Zdzisław Łączkowski – portret poety

laczkowski_0.jpg
Poznałem go bliżej, gdy podpisywał moje zwolnienie z pracy w „Kierunkach". Był wtedy przewodniczącym związków zawodowych i jego parafka musiała widnieć przy wydawaniu wyroku na mnie. Ponieważ nie wiedziałem i do tej pory nie wiem, za jakie grzechy wydalono mnie z redakcji, czułem do niego żal. Uchodził za największą gwiazdę poetycką w PAX-ie, a ja czytając utwory tej gwiazdy nie mogłem pojąć, dlaczego poniektórzy przydają jej sztucznego blasku.

Czułem żal do Łączkowskiego, ale słowem o tym mu nie wspomniałem, uznałem tylko za stosowne nie kłaniać mu się, gdy przechodziłem obok, a nawet ostentacyjnie odwracać się plecami. Znaliśmy się raczej z widzenia, więc moje zachowanie mógł co najwyżej wziąć za przejaw chamstwa, nic więcej. A ja nosiłem w sobie zadrę niechęci do niego.

Zdzisław Łączkowski, jak sięgnąć pamięcią, zawsze pracował w „Słowie Powszechnym”.

Będąc redaktorem „Kierunków”, zamieściłem w jego piśmie kilka artykułów, ale potem po moim odejściu z tychże „Kierunków”, długo nie utrzymywałem kontaktu z PAX-em, a tym bardziej ze „Słowem Powszechnym”. Jako kierownik działu kulturalnego ostatniego z wymienionych pism, Zdzisław Łączkowski był dla mnie irracjonalnie niechętnie nastawiony, nie miałem szans żeby coś wydrukować u niego, z drugiej znów strony, jak nastąpiła rewolta lat 1980/81, a później stan wojenny, nie ukrywam, że moje poglądy były radykalne bardziej niż jego. Zresztą każdy tzw. członek PAX-u grał swoją rolę i odnalezienie się w zastanych układach zależało od umiejętności taktycznych. Ja tam nigdy dobrym politykiem nie byłem, zawsze przez czas rządów komunistycznych byłem niczym, więc i tutaj przegrałem Dziwiłem się tylko, że Łączkowski jako absolwent polonistyki KUL nie potrafił ująć się za mną, również absolwentem polonistyki KUL.

Po stanie wojennym, gdy wróciłem do Warszawy z Częstochowy po trzyletnim pobycie, dzięki Irzykowi podjąłem współpracę z „Kierunkami”, którymi naówczas kierował Zygmunt Lichniak. Nie znalem osobiście naczelnego, po prostu nie był mi obcy, bo widywaliśmy się czasem, gdy pracował jeszcze w Wydawnictwie PAX, ale moje szkice literackie i recenzje musiały mu się dość podobać, bo stałem się żelaznym współpracownikiem pisma. Z Lichniakiem „zadawałem się” dzięki Zbyszkowi Irzykowi, ale również dzięki temu ostatniemu wróciłem na łamy „Słowa Powszechnego”.

Poradził mi, aby zanieść coś, jakiś materiał, Łączkowskiemu, bo szuka dobrych piór. Owszem, zgłosiłem się kiedyś do niego. dałem mu recenzję, ale nie mogłem z nim znaleźć wspólnego języka. Widziałem, że traktował mnie jako zagubionego, może nawet niewydarzonego polonistę. Mój kontakt z nim był trudny, bo Łączkowski charakter miał despotyczny, nie dopuszczający sprzeciwu, a ja do rezolutnych nie zaliczałem się, W ogóle przy coraz częstszym kontakcie z nim bardzo dziwiłem się, że, mimo jego przewag w rozmowach, zaczął drukować mi po recenzjach także opowiadania i wiersze.

Myślę, że jego stosunek do ludzi wynikał z organicznej niezdolności do porozumienia na zasadzie wzajemności i równowagi uczuć. Był samotnikiem, nie ożenił się, w domu, o ile wiem, otoczył się oryginałami z malarstwa i korzenioplastyki, nie mówiąc o książkach, a na co dzień był raczej globtroterem, a może tylko wiecznym podróżnym. Nie miał więc stałego oparcia w życiu, a wobec tego w poglądach też nie wykazywał niezłomnej stałości, W czasach komunistycznych, tak mi się wydawało, był nawet szczwanym graczem, który umiał wejść w kontakty z Lichniakiem i należeć do Zarządu Oddziału Warszawskiego ZLP. Co więcej, mimo bojkotu ZLP w tym czasie przez część pisarzy, Łączkowski, jak go widziałem, był codziennym gościem stołówki i kawiarni Domu Literatury. Jemu nie przeszkadzał stary, wysłużony garnitur działaczy literackich, Więcej, współpracując z nim, korzystał z różnych udogodnień i przywilejów związku (np. wyjazdy za granicę). Za to go nie lubiłem.

Do zbliżenie towarzyskiego między nami doszło na imieninach Jana Stępnia. Jeszcze wtedy Stępień szalenie dworował Łączkowskiemu, będąc jego bliskim współpracownikiem w piśnie, ponieważ jednak najbliższą ml formą wypowiedzi jest konfesata, zwierzenie, kiedy znalazłem sposobną chwilę, wdałem się w stosowną rozmowę z reprezentantem „Słowa Powszechnego”, mówiąc mu m. in., że w latach studenckich widziałem jego nazwisko w „Poloniście” z lat pięćdziesiątych. A trzeba dodać, że w „Poloniście”, ale już o piętnaście lat młodszym, prawie zadebiutowałem również ja. Ponieważ Łączkowski lubił, gdy go się wymienia, a jeszcze bardziej, gdy wyróżnia, nastawił uważnie uszy – i przyjął moje wynurzenia z uwagą. Na powinowactwo KUL-owskie nic nie powiedział, może ono zupełnie nic nie znaczyło wobec gry, jaka toczy się na szczytach „rządu dusz”. W każdym razie mogę powiedzieć, że Łączkowski dopiero wtedy mnie wysłuchał jako człowieka, zresztą dotąd byłem tylko autorem recenzji wiersza, opowiadania, nic więcej.

Nie miałem jeszcze wtedy Łączkowskiego za dobrego poetę. To, co zamieszczał w „Kierunkach”, a były to przeważnie hymny na cześć papieża Jana Pawła II, wydawało mi się czczym wielosłowiem. W swoich wierszach Łączkowski był zawsze daleki od rzeczywistości, wyzbyty poczucia czasu i przestrzeni, kiedy więc sięgał po tematy aktualne, okolicznościowe, nic w ich rozwinięciu poza czołobitną rozrzutnością nie było. Zdziwiłem się więc wielce, gdy na 40-lecie jego twórczości „Kierunki” poświeciły mu kilka artykułów, a jubilat uznany został za jednego z największych poetów współczesnych w Polsce. Gdzie tu proporcje? – zapytywałem siebie. Znając jednak metody PAX-u, według których dzień może być nocą, a noc dniem, nie dziwiłem się niczemu. Łączkowski był gwiazdą prawie wyłącznie PAX-owską, a uznanie w innych środowiskach, co tu dużo ukrywać, miał nieznaczne.

Kiedy „Kierunki” padły, nie wiedzieć dlaczego stałem się żelaznym współpracownikiem „Słowa Powszechnego”. Zresztą orientacja PAX-u w tym czasie preferująca światopogląd katolicki przy ograniczeniu zaangażowania w politykę, była zgodna z moimi inklinacjami. Przewodniczącym PAX-u został Maciej Wrzeszcz, naczelną „Słowa Powszechnego” – Ada Borkowska, i moje nazwisko chyba im nie przeszkadzało, a w oczach Łączkowskiego i bodaj Józefa Szczawińskiego uchodziło za zasłużone. Tak więc stałem się stałym dostarczycielem recenzji z książek, zwłaszcza z tomików wierszy, jakie na bieżąco ukazywały się. Co ciekawe, z łamów pisma zeszły nazwiska bardziej zasłużone dla PAX-u, jak Zygmunt Lichniak, Zbigniew Irzyk, Stefan Jurkowski. Maria Szyszkowska, Alicja Patey-Grabowska, Jan Stępień, moje tam zaczęło gościć stale.

Zdzisław Łączkowski stawał mi się coraz bliższy. Zupełnym zaskoczeniem dla mnie była jego radość z powodu mojego zwycięstwa w Łódzkiej Wiośnie Poetów w 1991 roku. Łączkowski w tej Wiośnie był przewodniczącym jury, myślałem jednak, że mimo bliskich kontaktów ma mnie raczej ze niewydarzonego, jak wspomniałem, polonistę, a tu spotkałem sio z jego ogromną życzliwością. Jechałem z nim i innymi jurorami sanem z Warszawy na tę Wiosnę, a Łączkowski okazywał w tej podróży zarówno mnie, jak i żonie, dużo serdeczności. Wpraszał się nawet półżartem na jakiś okolicznościowy poczęstunek, nie wymawiałem się, owszem odparłem, że trzymam go za słowo Lecz gdy w następnym roku zaprosiłem go na imieniny, nie miał czasu, by przyjść. Natomiast drinka w kawiarni wystrzegał się. Nie spotkaliśmy się zatem przy stoliku zastawionym czymś „mocniejszym”, ale nasze stosunki wyraźnie poprawiły się.

Wspominałam, że Łączkowski nie mógł wziąć udziału w moich imieninach, a nie mógł dlatego, że akurat wyjeżdżał do Zagłębia. Sam pochodził spod gór, bodaj z okolic Tych, toteż lubił tam wyprawiać się, biorąc udział w imprezach literackich, organizowanych przez tamtejsze środowiska. Podróżował dużo. Odbywał spotkania z młodzieżą poetycką w Siedlcach, na Polesiu, na Zaolziu, w Pile, w Białymstoku, przede wszystkim zaś w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie, gdzie prowadził warsztaty poetyckie. Lubił mecenasować młodym, a to oprócz spotkań z nimi objawiało się recenzowaniem ich książeczek i książek. Część roboty recenzenckiej spadała na mnie.

Wobec aktywności w środowiskach młodoliterackich wcale nie zdziwiłbym się, gdyby Łączkowski doczekał się swoich uczniów, a przynajmniej naśladowców; Sam z nieprzejednanego mu przeciwnika przeobraziłem się w ciągu lat, jeśli już nie w jego wielbiciela, to przynajmniej zwolennika, Jego poezja, którą miałem możność z czasem wnikliwie przeczytać, jest co prawda ucieczką od rzeczywistości, ale zasługuje przynajmniej na to, aby cenić ją za „czystość tonu", „nieskazitelność konwencji”, zawieszenie w „zawsze i wszędzie”. Wiem, że ta poezja niewiele odbiega od modelu poezji „Współczesności”, ale jeśli już nie odbiega, stanowi jej najciekawsze ukonkretnienie. Ma dużo wewnętrznej urody, spokoju, ciszy, a o to dzisiaj naprawdę trudno,

Polubiłem Łączkowskiego, nawet zrecenzowałem dwie jego książki – prozę poetycką i wiersze – do „Słowa Powszechnego” i „Integracji”, on zaś z kolei dawał dowód swego szacunku dla mnie. Wyrazem istniejącej więzi między nami były wymiany książek przez nas napisanych. Na książkach jego autorstwa widnieją takie dedykacje dla mnie.

„Snu otwieranie": „Staszku, serdecznie i wszystkiego dobrego w Nowym Roku – Zdzisław. Warszawa, 1.I.1990 r.”. „Tańczący rycerze”: „Staszkowi jak najserdeczniej: Cenię, Staszku, Twoje pióro i jeszcze raz dziękuję za to, co napisałeś o „Snu otwieraniu” Zdzisław. Warszawa, 17,VIII, 1990”. „Zaklęty jeleń”: „Staszkowi z przyjaźnią i radością, że mogliśmy się spotkać. Zdzisław (autor) Warszawa, 4.II. 1992”,

Znaliśmy się niemal serdecznie, bo odnosił się do mnie po imieniu, ale trzymał mnie stale na dystans. Nigdy, kiedy przechodziłem w kawiarni koło niego, a przesiadywał tam często z Jurkowskim i Irzykiem, nie zaprosił mnie do stolika, a jemu, jako starszemu, wypadało to uczynić, tak samo jak niby nie zauważał mnie przy innych okazjach. Jadąc na Łódzką Wiosnę Poetów w 1991 roku, gdy otrzymałem I nagrodę, a na dyplomie widniał jego podpis, nawet nie odezwał się do mnie słowem, a może nawet nie wzruszył ramionami. Dość, że spotykaliśmy się, ale jakby zawsze na odległość.

Gdy „Słowo Powszechne” upadło, a Łączkowski przeszedł na emeryturę, widywaliśmy się od czasu do czasu w tzw. Salonie Jadwigi Sułkowskiej-Mijal na Ursynowie. Miła właścicielka dużego – czy jak kto chce – rozkładowego mieszkania urządzała spotkania towarzyskie, na które przychodzili poeci i krytycy w różnym wieku. Tu pałaszowali obfite dania i pili drinki Hugon Bukowski, młodziutki Piotr Goszczycki z żoną Agnieszką, znany krytyk Jan Zdzisław Brudnicki i powściągająca go żona, poeta Ryszard Sobieszczański, fraszkopisarz Jan Zumis, młoda, czarująca poetka Ewa Zelenay, poetka Krystyna Woźniak, krytyk Zbigniew Irzyk i ja. Bywali też inni, a mąż gospodyni – Sułkowski, dyskretnie wynosił się z mieszkania, pozwalając tym samym artystom na czucie się swobodnymi i wyrażając tym swoje zaufanie do nich.

Salon Sułkowskiej, z którego bodaj Dymek zakpił sobie na łamach „Własnym Głosem” , długo był dla wszystkich otwarty, lecz kiedy gospodyni przeniosła się na drugi koniec Warszawy, skończyło się ucztowanie. Po niejakim czasie podobny, ale nieco mniejszy salon udostępnili artystom pióra młode małżeństwo – Filipkowie. I tu przychodził Łączkowski, a obok niego Krzysztof Gąsiorowski, Zbigniew Irzyk, Maria Żywicka-Lückner, Zdzisław Brudnicki i inni. Nie trwało to długo. Wkrótce Filipkowie doczekali się dziecka, a artyści – przynajmniej z bliskiego mi środowiska – przestali się spotykać w domach prywatnych. I Łączkowski znikł z mojego pola widzenia.

Stale, ile razy go widziałem, zaznaczał, że prowadzi warsztaty poetyckie w Staromiejskim Domu Kultury. Wiem, że w zamian, za prowadzenie tych warsztatów, wydawano mu książki, które napisał, bo miał ich już tyle, że Wydawnictwo PAX nie chciało nowych drukować. Z jego warsztatów ujawnił się podejrzany talent Tomasza Augustyniaka, który na łamach pisma młodych „Krzywe Koło” zaatakował mój świeżo wydany szkic „Jak zostać pisarzem?” . Odniosłem wrażenie, że domorosły krytyk mojej książeczki nie czytał, tylko zaatakował niby prostackie rozumienie maniery literackiej, która nie tak łatwo prowadzi „Stąd do wieczności” (tytuł recenzji). Żeby przejść do wieczności, trzeba coś umieć, a cóż ja potrafię, żeby dawać na dodatek wskazówki, jak przejść do chwały wiecznej przez sztukę pisarską.

Czy Łączkowski inspirował jakieś złe sądy i mniemania o mnie? Nie mam na to dowodów. W każdym razie za pontyfikatu Papieża Jana Pawła II, naznaczony dewocją, stosował dziwną politykę literacką. Mało udzielał się w Warszawie, ale jeździł do Krakowa, do Ostrowca Świętokrzyskiego, do Staszowa, w wiele miejsc, zwłaszcza w Świętokrzyskie. Drukował dużo w pismach prowincjonalnych, jakieś fragmenty, jakieś memuary, np. kolejne tomy pamiętników (w formie książkowej), w tym „Piaskiem na prędce pisane”, gdzie ukazał swoje kontakty ze środowiskiem literackim.

Właśnie w Kielcach wydał książkę „Fascynacje” podsumowującą jego dorobek literacki – w formie wywiadów, omówień, recenzji. Okazało się, że towarzyszyło mu w jego drodze całe środowisko PAX-owskie (Jurkowski, Irzyk, Dolecki, Wojtkowska, wielu innych) natomiast poza nie nosa nie wyściubiał. Tę książkę opracowała Zofia Korzeńska z Kielc, włączając do niej i dwa moje materiały, stanowi ona sumę wiedzy o jego życiu i pisarstwie. Cóż z tego skoro ta twórczość ciągle nie przekonuje, wydawana jest własnym sumptem, a jako literat – może skłócony, może bardzo wbity w dumę – nie należy ani do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ani do Związku Literatów Polskich.

Ze Zdzisławem Łączkowskim zawsze trudno mi się rozmawiało. Gdy coś do niego mówiłem, podejmowałem jakiś temat – zawsze zbijał mnie z pantałyku. Przyjmował jakiś wysoki ton, obruszał się, robił wrażenie człowieka złego – i rozmowę urywałem. Ale w sprawach jego twórczości dawało się pomówić. Łasy był na pochwały. A gdy już zaproponowałem wywiad – godził się natychmiast. Dwa razy gościłem u niego w domu, nieopodal Madalińskiego, w okolicach, gdzie mieszkał Lesław Bartelski i dwa razy spędziłem miłe chwile, choć w napięciu, bo Łączkowski był przykładem impetyka.

Atmosferę kameralności tworzył maleńki pokój z podręczną kuchenką, gdzie mieszkał. Między wieszakiem, a stolikiem trudno było się przecisnąć W tym maleńkim pomieszczeniu przy ścianach stały na półkach ułożone książki – królestwo pisarza. I na czas wywiadów otworzył mi to królestwo, czytał mi utwory, mówił, co tworzy. Za pierwszym razem opowiadał o swoim aktorstwie, chyba nieudanym, ale niepospolitym z racji otarcia się o takie sławy jak Osterwa czy Holoubek. Za drugim razem mówiliśmy ogólnie, a mnie poruszyły jego miniatury prozą i dość uczuciowe, bardzo osobiste wiersze. Wskazał mi jakie wiersze mogę wydrukować w „Myśli Literackiej”. Były ciekawe, na poziomie. Lecz z książek nie robiłem przedruków, w prasie zamieszcza się utwory świeże, oryginalne.. natomiast wywiady ukazały się drukiem w moim piśmie.

Pod dziewięćdziesiąty rok życia pisał utwory proste, sensowne, acz przez całe życie wszystko jakoś gmatwał. Mnie zaabsorbowała postawa życiowa Łączkowskiego. Mający swoich przeciwników, chciał uchodzić za prawowiernego katolika. Szczycił się towarzystwem księży, Sochonia, Niewęgłowskiego, Heintscha, Dymowskiego, lecz obawiam się, że jego wiara była powierzchowna. Nie mnie o tym sądzić.

Dość, że można go uznać za pisarza religijnego (który zresztą długo lansował księży-poetów), a symbolem jego „fascynacji” (widocznym w książce pod tym tytułem) jest zdjęcie obok Papieża Jana Pawła II, za którego pontyfikatu kształtował kulturę takiego, nie innego Stowarzyszenia PAX, a później działał w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych, by pod koniec życia udzielać się tylko w swoim kręgu katolików. Dożywał późnego wieku, gdy nadeszła wiadomość, że znalazł się w domu pomocy społecznej koło Zawiercia, niedaleko miejsca, gdzie się urodził. Krakowskie Przedmieście i Dom Literatury opustoszały.
Zmarł 30 marca br.

Stanisław Stanik
Na zdjęciu: Zdzisław Łączkowski (trzeci z lewej) w towarzystwie współpracowników ze "Słowa Powszechnego" (fot. Archiwum Józefa Wójcika)
Myśl Polska, nr 17-18 (21-28.04.2019)

Dzial: