Wspomnienie o Jurku Wartaku

wartak.jpg
11 grudnia 2018 roku w wieku 71 lat zmarł Jerzy Wartak – jeden z przywódców strajku na kopalni „Wujek”, w trakcie którego zastrzelono 9 górników, a wielu zostało rannych.

Jurek urodził się w Gołonogu (dzisiaj dzielnica Dąbrowy Górniczej). Po ukończeniu szkoły zawodowej rozpoczął pracę w kopalni. Później przeniósł się na Śląsk i zatrudnił się w kopalni „Wujek” w Katowicach. W 1980 roku był jednym z założycieli NSZZ „Solidarność” na tejże kopalni i brał czynny udział w burzliwej historii tamtych czasów. Po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego górnicy z „Wujka” ogłosili strajk okupacyjny, a Jurek został jednym z jego przywódców. 1 grudnia strajk został krwawo spacyfikowany przez oddziały ZOMO. Jurkowi udało się wydostać z kopalni, jednak już następnego dnia zgłosił się do komendy milicji w Katowicach i został natychmiast aresztowany. Zgłosił się dobrowolnie dlatego, że jeszcze w czasie trwania strajku na kopalni bezpieka wpadła do domu rodziców Jurka i rozwaliła wszystko szukając jakichkolwiek kwitów. Rodzice Jerzego byli poważnie chorzy, obawiał się więc, że kolejna taka „wizyta” bezpieki może się dla nich tragicznie skończyć.

Za udział i kierowanie strajkiem został skazany na 3,5 roku więzienia, prokurator żądał 9 lat. Wyszedł warunkowo z więzienia w 1983 roku, co było związane z pielgrzymką do Polski Jana Pawła II. Wychodząc z więzienia dostał wilczy bilet – musiał się regularnie zgłaszać na milicję i bezpiekę, a ze strachu nikt nie chciał przyjąć Jurka do jakiejkolwiek pracy. Otrzymał pomoc z najmniej spodziewanej strony. Pracę załatwił mu przewodniczący Związku Zawodowego Górników Rajmund Moric, dzięki któremu zatrudniono Jurka w kopalni „Makoszowy” w Zabrzu. Pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy przygotowywano tzw. transformację ustrojową, Jurek wrócił do fedrowania na kopalni „Wujek”. Po Okrągłym Stole i wyborach czerwcowych w 1989 roku stał się jedną z najważniejszych osób na Śląsku, blisko współpracował z Lechem Wałęsą. Mógł zostać posłem, senatorem, mógł objąć wysokie stanowisko, jednak konsekwentnie odmawiał na wszystkie składane propozycje.

Jurka poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych. Był jednym z szefów BBWR na Śląsku przed wyborami do sejmu i senatu w 1993 roku. Jako pierwszy poinformował mnie o tym, że zostałem posłem na Sejm. Później całe lata blisko współpracowaliśmy, głównie, ale nie tylko, w sprawach górnictwa. Wartak dziesiątki razy, czy to w Warszawie czy na Śląsku, interweniował, „męczył’ ówczesnych polityków, ministrów, dyrektorów kopalń, prezesów spółek węglowych, problemami górnictwa, głównie jego ukochanego „Wujka”. Jeździł po Polsce, był często zapraszany na różnego rodzaju spotkania, prelekcje.
Opowiadał o pacyfikacji „Wujka”, o swojej przeszłości. Szczególnie lubił spotkania z młodzieżą, młodymi ludźmi.

Po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II Jurek pojechał do Warszawy i pojednał się z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Co się wtedy działo – na Jurka rzucili się praktycznie wszyscy, stawiając mu szereg zarzutów ze zdradą włącznie. Wiele osób odsunęło się od niego, zerwało z nim kontakty. Podnosili to, iż na Wujku zginęli górnicy, byli ranni, represjonowani, wyrzucani z pracy, a on podaje prawicę generałowi, który w 1981 roku stał na czele junty wojskowej wprowadzającej stan wojenny. Zdaniem tych, którzy atakowali Jurka, to nie kto inny tylko generał Jaruzelski za to wszystko ponosi moralną i polityczną odpowiedzialność, a Jerzy dokonuje gestu przebaczenia. Jurek spokojnie tłumaczył, że podjął tę decyzję, gdyż uznał, iż jest ona zgodna z nauką i postawą Jana Pawła II. Do takich zachowań, do takich postaw Ojciec Święty apelował w trakcie swego pontyfikatu.

Ponadto Jerzy podkreślał, że wykonał ów gest tylko we własnym imieniu, że dotyczyło to relacji on – generał. Nie występował, nie podejmował decyzji w imieniu kogokolwiek innego. Na niewiele zdały się argumenty podnoszone przez Jurka. Najostrzej atakowali tzw. rycerze ostatniej godziny, ci, którzy w tych trudnych, dramatycznych czasach siedzieli jak przysłowiowe myszy pod miotłą. Wielu z nich w stanie wojennym i później ze strachu bali się przejść z kuchni do pokoju, na rzecz wspólnoty nie zrobili nic, ale krytykować, komentować, pouczać innych – a jakże. Chciałoby się rzec – „po bitwie Napoleonem jest każdy”. Przed kilku laty Jerzy w obszernym wywiadzie dla „Myśli Polskiej” złośliwie zauważył, że im było dalej od tragicznych wydarzeń na Wujku tym więcej było uczestników strajku i pacyfikacji, a najwięcej o jego przebiegu i „zasługach” mówili ci, którzy nie brali w nim udziału.

Kolejna sprawa, która wielu doprowadzała do szewskiej pasji to fakt, iż Jurek w 25. rocznicę pacyfikacji „Wujka” nie przyjął wysokiego odznaczenia państwowego, które mu nadał ówczesny prezydent Lech Kaczyński. Podobnie postąpił gdy Sejm uchwali ustawę przyznającą opozycjonistom z czasów PRL-u 400 zł miesięcznie. Również tego nie przyjął podkreślając, że ze swojej emerytury górniczej, ponad 3 tys. zł, spokojnie wyżyje. Ponadto, na co często zwracał uwagę, nie dlatego zajmował się polityką, angażował się w kwestie społeczne, podejmował określone decyzje, aby z tego tytułu być odznaczanym bądź wynagradzanym. Nie chodził po sądach, nie domagał się wysokich odszkodowań jak wielu innych, którzy działali w opozycji. W dzisiejszych czasach rzadka, a w zasadzie odosobniona postawa.

Jurek do końca swych dni interesował się, śledził i komentował wydarzenia polityczne. Na to co się dzieje spoglądał z rosnącym zdziwieniem. Szlag jasny go trafiał, gdy widział efekty tzw. lustracji, dekomunizacji, szaleństwa ze strony nawiedzonych i dobrze opłaconych ideologów. Był zdumiony upadkiem i coraz większą brutalnością w polskiej polityce, w której dominują argumenty ad personam, preparowanie i wyciąganie tzw. kwitów. Często z nim na ten temat rozmawiałem, mówił – patrz z jednej strony PO i jej tzw. myśl polityczna z hasłem: najważniejsza jest ciepła woda w kokotku (po polsku – w kranie), z drugiej strony PiS z tzw. dobrą zmianą. Jedno i to samo. Nie o taką Polskę walczył, nie tak ją sobie wyobrażał. Dla niego Polska to nie była abstrakcja, to były konkretne osoby, konkretne sprawy, które należało załatwić, konkretne sytuacje, w których należało się przyzwoicie zachować. Nic poza tym, tylko tyle i aż tyle.

Całe lata chodził i upominał się o tych górników, którzy podczas pacyfikacji „Wujka” zostali ranni i nie mogli poprawnie funkcjonować w codziennym życiu. Zdecydowana większość polityków i decydentów, z którymi Jurek rozmawiał nie była zainteresowana tą sprawą, ba, mieli pretensje, że im zawraca głowy. Było tak niestety w wielu kwestiach. Jerzy w polityce chadzał swoimi drogami, był samotnikiem, przypominał typ społecznika z powieści Stefana Żeromskiego. Był, w dobrym tego słowa znaczeniu, uparty i stąd też wielu osobom nie pasował. Był człowiekiem pozbawionym zacietrzewienia, wolnym od jakichkolwiek ideologii. Kierował się zdrowym rozsądkiem, potrafił spokojnie spojrzeć i ocenić PRL, w której sporo lat przeżył. Obca mu była totalna negacja (jakże dziś modna) wszystkiego co związane z PRL-em. Często powtarzał, że po 1945 roku mieliśmy jedno państwo polskie, innego nie było. W takiej Polsce się żyło i pracowało. Takie poglądy, takie widzenie spraw Jurkowi kolegów i przyjaciół nie przysparzało.

Na pogrzebie Jerzego nie było nikogo z władz „Solidarności”, nikogo z władz państwowych i wojewódzkich, a co najbardziej smutne, że na to ostatnie pożegnanie przyszło niewielu górników z „Wujka”. Jak zwykle na swoich górniczych emeryturach są bardzo, ale to bardzo zajęci. Karnawał głupoty i podłości w Polsce trwa.

Henryk Dyrda
Myśl Polska, nr 11-12 (10-17.03.2019)
Fot. Śląsko-Dąbrowska Solidarność

Dzial: