Za dywersyfikację płacimy jak za zboże

gas_1.jpg
Za politykę energetyczną, skupioną na odwracaniu się od Rosji i rozbijaniu jej związków z Europą, przychodzi nam coraz drożej płacić. I to nie tylko za drogi gaz, niepotrzebną infrastrukturą, ale także ustępstwa poważniejsze, na przykład oddanie fragmentu polskiego obszaru morskiego.

Duńczycy wykorzystali naszą nieprzepartą chęć budowy Baltic Pipe, by korzystnie rozwiązać zadawniony spór o fragment terenów morskich. To 3,6 tysiąca kilometrów kwadratowych (obszar 7-krotnie większy niż zajmuje Warszawa), między polskim brzegiem a duńskim Bornholmem, z których oddaliśmy Duńczykom 80 procent powierzchni na ich wyłączną strefę ekonomiczną. I to obszaru, do którego rościliśmy sobie prawa już od ustaw z 1977 r.

I co ciekawe, sami wpakowaliśmy się w sytuację, gdy wszystkie atuty leżały po stronie duńskiej. Przygotowana trasa rurociągu Baltic Pipe przebiega bowiem przez te właśnie tereny sporne z powodu celowego ominięcia wód niemieckich i wydłużenia przez to trasy rurociągu. Czyli najpierw sami planujemy dłuższy rurociąg, zwiększamy koszty, by być na musiku w negocjacjach z Duńczykami. I po to, by nie być "zależnym" od dostaw gazu od Rosji, a w kładzeniu rury od Niemców – płacimy frycowe Duńczykom.

Jednak to nie wszytko. Miesiąc po umowie o podziale terytorium morskiego, polski rząd podpisał z Danią porozumienie o budowie rurociągu między naszymi krajami. I tam jest też kilka kosztownych zobowiązań. Przede wszystkim to my poniesiemy wszystkie koszty budowy – polski Gaz-System sfinansuje w całości budowę całej podmorskiej rury. Przy przedsięwzięciach, które są zdrowe biznesowo obie strony powinny jakoś uczestniczyć w kosztach. Tutaj – na naszych barkach cała inwestycja. Nawet za duńską tłocznię gazu, własność duńskiego operatora Energinet, Gaz-System będzie ponosił część kosztów budowy. Tak więc my płacimy i za swoje i za cudze inwestycje, a Duńczycy, chociaż też chcą korzystać z tego gazociągu (żeby importować rosyjski lub norweski gaz), nawet za swoje nie płacą w pełni.

Jak mówi stare przysłowie „cudze pieniądze wydaje się najłatwiej”. Urząd Regulacji Energetyki po prostu wpisze te koszty w taryfę Gaz-Systemu, co oznacza obciążenie tymi kosztami odbiorców. Będą oni płacić za "eksploatację części gazociągu oraz tłoczni Everdrup, infrastruktury poza terytorium Polski". Normalka. Brew jedynie można podnieść ze zdziwienia, czytając w uzasadnieniu rządowym, że "przeniesienie, przez taryfę, na użytkowników systemu przesyłowego Rzeczypospolitej Polskiej kosztów poniesionych przez operatora w związku z realizacją projektu Baltic Pipe poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, nie prowadzi więc do powstania nowego obciążenia finansowego." Ciekawa gra słów, prawda? Nowego oczywiście nie, ale dzisiejsze będą wyższe.

Do tych wszystkich obciążeń należy jeszcze dodać zobowiązanie PGNiG do wykupienia mocy przesyłowych Baltic Pipe. Oczywiście tylko nasz gazowy monopolista był zainteresowany takim „wożeniem drewna do lasu”. Ale, co ciekawsze, za przesył z Norwegii do brzegów Bałtyku PGNiG także zapłaci, tylko że duńskiej spółce Energinet. Łącznie będzie to kosztowało 8,1 miliarda złotych za 15 lat. Duńczycy zacierają ręce – na nasz koszt wybudują u siebie rurociągi, a my będziemy gwarantowane im dochody. A polscy odbiorcy gazu to sfinansują.

Konsekwencja w brnięciu w koszty godna podziwu, także upór w sprowadzaniu gazu z jak najdalszych i możliwie najdroższych źródeł. Gdy coraz szerszym strumieniem płynie on do Europy ze wschodu. I to z przyczyn oczywistych – jest go tam najwięcej i jest najtańszy. Kiedyś nazywało się to „noszeniem drzewa do lasu", dzisiaj nazywa się dywersyfikacją. A tę zawsze można wytłumaczyć sakramentalnym hasłem „bezpieczeństwo musi kosztować”.

Andrzej Szczęśniak
Myśl Polska, nr 15-16 (7-14.04.2019)

Dzial: