Konfederacja (jeszcze?) nie jest rozwiązaniem

korwin 2.JPG
Obejrzałem konferencję programową Konfederacji i nie wróżę nowej formacji sukcesu wyborczego ani wywarcia konstruktywnego wpływu na polską politykę. Brak sukcesu wyborczego prognozuję w związku z rozchodzeniem się oczekiwań potencjalnego elektoratu nowego ugrupowania z wyrażonymi w tezach programowych predylekcjami jego kierownictwa oraz medialnym wizerunkiem powstającej partii i jej zapleczem społecznym.

Wątpliwości co do twórczego potencjału Konfederacji nachodzą mnie natomiast przy konfrontowaniu jej tożsamości z obiektywnym charakterem problemów z jakimi musi zmierzyć się Polaka.
Zacznijmy od tego, że Konfederacja jest tak naprawdę porozumieniem narodowców z Ruchu Narodowego i libertarian od Korwina, przy czym silniejszym biegunem w tym porozumieniu są zdecydowanie libertarianie. Do tego dochodzi jeszcze pomniejsza prawicowa drobnica jak Braun, Godek i Liroy. Wszyscy oni też są gospodarczymi libertarianami, tyle że mają zbyt rozrośnięte ego by odnaleźć się w roli klakierów Korwina.

Ponadto, w odróżnieniu od „czystego” korwinizmu, nadbudowują oni dodatkowo nad libertariańskim rdzeniem swojej tożsamości specyficzne dla siebie na tle reszty korwinistów poglądy i akcenty – dotyczące czy to aborcji, czy katolicyzmu, czy demokracji bezpośredniej. Jak we wszystkich poprzednio zaistniałych przypadkach aliansu narodowo-liberalno-katolickiego, wspólnym programowym mianownikiem pospolitego ruszenia o takim właśnie składzie staje się gospodarczy libertarianizm i „walka z socjalizmem”.

Pod terminem „socjalizm” prawicowy libertariański nieuk rozumie przy tym jakiekolwiek urządzenie gospodarki odbiegające od wolnorynkowej utopii kreślonej piórami Friedmana, Hayeka i Misesa. Nieważne, czy chodzi o dystrybucjonizm, spółdzielczość, państwo opiekuńcze, katolicką naukę społeczną, kapitalizm państwowy, czy o jeszcze inny model – w oczach korwinisty wszystko to tylko różne odmiany „pobożnego socjalizmu” lub „narodowego socjalizmu”. Gdyby jeszcze Konfederacja poprzestała na zgłoszonej na konferencji tezie o „prostych i niskich podatkach”, ale przecież sam „guru” zapowiedział w tym samym miejscu wprost, że nowe ugrupowanie ma być polskim odpowiednikiem jankeskiej Partii Republikańskiej, tak więc ma kserować w naszym kraju narrację demoliberalną, indywidualistyczną i plutokratyczną.

Na publiczny wizerunek Konfederacji składają się dziś postulaty i poglądy przy różnych okazjach (niejednokrotnie w czasie oficjalnych konferencji i wystąpień) wypowiadane przez jej działaczy; likwidacja ZUS i publicznej opieki zdrowotnej; płatne szkolnictwo i studia; likwidacja praw pracowniczych i hulaj dusza dla zachodniego kapitału; swobodny dostęp do pornografii i narkotyków; „walka z aborcją” przez zniesienie państwowej opieki nad rodzicielstwem i likwidację państwowych żłobków i przedszkoli. Do tego dodajmy elementy oszołomskie jak negowanie globalnego ocieplenia i teorii ewolucji; walkę ze szczepieniami i „dyskryminacją kierowców”; brak powszechnego poboru do wojska (bo „zamordyzm”) i zarazem powszechny dostęp do broni palnej. Przykłady podobnie groteskowych twierdzeń z którymi kojarzy się dziś Konfederacja można by jeszcze długo mnożyć.

Zwróćmy przy tym uwagę, że oferta ta kierowana jest do prawicowego elektoratu glosującego w ostatnich wyborach na 500+ i „piątkę Kaczyńskiego”. Nietrudno przewidzieć, jaki skutek będzie miało tłumaczenie „ciemnym chłopom, którzy woleli socjalizm, niż zagłosować na Konfederację” (komentarz jednego z czołowych polityków ugrupowania do oficjalnego wyniku wyborów do europarlamentu), że trzeba ponownie zlikwidować połączenia autobusowe na prowincji bo tak napisał Milton Friedman. W sensie socjologicznym Konfederacja jest fenomenem bardzo zbliżonym do Wiosny: obydwa ugrupowania są reprezentacją młodzieży z wielkich miast – utrzymywanej przez rodziców lub zatrudnionej w różnych NGO'sach, fundacjach, kancelariach prawniczych, na portalach etc. Młodzież ta ludu nie zna, ludu nie rozumie, i w głębi duszy ludem gardzi - i z wzajemnością; stąd obydwa ugrupowania osiągają wyniki znacznie poniżej oczekiwań.

Symptomatyczne dla problemów Konfederacji było niepowodzenie jej prób porozumienia się z Michałem Kołodziejczakiem; okazało się że młodzi ze wsi i młodzi z miast nie mają sobie zbyt wiele do zaoferowania, a w tle kryją się resentymenty, czy może nawet pogarda. Konfederacja już na konferencji programowej pozycjonowana była przez Korwina i Winnickiego jako alternatywa dla Biedronia. Obydwa ugrupowania walczą w istocie o ten sam wielkomiejski elektorat młodzieżowy.

Wyzwaniem dla obydwu jest tradycyjnie niska wśród tej grupy elektoratu frekwencja. Konfederacja i Wiosna próbują mobilizować go obietnicą głosowania przez internet i hasłami ideologicznymi – liberalizmem skrajnie lewicowym w przypadku Biedronia oraz liberalizmem skrajnie prawicowym w przypadku Konfederatów. Wbrew pozorom, przepływy między sympatykami tych podmiotów są łatwiejsze niż może się to wydawać, czego obrazem jest Jacek Władysław Bartyzel – jeden z bardziej rozpoznawalnych dziś działaczy Konfederacji, który jeszcze przed dwoma laty pojawiał się wraz z Robertem Biedroniem na Marszu Równości.

Kopiowanie zachodniej prawicy demoliberalnej przeszkadza politykom Konfederacji rozpoznać rzeczywiste wyzwania przed jakimi stoi dziś nasz kraj; zamiast programu stopniowej emancypacji Polski od kolonialnej zależności od USA (choćby na wzór turecki) mamy więc sklepikarski antysemityzm; zamiast programu stopniowej emancypacji od struktur i mechanizmów zachodniego kapitalizmu mamy polowanie na masonów; zamiast programu usunięcia z Polski jankeskich baz wojskowych i wycofania się przez Polskę z kontraktów na zakup jankeskiego złomu wojskowego, oraz programu odbudowy polskiej siły militarnej i przemysłu zbrojnego mamy wygrażanie Rosji i popieranie roszczeń terytorialnych Ukrainy; zamiast programu zabezpieczenia i odrodzenia kultury narodowej (choćby na wzór francuski) w obliczu zalewu angielszczyzny oraz popkultury i demoralizacji z Hollywood mamy prowadzoną ustami klaunów pokroju Shaded, Cejrowskiego, Roli i Kolonki „walkę” z nieistniejącą islamizacją; zamiast programu ochrony przestrzeni informacyjnej (choćby na wzór chiński) mamy pojękiwania o „wolności słowa w internecie”.

Konfederaci nigdy oczywiście nie skrytykują Morawieckiego za sprowadzenie do naszego kraju Goldman Sachs i JP Morgan; nie skrytykują tzw. „Pracowniczych Planów Kapitałowych” mających ułatwić zachodniemu kapitałowi zasysanie naszych składek emerytalnych i pieniędzy z budżetu naszego państwa; nie skrytykują Gowina za przekształcanie polskich uniwersytetów w hurtownie wyzutych z kultury intelektualnej technokratycznych kadr dla zachodnich korporacji; nie będą się domagali rozliczenia Jana Szyszko – rzeźnika ojczystej przyrody w imię interesów powiązanych z PiS lobbies gospodarczych; nie wypowiedzą się nigdy jednoznacznie i zdecydowanie przeciwko rozmieszczaniu w Polsce obcych wojsk (Ekwador wprowadził konstytucyjny zakaz stacjonowania obcych wojsk na swoich terytorium) i określaniu polskiej strategii oraz struktury i wyposażenia polskiej armii wedle interesów eksportowych jankeskich producentów broni i sprzętu wojskowego.

Nie może być zresztą inaczej, skoro „szarą eminencją” środowiska narodowego wciąż pozostaje Krzysztof Bosak – demoliberał, atlantysta i wolnorynkowiec, fascynat anglosaskich elit społecznych i tamtejszego modelu cywilizacyjnego, którego środowiskowe powiązania z różnymi „ruchami republikańskimi” i podobnym neoliberalnym elementem są świetnie znane.

Nie podejrzewam zatem, by nawet po ogłoszeniu pełnego programu Konfederacji, znalazły się tam treści takie jak bankowość bez lichwy (lichwę potępiało dawniej chrześcijaństwo, dziś wolny od tej formy złodziejstwa jest m.in. Iran); suwerenność żywnościowa kraju i skrócenie łańcucha pośredników pomiędzy rolnikami a spożywcami - w którym operujące w Polsce zachodnie korporacje rolne (np. Cargill) i supermarkety zastąpiono by kooperatywami i spółdzielniami; zastąpienie finansowego rozdawnictwa PiS (500+ i jego kolejne mutacje) większą dostępnością dla rodzin wielodzietnych dóbr i usług publicznych wspierających rodzicielstwo i wychowanie dzieci; upaństwowienie strategicznych sektorów gospodarki – na zasadach monopolu państwowego (np. obrót nośnikami energii) lub zapewniania przez państwo stosownej podaży danych dóbr i usług (np. polityka mieszkaniowa) i aktywność gospodarcza państwa; odbudowa szkolnictwa zawodowego, oraz uniwersytetów jako niekomercyjnych korporacji uczonych o celach naukowych i dydaktycznych; strategia odparcia agresji „z dowolnego kierunku” a nie tylko ze wschodu, itp.

Impotencję polityczną Konfederacji zilustrujmy na przykładzie kwestii ustawy 447; na swej konferencji programowej Konfederacja ogłosiła „sprzeciw wobec bezspadkowych żydowskich roszczeń majątkowych” jedną ze swoich tez programowych. Ustawa 447 nie jest jednak ustawą „żydowską”, tylko aktem prawnym przyjętym bez sprzeciwu przez obydwie izby Kongresu USA i podpisanym przez prezydenta tego państwa. Powstała oczywiście pod wpływem żydowskich grup nacisku, same jednak te grupy nie dysponują dostatecznymi środkami oddziaływania, by móc cokolwiek na państwie polskim wymusić.

Problem ustawy 447 ma naturę analogiczną do problemu polskiej noweli ustawy o IPN w sprawie karalności pomawiania Polaków o odpowiedzialność za ludobójstwo na Żydach; dopóki presję na Polskę wywierały same środowiska żydowskie i twór syjonistyczny okupujący Palestynę, dopóty Polska się pod nią nie ugięła – dopiero gdy gniewnie warknął Waszyngton, rząd PiS tchórzliwie podkulił ogon i zastosował się do presji „wielkiego brata”. Istotą problemu nie są więc „Żydzi”, tylko USA – a dokładniej ujmując: zależność Polski od USA. Ale tego prozachodni Konfederaci już nam nie powiedzą, ani nawet sami nie zdadzą sobie z tego sprawy.

Podsumować dotychczasowy wywód można w zasadzie jednym postulatem: wyzwaniem dla Polski jest dziś odwrócić się plecami do Zachodu. Zerwać z Zachodem oznaczałoby zerwać z zachodnim modelem ekonomicznym, cywilizacyjnym, społecznym, oznaczałoby oczyścić umysły i dusze Polaków z zachodniej popkulturowej trucizny. Oznaczałoby odbudowę podmiotowości politycznej i strategicznej oraz gospodarczej Polski. Oznaczałoby budowę własnego – słowiańskiego i kontynentalnego – modelu cywilizacyjnego. Wszystkie wymienione w poprzednich akapitach postulaty pozytywne i negatywne zawierałyby się w takim modelu. Te wyartykułowane przez Konfederację zawierają się w zachodnim paradygmacie i są jedynie wariantem modelu zachodniego – jak powiedział Janusz Korwin-Mikke: są programem „prawicy amerykańskiej Partii Republikańskiej”. I dlatego nie są dla Polski rozwiązaniem.

Ronald Lasecki
Myśl Polska, nr 27-28 (30.06-7.07.2019)