Europy droga ku zatraceniu

glory.jpg
W świecie obserwatorów politycznego życia naszych czasów i pośród różnych spekulacji, co do ich przyszłości, panuje w miarę zgodne przeświadczenie o kryzysowej sytuacji, która z coraz bardziej wzmożoną siłą dotyka Unię Europejską. Wielu wieszczy jej tak głęboki kryzys, zakończony aż nawet rozpadem, czyli całkowitą dekompozycją.

Wskazują oni na ostateczny powrót do podmiotów narodowych, choć te Bruksela nigdy do końca nie przekreśliła. Może z braku czasu albo z powodu rzeczywistej słabości konceptu na federalne europejskie państwo.

Brak ku temu realnej siły, która by ten pomysł urzeczywistniła, a przede wszystkim zasadnicze sprzeczności, targające decydującymi o losach Zachodniej Europy siłami. Z pewnością to jest prawda, ale nie ta dotykająca samej istoty sprawy. Zwrócić trzeba uwagę na rzeczy może nawet ważniejsze i o wiele mocniej wpływające na los owego, bądź co bądź, ambitnego projektu. Europa, która jeszcze przed dwoma wiekami była demograficznie tak ekspansywna, gwałtownie starzeje się, co – jak wiemy – prowadzi do pewnej śmierci.

Kontynent, który skolonizował obie Ameryki, Australię, rosyjski wschód i pomniejsze obszary, zwyczajnie sam zaczyna być podbijany przez różne kolorowe ludy, ale nie tylko, bo też przez rzesze, czerpiące swoją cywilizację, kulturę i styl życia z innych źródeł niż Europejczycy. To co może nawet nie jest jeszcze tak bardzo widoczne, wkrótce zaowocuje szeroką rewoltą niedawnych najeźdźców. Nie będzie żądnego pokoju, bo przecież być nie może. Międzynarodowe koncerny i kosmopolityczne korporacje nie zastąpią państwa, które dysponuje – o ile jest dość mocne – wystarczającymi narzędziami do prowadzenia skutecznej walki.

Tymczasem obłędna ideologia powszechnego stanu miłości, w zasadzie uniemożliwia jakikolwiek skuteczny opór. Pozostaje czekanie na końcowy czas, w atmosferze zupełnej niemożliwości. Na tym tle dochodzi do znanego zjawiska towarzyszącego zawsze historycznym kryzysom. Jedni uważają, że dla ratowania położenia należy prowadzić grę ustępstw i wycofywania się z kolejnych pozycji. Inni natomiast twierdzą odwrotnie: trzeba ze starych ideowych składnic, muzealnych sal wyciągnąć dawne rekwizyty – ogólnie tak ujmując – różnych tak zwanych prawicowych formacji.

Ugrupowania polityczne, reprezentujące ów kierunek rosną teraz w siłę, zdobywając coraz większe wyborcze poparcie, sprawując nawet rządy: Włochy, Węgry; lecz są to ruchy spóźnione, ponadto można podejrzewać, iż gdyby zdobyły rzeczywistą władzę – to i tak nie byłyby w stanie poradzić sobie z problemem. Na horyzoncie jawią się także różne globalne uwikłania, powodujące niepowodzenie projektu Unii Europejskiej. Zauważmy jedynie, że stary kontynent to wciąż ciekawy rynek, duży i chłonny.

W związku z tym napływ świeżej zewnętrznej krwi, poza politycznymi korzyściami, może jeszcze pobudzić i tak rozbuchaną tu konsumpcję. Przez to co wyżej napisałem, zmierzałem do postawienia jednej kluczowej tezy: Europa ginie, bo straciła swój cel istnienia, a jest nim chrześcijaństwo. Tylko jej nawrócenie może ją zawrócić z drogi wiodącej ku zatraceniu. Ale jest to wołanie o cud.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 9-10 (24.02-3.03.2019)