Niezapomniany Feliks Koneczny

koneczny.jpg
O Feliksie Konecznym (1862–1949) pisze się jako o „zapomnianym polskim teoretyku cywilizacji”. To jest określenie nietrafne. Na temat polskiego badacza cywilizacji ukazało się kilka poważnych monografii nie licząc rozdziałów w książkach, artykułów naukowych i doktoratów, a także publicystyki i zwykłych, czasem nieudolnych streszczeń, jak np. te sporządzane przez Macieja Giertycha (skądinąd zasłużonego dla ocalenia spuścizny uczonego) i w jego kręgu.

Najważniejszymi pracami o Konecznym są dotąd: najwybitniejszego badacza spuścizny Konecznego, Jana Skoczyńskiego: „Idee historiozoficzne Feliksa Konecznego” (Kraków 1991) i „Koneczny. Teoria cywilizacji” (Warszawa 2003). Poza tym Leszka Gawora „O wielości cywilizacji. Filozofia społeczna Feliksa Konecznego” (Lublin 2002) i Roberta Piotrowskiego „Problem filozoficzny ładu społecznego a porównawcza nauka o cywilizacjach” (Warszawa 2003). W niniejszym artykule odnoszę się do tej ostatniej książki, wydanej przez Wydawnictwo Akademickie Dialog, skądinąd zajmujące się głównie orientalistyką.

Książki Piotrowskiego i ostatnia praca Skoczyńskiego jakoś się zresztą dopełniają. Praca Piotrowskiego jest bardziej analityczna, Skoczyńskiego syntetyczna. Ten pierwszy po wstępnym przedstawieniu biografii krakowskiego myśliciela i różnych koncepcji kultury podejmuje zadanie skrupulatnego przedstawienia szeregu pojęć występujących u Konecznego analityczny, skrupulatny sposób właśnie. Piotrowski jest logikiem i historykiem filozofii angielskiej, co widać z jego pracy. W rozdz. 4 zestawia Konecznego z Hobbesem (!), kardynałem Newmanem, Spencerem i T.S. Eliotem. Do bohatera swojej książki odnosi się obiektywnie, choć miejscami krytycznie, wyraźnie stwierdzając, że nie jest jego wyznawcą.

Podstawowym problemem dla laików dowiadujących się o Konecznym jest, dlaczego — mimo wspomnianej pokaźnej literatury — nie jest on po pierwsze szerzej popularyzowany, po drugie, czemu nie jest popularyzowany za granicą, chociaż w zestawieniu z podobnymi myślicielami zachodnimi i rosyjskimi nie okazuje się gorszy. A można to chyba ostatecznie stwierdzić, skoro jakiś czas temu krakowski rusycysta Joachim Diec wydał monografię „Cywilizacje bez okien”, w której analizuje teorie m.in. Danilewskiego, Gumilowa, Leontjewa, Spenglera, Huntingtona, Toynbee’go, Konecznego, Majewskiego... Nie tylko Koneczny wygląda w tym panteonie badaczy cywilizacji całkiem nieźle, nieźle też dzięki Erazmowi Majewskiemu, wyglądają polskie badania nad wielością kultur. Na Majewskim się przecież nie kończy. Zajmujące, nieprzebadane wątki porównywania kultur mamy i u Tadeusza Zielińskiego i u Michała Pawlikowskiego („Dwa światy”, Londyn 1962).

okl piotrowski.jpg

Wiadomo, że własne odrabiać zaległości musimy sami, a na nazwisku Konecznego ciąży jakieś odium. Piotrowski pisze (s. 13–14): „Oszczędziliśmy (…), rozważań na temat politycznej (nie)poprawności referowanych lub rekonstruowanych koncepcji. (…) pewne skrajne sądy zawarte w pracach Konecznego nie są powodem, by odsądzać go od czci i wiary, czy przekreślać całość jego dzieła. Coraz powszechniej stosuje się u nas metodę rozprawy z bliźnimi na zasadzie domniemanej dostatecznej racji psychologicznej. Polega to na wyszukiwaniu psychologicznych, czy też psychoreligijnych (…) przesłanek ich twierdzeń bez wchodzenia w meritum sporu. I najlepiej, żeby owe przesłanki dały się sprowadzić do jakiegoś szczególnie niemodnego stereotypu. Uznaje się wtedy, i to bez uwzględniania ewentualnych racjonalnych uzasadnień komentowanego poglądu, sprawę za załatwioną, a inkryminowany pogląd za niesłuszny. W ten właśnie sposób niektórzy rozprawiają się z Konecznym (…).”

To bezpośrednia aluzja do znanych oskarżeń o tzw. „antysemityzm”, którym szczególnie chętnie szermują ludzie niezbyt rozgarnięci, za to świetnie wytresowani w poprawności politycznej. Jak wiadomo o Konecznym pisze się artykuły instruktażowe (np. w pisemku „Nigdy więcej”) i nadaje się audycje (w radiu Tok FM), tak, żeby czytelnikom i słuchaczom odebrać ochotę na samodzielne zapoznanie się z jego dziełami. Badaczy twórczości Konecznego wzywa się do tablicy, żądając tłumaczenia się za niego z jego „antysemityzmu”. Nie wiadomo jakim prawem, choć dobrze wiadomo po co. To jednak nie wszystko. Wielu przedwojennych autorów i to również żydowskich, pisało właśnie o kwestii żydowskiej znacznie ostrzej niż Koneczny.

Dlaczego zatem to on znalazł się na marginesie?

Ogólne ciśnienie lewactwa i liberalizmu naturalnie robi swoje. W powodzi modnych bzdur giną nie tylko prace o Konecznym, ale i wszelkie opracowania wychylające się poza normę poprawności. Pewną rolę odgrywa niechęć środowiska historycznego do wielkiej teorii stworzonej przez Konecznego. Ma to jakieś uzasadnienie w ostrożności naukowców zajmujących się wąskimi dziedzinami, a przecież sam Koneczny reprezentował jedną z takich wąskich specjalności historycznych. Dochodzą skutki kłamstw latami szerzonych o krakowskim uczonym. Piotrowski cytuje (s. 13) przykład takiego haniebnego zafałszowania dokonanego przez Konstantego Grzybowskiego.

Wiele z krążących opinii o Konecznym zasługuje na potoczne i zwięzłe miano „ściemy”. Mimo, że np. książka Skoczyńskiego została wydana została wydana w prestiżowej serii Instytutu Filozofii i Socjologii PAN pt. „Filozofia Polska XX wieku”, to jeden z dygnitarzy polskiej humanistyki stwierdził parę lat temu, że historiozofia Konecznego nie funkcjonuje w głównym nurcie akademickim. Dodał, iż jest to historiozofia „silnie uwarunkowana religijnie”, a sam Koneczny jest obiektem „admiracji pewnych kręgów”. Przy pomocy takich frazesów utrwala się stworzony jeszcze na zamówienie komunistów stereotyp obłąkanego galicyjskiego profesora, głoszącego religiancko-mesjanistyczną ideologię. Nie sądzę, by autor cytowanych słów nie życzyłby sobie, żeby za jakieś 50 lat, kiedy nie będzie się już mógł bronić, i rozwieje się powaga jego nazwiska i prominentnej funkcji, ktoś podsumował jego działalność i niekwestionowany przecież dorobek, jako wciskanie polskiej historii w gorset ideologii tolerancji.

Koneczny jest, jak niektórzy twierdzą, na język współczesnej humanistyki nieprzekładalny. Do dzisiejszych czasów nie pasuje, więc nie ma znaczenia czy jest zabytkiem, czy prekursorem. Coś tu się nie zgadza. Po pierwsze, autorzy współczesnych prac o Konecznym piszą we współczesnym, a nie przedwojennym języku naukowym i jakoś nie mają trudności ze wyłożeniem jego pojęć. Piotrowski ułożył czytelny spis pojęć Konecznego (s. 233–234), a w całej książce udowadnia, że tworzą one spójny i konsekwentny system, poddający się logicznej analizie. Po drugie, jeżeli Koneczny faktycznie byłby nieprzekładalny, to byłby po prostu niezrozumiały, zatem miałby szansę wejść w modę, tak jak wielu pseudointelektualnych szarlatanów.

Musi być w jego tekstach coś, co współcześni bardzo dobrze rozumieją, i co się im bardzo nie podoba. Znawcy słowników wyrazów obcych powiadają, iż współczesna humanistyka jest „nieesencjalna”, zaś Koneczny przeciwnie, jest „esencjalistą”. Na polski tłumaczy się to tak, że powszechnie obowiązuje teza, że nie ma istot rzeczy ani zjawisk. Wszystko jest płynne, raz takie, raz owakie, nie ma sensu pytać o to „czym” coś jest, trzeba pytać „jak jest”, a jeszcze lepiej „w czyim interesie jest”, znaczy w interesie jakiej klasy, jakiej struktury dominacji, opresji itd. Koneczny, pytając o istotę cywilizacji, kultury, narodu i udzielając zdecydowanej odpowiedzi na te pytania poszedł pod prąd. Ten „esencjalizm” krakowskiego myśliciela został w monografii Piotrowskiego bardzo silnie zaakcentowany.

Kolejna przyczyną marginalizacji Konecznego jest nienajwyższa jakość syntetycznych opracowań historii myśli społecznej dostępnych na polskim rynku. Niekiedy zauważa się znaczne obniżenie standardów w porównaniu z czasami komunistycznymi. W opracowanym przez zespół historyków filozofii pod kierownictwem Andrzeja Walickiego „Zarysie dziejów filozofii polskiej 1815–1918” i wydanym w roku 1983 zamieszczono zwięzłą, ale uczciwą notatkę o Konecznym. Co do czasów dzisiejszych, Piotrowski (s. 17) cytuje trzecie wydanie „Historii myśli socjologicznej„ J. Szackiego, który podaje fałszywą informację, że koncepcje Konecznego są „dokładnym odpowiednikiem” teorii Toynbee’go. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Toynbee, gdzie Koneczny? Piotrowski zaznacza zresztą w tej sprawie, że znany i wielokrotnie z dumą cytowany wstęp Toynbee’go do angielskiego wydania „O wielości cywilizacyj” (On the Plurality of Civilisations, Londyn 1962) miał tylko kurtuazyjny charakter, a „co do zagranicznego oddźwięku idei Konecznego krążą po Polsce dziwaczne wieści z pogranicza mitomanii”.

Na niekorzyść recepcji nie tylko Konecznego, ale i całej myśli polskiej działa też kompleks niższości wobec zagranicy, niekiedy posunięty do płaszczenia się wobec obcych i deprecjonowania tego, co własne.

clash.jpg

Ilu recenzentów, omawiaczy i streszczaczy "Zderzenia cywilizacji" Huntingtona zająknęło się choćby o polskim historyku? Nie chodzi przecież o to, żeby polskim sosem podlewać każde danie. Jednak książkę Huntingtona przedstawiano jako coś odkrywczego, wielką nowość, a przecież wcale oryginalna nie była. Piotrowski poświęca amerykańskiemu politologowi aneks, udowadniając, że zawartość intelektualna "Zderzenia", jest najdelikatniej mówiąc, nikła. Istnieje zresztą podejrzenie (autor zaznacza, że nie dające się udowodnić), że Huntington Konecznego czytał i obszedł się z jego teorią po amerykańsku, czyli zaczerpnął, co mu było potrzebne, upraszczając przy okazji, oczywiście nie powołując się na źródło.

Kto wie czy źle, czy dobrze się stało, że przy okazji wydania Huntingtona nie wspominano o polskim badaczu cywilizacji. Piotrowski pisze o „Konecznym, który nie potrzebuje zestawień z modnymi „nurtami intelektualnymi” i nazwiskami.” (s. 13). Może więc bez sztucznego podwieszania rodzimego dorobku intelektualnego pod przejściowe mody gromadzi się powoli „masa krytyczna” rzetelnych opracowań, która zmieni nasze spojrzenie na własną tradycję intelektualną, szczególnie w żywej i ważnej współcześnie dziedzinie badania wielości kultur.

Karol Brandt
Z okazji mijającej 10 lutego 2019 roku 70. rocznicy śmierci Feliksa Konecznego, przypominamy tekst opublikowany w Myśli Polskiej w nr 31 w roku 2009.