W cieniu „Burego” i „Ognia”

bury 2_1.jpg
Kupiłem kilka dni temu „Myśl Polską” i trafiłem tam dziś na komentarz Witolda Dobrowolskiego na temat „Burego” Nasunął mi on myśl, że kwestia powojennej działalności Żołnierzy Wyklętych nie została jeszcze w ogóle przez naród polski „przepracowana”. Mam na myśli, że nie została poddana pod narodową debatę i refleksję. Bo za taką nie da się uznać powodzi propagandy wylewającej się z IPN i operującej głównie na tym motywie popkulturowej „mody na patriotyzm”.

Na temat Żołnierzy Wyklętych nie powstało dotychczas żadne poważne dzieło artystyczne, ani nawet żadna poważna interpretacja historyczna. Przy pomocy takich narodowych debat Polacy „przepracowywali” tymczasem doświadczenia wszystkich ważniejszych zrywów zbrojnych w swojej historii które miały miejsce w epoce nowoczesnej, gdy istniała już charakterystyczna dla niej instytucja opinii publicznej. Rewolucja 1905 roku miała swojego Andrzeja Struga, Powstanie Warszawskie miało Andrzeja Wajdę, legiony Piłsudskiego miały swojego Sieroszewskiego, nawet wojny napoleońskie doczekały się Stefana Żeromskiego, czy w czasach nam bliższych Mariana Brandysa. To oczywiście tylko najpopularniejsze przykłady – niekoniecznie głosy, z którymi bym się utożsamiał. Nie wspominam już o największych powstaniach XIX wieku, bo wszyscy chodziliśmy do szkoły i czytaliśmy lektury.

Żeby jednak takie poważne głosy mogły paść, konieczne jest coś, czego dzisiaj w odniesieniu do Żołnierzy Wyklętych nie ma – jakieś akcenty wątpiące, lub nawet krytyczne. I nawet nie chodzi tu przede wszystkim o międlenie kwestii domniemanych bądź rzeczywistych zbrodni, chociaż wiadomo jak zaczęło się Powstanie Listopadowe, i jakie epizody zdarzały się we dworach w 1863. Nie zmierzam więc do tego, że brakuje mi, że nikt nie napisze że „Ogień był bandytą”, bo boi się społecznego ostracyzmu, choć oczywiście zbrodnie też powinniśmy dyskutować – jak jednak słusznie zauważa Dobrowolski, należy to robić z należytą dozą historycznego i politycznego realizmu.

Chodzi mi bardziej o to, że można by zadać choćby pytania tak elementarne jak „czy było warto?”, stwierdzić coś niechby nawet tak banalnego jak „sojusznicy nas znowu zdradzili”, postawić kwestię „dlaczego społeczeństwo nas nie poparło?”, „co się stało z dawnymi ideałami?”, albo cokolwiek tego typu. Do oceny jest potrzebna jakaś minimalna choćby refleksja i stawianie pytań. Do Powstania Warszawskiego podszedł tak na przykład Tomasz Łubieński i osiągnął bardzo dobry efekt w swoim krótkim acz treściwym eseju „Ani tryumf, ani zgon”. Wyklęci nie doczekali się dotychczas swojego Łubieńskiego czy Ciechanowskiego, a co najwyżej jakiegoś nowego wydania stalinowskiej „logokracji” tworzącej fikcje dwunastoletniego „powstania” (o którym sami protagoniści dowiadują się od „historyków” z IPN), czy klęsk po latach zamieniających się w zwycięstwa.

W takiej jałowej intelektualnie atmosferze gdzie myślenie zastępuje się powtarzaniem w kółko „cztery nogi dobrze, dwie nogi źle!” i gdzie rządzi zwykłe kłamstwo, nie jest też przypadkiem, że Wyklęci nie doczekali się także swojego Grottgera, a co najwyżej swoich „Hoffmanów”, bo przecież cukierkowy i ociekający propagandą „Wyklęty”, czy warsztatowo dyletancka „Historia Roja”, nie wspominając już nawet o odpustowej produkcji IPN w rodzaju komiksów czy rozkładówek i kalendarzy z „dziewczynami wyklętymi” to dno, muł i kilo wodorostów, i całkiem słusznie wszystkie te pożałowania godne produkcyjniaki gasły w świadomości zbiorowej bardzo szybko.

Moja teza jest taka, że, niestety, pierwsze poważne głosy na temat Żołnierzy Wyklętych będą w Polsce możliwe gdzieś za pięćdziesiąt lat. Nie wyjdą one na pewno od oszołomów z IPN, którzy drogę życiową zaczynali wrzeszcząc na ulicach „SLD-KGB!”, a skończyli jako płatni funkcjonariusze reżymowej propagandy, z zadaniem zasiania nienawiści pomiędzy Polakami a Rosjanami i Białorusinami, by nawet po utracie władzy przez PiS nie była możliwa żadna normalizacja na linii Warszawa-Moskwa. Nie wyjdą takie głosy również od pokolenia lat '80, '90, ani „Pokolenia Z”, bo ci – wychowani na skarpetkach z „Inką” i pokrzykiwaniu „Precz z komuną!” – są tej propagandy ofiarami i okaleczono im mózgi tak, że nie są zdolni do samodzielnego myślenia.

Temat musi się najpierw „przejeść”, „znudzić”, „zużyć”, by reżymowa propaganda zobojętniała emocjonalnie jej adresatom, a nawet stała się irytująca przez swoją natarczywość i prymitywizm, i by przez to stała się nieskuteczna. Wtedy ukształtować się będzie miało szansę pokolenie ludzi o otwartych umysłach, którzy będą zdolni zadawać pytania, rozbudzić w sobie autentyczną intelektualną ciekawość i wykształcić intelektualną uczciwość. I dopiero tacy ludzie będą mogli stworzyć dzieła wybitne – apologetyczne lub krytyczne wobec Wyklętych, ale jednak na miarę Kossaka czy Kieniewicza, a nie na miarę (późnego) Hoffmana, jak te dzisiejsze.

Ronald Lasecki