„Żydowski komik” w Kijowie i co dalej?

zelenski 3.jpg
31 marca i 21 kwietnia odbyły się wybory prezydenckie na Ukrainie. W obu turach przy wysokiej frekwencji wygrał je Wołodymyr Zełenski, uzyskując 30,24 % oraz 73,22 % głosów. Dotychczasowy prezydent Petro Proszenko dostał 15,95 % oraz 24,35 % głosów. Wysoką wygraną Zełenskiego od dawna zapowiadały sondaże przedwyborcze.

Nowy prezydent Ukrainy, który obejmie urząd na początku czerwca, do niedawna był postacią bardziej znaną w show-biznesie niż w polityce. Wiadomo, że za nim i jego bezideową partią Sługa Ludu stoi oligarcha Ihor Kołomojski – jeden z głównych inicjatorów i sponsorów przewrotu politycznego na Ukrainie z przełomu 2013/2014 roku, skonfliktowany z Poroszenką. Wybory prezydenckie na Ukrainie były zatem rywalizacją dwóch klanów oligarchicznych – Poroszenki i Kołomojskiego.

Pod tym względem ich wynik nie zapowiada żadnej zasadniczej zmiany. W kraju tym, po upadku ZSRR, wykształcił się patologiczny ustrój oligarchiczny, przypominający stosunki panujące na ziemiach dzisiejszej Ukrainy w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1569-1795). Faktyczna władza należała tam wówczas do tzw. „królewiąt kresowych”, czyli spolonizowanej ruskiej magnaterii. Wynik wyborów niczego też nie zmieni w położeniu geopolitycznym Ukrainy. Nadal pozostanie ona w euro-atlantyckiej strefie wpływów i nadal będzie traktowana przez skrajne kręgi polityczne w USA jako ważny czynnik politycznej destabilizacji obszaru poradzieckiego.

Żydowski komik miażdżąco wygrywa ukraiński wyścig prezydencki” („Jewish comedian Zelenskiy wins Ukrainian presidential race by landslide”) – skomentował wybór Zełenskiego izraelski dziennik „The Jerusalem Post”. Na jeszcze bardziej dosadny komentarz pozwolił sobie Eduard Dolinski – dyrektor generalny Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego – który stwierdził, że „Ukraina to jedyny kraj na świecie, oprócz Izraela, w którym prezydent i premier (Wołodymyr Hrojsman – uzup. BP) mają żydowskie pochodzenie”. Także więc i tutaj mamy do czynienia z kontynuacją i wzmocnieniem pewnych tendencji politycznych zapoczątkowanych na Ukrainie po przewrocie w 2014 roku.

Jednakże pomimo to wynik ukraińskich wyborów prezydenckich jest przełomem politycznym. Należy bowiem zastanowić się czym jest przegrana Petro Poroszenki. Ukraińscy wyborcy opowiadając się tak zdecydowanie przeciwko Poroszence opowiedzieli się przeciwko temu wszystkiemu co Poroszenko sobą symbolizował – przeciągającemu się konfliktowi w Donbasie (rezultat przewrotu politycznego z 2014 roku), korupcji, biedzie, masowej emigracji, rozpadowi gospodarki. Przede wszystkim pokazali czerwoną kartkę skupionej wokół Poroszenki „partii wojny” – wspieranej przez Waszyngton i skrajne siły nacjonalistyczne na Ukrainie.

Nie można na dzień dzisiejszy stanowczo stwierdzić, że Zełenski nie wpadnie w sidła „partii wojny”, jednakże zadeklarował on wolę wznowienia rozmów pokojowych w ramach formatu normandzkiego (Ukraina, Rosja, Niemcy, Francja) oraz w ramach procesu mińskiego (OBWE, Ukraina, Rosja). Zapowiedział też „wojnę informacyjną” na rzecz wstrzymania walk w Donbasie. Zełenski wygrał właśnie dlatego, że złożył takie deklaracje. Ukraińcy chcą pokoju z Rosją, nie wojny. Jeśli zatem Zełenski wejdzie w buty „partii wojny”, szybko straci ich poparcie.

W drugiej turze wyborów Poroszenko wygrał tylko w obwodzie lwowskim (w pierwszej turze – także w iwanofrankiwskim i tarnopolskim). Te trzy obwody dawnej Galicji Wschodniej – należącej przed 1939 rokiem do II RP – stanowią dzisiaj twierdzę odrodzonego nacjonalizmu ukraińskiego. Okazało się, że neobanderowcy byli jedynym elektoratem Poroszenki, który wspierał odrodzenie nacjonalizmu ukraińskiego, bazował na poparciu większości środowisk szowinistycznych, rehabilitował szowinizm ukraiński w ramach swojej polityki historycznej oraz budował na takim podłożu tożsamość państwowo-narodową pomajdanowej Ukrainy. W drugiej turze okazało się, że poparcie dla Poroszenki słabnie także wśród neobanderowców. Zełenski nie tylko wygrał w obwodach iwanofrankiwskim (w II RP województwie stanisławowskim) i tarnopolskim, ale nawet w rodzinnej wsi Stepana Bandery – Uhrynowie Starym koło Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk), gdzie uzyskał 59 % głosów.

Podczas kampanii wyborczej Zełenski wypowiadał się w sposób ostrożny na temat nacjonalizmu ukraińskiego. Stwierdził m.in., że akceptuje fakt gloryfikowania Bandery we Lwowie. Warto przypomnieć, że obalony w 2014 roku Wiktor Janukowycz też akceptował ten fakt. Nie można zatem z całą pewnością powiedzieć, że pod rządami Zełenskiego znikną z życia publicznego Ukrainy Parubije i Wiatrowycze. Być może jednak nastąpi osłabienie ich wpływów. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego zamanifestowała bowiem swój sprzeciw wobec renesansu nacjonalizmu ukraińskiego i polityki nacjonalistycznej. Okazało się, że pomimo intensywnej banderyzacji w latach 2004-2010 oraz po 2014 roku większość Ukraińców odrzuca ideologię wywodzącą się wprost z faszyzmu oraz gloryfikację OUN i UPA, które uprawiały kolaborację z Niemcami hitlerowskimi i odpowiadają za zbrodnie o charakterze ludobójstwa, popełnione przecież przez także na Ukraińcach.

25 kwietnia parlament ukraiński przyjął w drugim czytaniu ustawę o języku ukraińskim jako jedynym języku państwowym. Przygotowana przez administrację Poroszenki ustawa o „totalnej ukrainizacji” w kraju, gdzie co najmniej 30 % ludności posługuje się językiem rosyjskim jako ojczystym, także była jedną z przyczyn jego klęski. Idąca w takim kierunku polityka była zresztą główną przyczyną odpadnięcia od Ukrainy w 2014 roku Krymu i Donbasu. Zdumiewa, że Poroszenko nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Być może uwierzył we własną propagandę o „rosyjskim spisku” i „rosyjskiej agresji”. Zełenski, który sam posługuje się językiem rosyjskim, a po ukraińsku nie mówi płynnie, stwierdził, że popiera status ukraińskiego jako jedynego języka państwowego. Jednocześnie zasugerował, że ustawa o „totalnej ukrainizacji” nie konsoliduje społeczeństwa i zapowiedział przeprowadzenie jej „rzetelnej analizy”.

Porażka Poroszenki jest wreszcie druzgocącą klęską polskiej polityki wschodniej opartej na mrzonkach giedroycizmu. Tej polityki, która nakazywała PiS i PO wspierać Poroszenkę za wszelką cenę, pomimo prowadzenia przez niego radykalnie antypolskiej polityki historycznej. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Wóycickiego, że Roman Szuchewycz powinien być dla Polaków „postacią o cechach bohatera”. Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Żurawskiego vel Grajewskiego, że Stepan Bandera jest odpowiedzialny za śmierć rzekomo tylko jednego Polaka.

Tej polityki, w imię której usłyszeliśmy od pana Sakiewicza, że „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”. Tej polityki, która kazała PiS i PO nie tylko tolerować, ale wspierać renesans banderowski na Ukrainie w imię kreowania antyrosyjskiej Ukrainy. Tej polityki, która kazała PiS i PO wspierać szemraną Fundację Otwarty Dialog. Tej polityki, która w miejsce realiów wstawiała fantasmagorie o Międzymorzu vel Trójmorzu, krzewione latami przez „Gazetę Polską”, Klub Jagielloński itp. środowiska. Większość Ukraińców głosując na Zełenskiego powiedziała PiS i PO, że nie chce antyrosyjskiej Ukrainy opartej na fundamencie neobanderowkim.

Tak jak w 2010 roku klęską polityki giedroycizmu okazał się Juszczenko, tak teraz okazał się nią Poroszenko. Z faktu tego należałoby w Warszawie wyciągnąć wnioski, ale na razie nie ma ich kto wyciągnąć. W gratulacjach, jakie złożył Zełenskiemu prezydent Duda znalazło się zapewnienie, że „Polska jest gotowa do dalszej wszechstronnej pomocy Ukrainie w sferze bezpieczeństwa (tzn. kontynuowania wojny w Donbasie – BP) i reform państwowych”. Z kolei były minister Waszczykowski napisał, że nowy prezydent Ukrainy „to czysta karta polityczna jak się wydaje. Oby jak najszybciej została zapisana w Polsce zanim zaczną go urabiać Rosjanie przeciw nam i Europie”.

Te dwie wypowiedzi świadczą o tym, że „klasa polityczna” III RP nie rozumie faktu klęski swojej polityki na kierunku ukraińskim. Polska jest najbardziej uzależnionym od USA ogniwem obozu atlantyckiego i de facto realizuje na kierunku wschodnim politykę amerykańską, a nie własną. Realizuje ją jednak w sposób skrajnie przesadny, dodając do tego radykalne elementy dawno przebrzmiałej mitomanii polskiej mocarstwowości. Klęska giedroycizmu jest faktem już od dłuższego czasu i dalsze brnięcie w jego koleiny skazuje „politykę wschodnią” POPiS na izolację w Europie.

Bohdan Piętka
Myśl Polska, nr 19-20 (5-12.05.2019)

Dzial: