Rozmowy małżeńskie 30 : Mitteleuropa

wielomscy 1_20.jpg
Magdalena Ziętek-Wielomska: Siedząc w bibliotece w Berlinie przeglądałam sporo literatury dotyczącej niemieckich koncepcji Mitteleuropy – Europy Środkowej. Mniej mnie interesowała kwestia „niemieckiego imperializmu”, poprzez którą analizujemy te koncepcje w Polsce, zupełnie słusznie zresztą, co sposób samopostrzegania i samodefiniowania się Niemców.

Idea Mitteleuropy była przez wieki fundamentem niemieckiej tożsamości politycznej. Niemcy – wbrew temu, co się w Polsce uważa, wcale nie uważali się za część Europy Zachodniej, tylko za odrębną „formację polityczną”, charakteryzującą się innymi rozwiązaniami ustrojowymi, niż absolutystyczna Francja bądź liberalna Anglia. Wyrazem tej odrębności był ustrój Rzeszy, która miała być czymś w rodzaju „jedności w wielości”. Jednocześnie Niemcy odgraniczali się od „barbarzyńskiego Wschodu”, który traktowali jako obszar swojej kolonizacji, który mieli cywilizować. Kwestia ta jest ważna z tego powodu, że niemiecka „mapa” nijak się ma do tego, jak my, Polacy postrzegamy swoje miejsce w Europie. My siebie traktujemy jako część Zachodu, którego mamy bronić przed Wschodem. Jednym słowem postrzegamy siebie jako obszar graniczny, który najchętniej całkowicie odgrodziłby się od Europy Wschodniej i całej Azji. Ignorujemy fakt, że Rosja od czasów Piotra Wielkiego także chce jedną nogą tkwić w Europie, co jest sprzeczne z naszym postrzeganiem „geografii wyobrażonej”. Jednocześnie dla naszego zachodniego sąsiada jesteśmy częścią właśnie Europy Środkowej, którą on chce zagospodarować według własnego uznania. Jednym słowem: nasze wyobrażenia „mapy Europa” są zupełnie sprzeczne z wyobrażeniami naszych sąsiadów, co skutkuje tym, że siłą rzeczy musimy wchodzić w ciągły konflikt z ich polityką. Co więcej, nasze wyobrażenie samych siebie nijak się mają do tego, jak te sprawy postrzega cała Europa, która także patrzy na Niemcy jak na Mitteleuropę, graniczącą z Europą Wschodnią, czyli Rosją.

Adam Wielomski: Twoje przemyślenia nie są bezzasadne. Dotykamy tutaj czegoś, co można byłoby nazwać mianem „geopolityki samoświadomościowej”. Polskie postrzeganie się jako Przedmurza, Antemurale miało swoje uzasadnienie w poprzednich stuleciach, gdy równiny pomiędzy Niemcami, Rosją a Turcją były niezwykle istotne z punktu widzenia strategicznego, gdyż stanowiły naturalne trasy przejścia dla armii ciągnących z zachodu na wschód (Niemcy, Francuzi Napoleona), z południowego wschodu na zachód (Turcja), czy też ze wschodu na zachód (Rosja, Związek Radziecki). W epoce, gdy celem państw był wzrost terytorialny i aneksje wszystkich ziem sąsiednich, było to samo postrzeganie się trafne. Ale świat ten odszedł wraz z końcem Zimnej Wojny. Dzisiejsze budowanie potęgi opiera się nie na sile fizycznej, lecz na potencjale ekonomicznym i zdolnościach handlowych. I nagle to, co przez stulecia było przekleństwem Polski – położenie pomiędzy wschodem a zachodem – stało się wyjątkowo korzystną pozycją między wschodem i zachodem. Jesteśmy idealnym terenem tranzytowym.
Widzą to Niemcy i dlatego Unia Europejska tak chętnie dofinansowała polski program budowy autostrad; widzą to Amerykanie i dlatego chcą pod Łodzią budować największy w tej części świata port lotniczy; widzą to i Chińczycy, dlatego chcieliby przez Polskę przepuścić końcówkę kolei Nowego Jedwabnego Szlaku; widzą to Rosjanie, którzy zamiast ultra-drogiego Nord Stream 2 chcieli swoje rurociągi położyć w Polsce. Niestety, nie widzi tych szans polska klasa polityczna, która zamiast wykorzystać nasze położenie dla prowadzenia polityki wielotorowej, myśli kategoriami z II Wojny Światowej lub okresu Zimnej Wojny, gdy przez nasz kraj przetaczały się obce wojska. Stąd polityka „klęcznika” przed Niemcami (PO) lub przed Stanami Zjednoczonymi (PiS). Nie tylko nie wykorzystujemy naszego kluczowego środkowego położenia, lecz chcemy płacić za ochronę przed skutkami naszego geopolitycznego położenia, które w warunkach XXI wieku nie jest przekleństwem, lecz dobrodziejstwem.

Myśl Polska, nr 9-10 (24.02-3.03.2019)