Żandarm w każdej sypialni, inspektor w każdej kuchni!

sanocki_8.jpg
Józef K. (tak, tak ten sam) ożenił się z miłości. Przez kilka lat w jego małżeństwie wszystko się układało jak najlepiej. Ponieważ Józef K. prowadził biznes i zarabiał niemało, a miał zaufanie do żony, przepisał na nią dom.

Po kilku latach coś zaczęło się psuć, Józef K. zaczął podejrzewać, że żona go zdradza. Przez firmę detektywistyczną zlecił podsłuchy rozmów telefonicznych małżonki. Działanie – choć nielegalne – dało jednak bogaty materiał dowodowy. Okazało się, że zdrada małżonki trwa od lat, a jej wybrankiem jest jej zwierzchnik – prokurator rejonowy, z prokuratury gdzie żona Józefa K. pracowała. I tu zaczęły się kłopoty naszego bohatera. Pewnego razu Józef K., który wypił dwa piwa i miał 0,5 promila alkoholu wróciwszy do domu powiedział żonie o wszystkim co wie. Doszło do awantury, zazdrosny i zdradzony mąż złapał żonę za ramię i zrobił jej siniaka. Ta wezwała policję, Józef K. trafił do aresztu, sąd w błyskawicznym tempie powołał biegłych i przychylił się do wniosku prokuratury o osadzenie niebezpiecznego, zazdrosnego męża w areszcie.

Sąd powołał też biegłego, który po 20-minutowym badaniu stwierdził, że najpewniej Józef K. cierpi na zespół paranoidalny „zazdrosnego męża” i należy go poddać badaniom. Podejrzanego o paranoję zazdrośnika miano skierować do najbliższego szpitala psychiatrycznego, ale na oddziale nie było miejsca, więc osadzono go w areszcie śledczym gdzie przebywa już pół roku. Pisze rozpaczliwe pisma do ministra, rzecznika praw, do znajomych. Podnosi, że ma dowody zdrady żony z prokuratorem, że za tego siniaka został potraktowany zbyt surowo, bo żona nie miała nawet zwolnienia lekarskiego, że pod zarzutem „przemocy domowej” zostanie najpewniej zniszczony jako człowiek, że pod tymi pozorami pozbawiono go majątku i wolności. Czy pisze prawdę? Czy rzeczywiście o sprawie przesądził fakt, że kochankiem żony był funkcjonariusz wymiaru sprawiedliwości, który wykorzystał swoją pozycję do usunięcia zbędnego już – męża? Niewykluczone, że właśnie tak jest.

Piszę o tym autentycznym przypadku – zmieniając ma się rozumieć inicjały i funkcje – bo właśnie podczas ostatniej sesji Sejmu rozgorzała debata na temat tzw. „przemocy w rodzinie”. Posłanki opozycji, atakowały rząd za – ich zdaniem – niedostateczną ochronę dotkniętych przemocą kobiet. Postulowały, żeby „państwo zrobiło wszystko dla likwidacji przemocy wobec kobiet”. Wszystko!

Zabrałem głos zwracając uwagę, że takie żądania są równoznaczne ze zwiększoną ingerencją państwa w stosunki rodzinne. Że hasło „przemoc wobec kobiet” jest niebywale rozciągliwe i że zwolenniczki totalnej ochrony rzekomo gwałconych praw kobiet, żądają w istocie totalnej władzy państwa nad rodziną. I – pomijając już koszty finansowe takiego systemu – w konsekwencji będziemy mieli likwidację rodziny jako takiej. Który facet będzie chciał ponosić ciężary związane z odpowiedzialnością za dzieci, za utrzymanie domu – kiedy w każdej chwili żona będzie mogła go oskarżyć np. o przemoc ekonomiczną, albo o przemoc psychiczną, wezwać na pomoc państwowych urzędników, którzy wszak na takie okazje ochoczo czekają – i puścić chłopa w skarpetkach?

W Polsce istnieje wystarczająco dużo – moim zdaniem – instrumentów prawnych, które w uzasadnieniu maja ochronę przed przemocą, ale już dziś dają potężne uprawnienia dla urzędników do ingerencji w rodzinę. Już dziś, kiedy kobieta chce się pozbyć dotychczasowego „partnera” – doskonałym do tego narzędziem będzie oskarżenie o „przemoc”. A co dopiero, gdy nowy „partner” jest prokuratorem, sędzią lub policjantem? Czy to tak trudno sprowokować awanturę i odegrać rolę ofiary?

Żądania „całkowitej likwidacji przemocy w rodzinie” przez państwo jest więc w istocie żądaniem prowadzącym do likwidacji rodziny jako takiej. To nowa forma lewackiej ideologii, której inną odmianą jest popieranie związków partnerskich i inne formy propagandy homoseksualnej. Czy w związku z tym, że stawiam te pytania jestem za „przemocą wobec kobiet”?

Janusz Sanocki
Autor jest posłem na Sejm RP