnik i pobojowisko. (…) Windowanie niepodległości do sfery najwyższych ideałów politycznych ma w sobie coś kłamliwego, gdy idzie w parze z entuzjastycznym instalowaniem obcych baz na swoim terytorium” – pisał prof. Bronisław Łagowski („Przegląd”, 19-25.II.2018).

Trudno chyba lepiej ująć istotę akcji ściągania obcych wojsk do Polski. Dodatkowe wzmocnienie amerykańskiej obecności nie musi wiązać się ze zmianą strategicznego układu sił w regionie. Jest raczej polityczną manifestacją, dodatkowym elementem zapalnym u granic Rosji. Nie powinno być oceniane pod kątem kategorii moralnych, od których polityka międzynarodowa może i powinna wręcz abstrahować. Musi być oceniane jako akt polityczny, hołd lenny złożony w sferze symbolicznej zaoceanicznemu mocarstwu, przypieczętowanie podległości od dawna (co najmniej od początku transformacji systemowej) istniejącej. Język nauki o stosunkach międzynarodowych dawno już zdefiniował sytuację dominacji imperialnej, której przejawem jest powyższy akt poddańczy.

„Państwo dominujące tworzy biegun polityczny, który narzuca państwom uzależnionym określone wzorce urządzania życia wewnętrznego i sposoby zachowań międzynarodowych. Dokonuje się wówczas wchodzenie państw uzależnionych w pole przyciągania państwa dominującego. Wokół państwa-bieguna, które dominuje w swoim środowisku, pojawiają się państwa-satelity, państwa-klienci. Zjawisko to mieści się z reguły w trzech przejawach asymetrii: w małej skali autonomii państw uzależnionych wobec państwa dominującego, w wyraźnym niedorozwoju i nierównowadze ich sił, w asymetrii możliwości oddziaływań w systemie instytucji i organizacji międzynarodowych” – twierdził jeden z nestorów polskiej nauki o stosunkach międzynarodowych prof. Józef Kukułka (Józef Kukułka, Zaspokajanie potrzeb i rozwiązywanie konfliktów w stosunkach międzynarodowych, [w:] Edward Haliżak, Roman Kuźniar [red.], Stosunki międzynarodowe. Geneza, struktura, dynamika, Warszawa 2006, s. 262). Wszystkie te znamiona podległości imperialnej występują z całą wyrazistością w relacjach polsko-amerykańskich.

Zwraca uwagę znamienny fakt rozlokowania baz amerykańskich w Europie. W chwili obecnej większe kontyngenty amerykańskich sił zbrojnych niż w Polsce stacjonują jedynie w trzech krajach europejskich: w Niemczech, we Włoszech oraz w Wielkiej Brytanii. Obecność militarna Stanów Zjednoczonych w dwóch pierwszych z wymienionych krajów stanowi relikt, zaszłość przegranej przez nie II wojny światowej. Wielka Brytania to w istocie część anglosaskiej, morskiej struktury geopolitycznej, ściśle z Waszyngtonem powiązana, funkcjonująca wręcz w określonej z nim symbiozie. Nie ma natomiast w Europie państwa, które w sposób otwarty negowałoby swoją podmiotowość międzynarodową, zabiegając o rozlokowanie obcych baz wojskowych na swoim terytorium. Ściślej: do niedawna takiego kraju europejskiego nie było, aż precedensu dokonała Polska.

Obecność US Army w Polsce nie budzi specjalnych emocji. Choć zdecydowana większość Polaków nie chce za nią płacić i wolałaby obecności obcych mundurów w swoim kraju gratis, ostatnie dekady formatowania umysłów wywołały określone rezultaty. Jeden z byłych ambasadorów Stanów Zjednoczonych w Warszawie stwierdził niegdyś, że „Stany Zjednoczone zajmują tak przesadnie honorowe miejsce w umysłach większości Polaków, że przekracza to normy racjonalnego opisu” („Polityka”, 22-28.XI.2017).

Bez wątpienia tak właśnie jest, zapewne z uwagi na ogólnie nikły poziom wiedzy obywateli na temat współczesnych zagadnień międzynarodowych. Należy się liczyć z tym, że z czasem na wyidealizowanym wizerunku Jankesów zaczną pojawiać się pewne rysy, czy to w przypadku kolejnego śmiertelnego wypadku z ich udziałem na polskich drogach, czy to kolejnego gwałtu lub pobicia przez nich dokonanego. Medialna autocenzura sprawiać jednak będzie, że takie informacje pozostawać będą na poziomie lokalnych społeczności czy powiatowych portali internetowych, nie budząc jakiejś głębszej refleksji u ogółu. Trzeba zatem raczej założyć, że zwiększenie obecności Amerykanów w Polsce nie wywoła większych protestów czy emocji.

Pewną rolę w dekonstrukcji mitu Ameryki mogą wśród młodszych pokoleń odegrać popularne produkcje filmowe (choćby takie, jak „House of Cards” Netflixa), produkowane zresztą w przeważającej mierze przez samych Amerykanów. Będzie to jednak rola niezbyt znacząca, niwelowana przez wysokobudżetowe gnioty realizowane w ramach działań z zakresu stosowania amerykańskiej soft power. Stosunek Polaków do imperialnej podległości mógłby się zmienić wyłącznie pod wpływem wydarzeń katastrofalnych, przekraczających swą skalą kryzysy znane z ostatnich lat. Oczywistym takim przypadkiem byłby konflikt zbrojny, nawet o bardzo ograniczonym zasięgu. Innym przyczynkiem mogłaby stać się determinacja administracji amerykańskiej w realizacji słynnej już ustawy 447. Krótko mówiąc, jakościowa zmiana relacji wymagałaby pojawienia się okoliczności zagrażających bezpośrednio zdrowiu, życiu lub własności dużych grup społecznych.

Czy w tej sytuacji można mówić o jakiejkolwiek szansie na zmianę geopolitycznego wektora imperialnej podległości Waszyngtonowi? W ciągu najbliższych lat najpewniej sytuacja nie ulegnie zmianie. Mogą jednak nastąpić powolne, ewolucyjne zmiany w najbliższym sąsiedztwie Polski, które nie pozostaną bez wpływu na kondycję warszawskiego protektoratu Stanów Zjednoczonych. Jedną z takich zmian może być proces powolnej emancypacji Europy kontynentalnej spod wpływów hegemona zza oceanu. W sytuacji uzależnienia ekonomicznego od Niemiec, Polska być może stanie się przedmiotem gry o wpływy pomiędzy Berlinem a Waszyngtonem. Paradoksalnie, rozluźnienie amerykańskiego jarzma przyjść może wtedy z zachodu, ze strony sąsiada, po którym na przestrzeni historii zazwyczaj nie mogliśmy spodziewać się zbyt wiele dobrego.

Postawienie władz polskich przed alternatywą: albo dalsza podległość odległemu imperium, albo wpisanie się w koncepcję Mitteleuropy może zmusić je do przemyślenia forsowanej od 30 lat tożsamości geopolitycznej. Trudno obecnie oceniać, na ile taki scenariusz jest realny, jednak poszczególne wypowiedzi niektórych niemieckich polityków mogą zwiastować przyszłą próbę rewizji asymetrycznych relacji Berlin – Waszyngton. Takim sposobem emancypacja państwa niemieckiego doprowadziłaby w efekcie do emancypacji całej Europy. Polska musiałaby się w takim układzie sił na nowo określić. To już jednak zagadnienie wymagające zdolności futurologicznych.

Tymczasem przed nami lata podległości imperium, którego interesy nie mają żadnych punktów stycznych z interesami polskimi, podległości, po której Polska dochodzić będzie do siebie przez kolejne dziesięciolecia. Obwieszczenie światu sukcesu w postaci ściągnięcia kolejnego kontyngentu armii amerykańskiej jest zaledwie kolejnym dość nieestetycznym i intelektualnie ułomnym osiągnięciem kuriozalnej prezydentury Andrzeja Dudy.

dr Mateusz Piskorski
fot. Wikipedia
Myśl Polska, nr 27-28 (30.06-7.07.2019)