Czy grozi nam ukrainizacja polskiego prawosławia?

sawa 1.jpg
Jak informuje Onet.pl: „Polska cerkiew nie godzi się na niezależność cerkwi ukraińskiej - potwierdził raz jeszcze metropolita warszawski Sawa. Jego list do patriarchy Bartłomieja opublikowała na swojej oficjalnej stronie Ukraińska Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego. A za nią - rosyjskie media”. Taka postawa polskiego prawosławia budzi irytację mediów w Polsce i polityków, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że gra toczy się o wysoką stawkę. Pisze o tym Konrad Rękas:

Od dawna zinfiltrowany i w dużej mierze tożsamy z banderyzmem Kościół uniacki aspiruje na współczesnej Ukrainie do roli wyznania narodowego, władze kijowskie mają jednak świadomość ograniczenia grekokatolicyzmu do dawnej Galicji. Podobnie nie udała się ekspansja sprowadzonego z emigracji niekanonicznego „Ukraińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego”. I choć ekipę Poroszenki trudno uznać za chrześcijańskich wyznawców – postawiła ona na równoległe, a bardziej nawet użyteczne narzędzie, w postaci „Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego”. Grupy, która powstała jeszcze w latach 90-tych na tle finansowo-ambicjonalnym wyczuła swoje 5 minut, tuż po Euromajdanie podejmując agresywne próby przejmowania świątyń i klasztorów, korzystając z wyraźnego wsparcia junty i bojówek neo-banderowskich. I to właśnie z tego kręgu wychodzi dziś atak na polskie prawosławie.

Rzecznik UKP PK, „abp” Eustraty zarzucił Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu grzech najcięższy: „uleganie wpływom rosyjskim”, co samo w sobie powinno skłonić rząd III RP do rozbierania cerkwi odbudowanych po zniszczeniach spowodowanych przez II RP i PRL. Wspierani przez kijowską sektę banderowcy domagają się wprost ukrainizacji Cerkwi w Polsce, dopasowania języka liturgicznego do wymogów UKP PK, a przede wszystkim przyjęcia popów przysłanych wprost z Ukrainy i zatwierdzonych przez zbuntowaną pseudo-metropolię. Trudno o lepszy dowód, że obecnie polskie prawosławie wykonuje dobrą robotę, skoro tak bardzo drażni szowinistów zza Buga.

Władze III RP bardzo łatwo jest podkręcić za pomocą zarzutu „pro-rosyjskości”, w dodatku mocno są zapamiętane w sprowadzaniu do Polski masy Ukraińców i przy tym nieuczeniu ich niczego. Z kolei prawosławni w Polsce nauczeni są, że lepiej się za głośno nie skarżyć, nie zwracać na siebie uwagi i radzić sobie samemu, byle tylko gorzej nie było. Nawet środowiska niechętne polityce rządu PiS nie bardzo rozumieją problematykę religijną, w tym specyfikę wyznaniowości wschodniej w szczególności. W tej sytuacji polskie prawosławie po raz kolejny jest osamotnione, nie tylko znajdując się pod presją cieszących się wsparciem ekipy Poroszenki sekciarzy, ale także stając przed wyzwaniem samodzielnej pracy duszpasterskiej i wychowawczej wśród przybyszów.

Jeśli faktycznie chcemy postawić tamę dżumie banderyzmu zakażającej ukraińską świadomość – musimy z tą epidemią walczyć także w metasferze, w której wielka rola przypada religii. Polskie prawosławie jak wiele razy w przeszłości jest na pierwszej linii frontu i jak niemal zawsze – walczy i pracuje samotnie. Warto więc, by chociaż ten trud naszej Cerkwi dostrzec i uszanować.

Konrad Rękas
Fragment artykułu z 2017 roku
Na zdjęciu: abp Sawa podczas wizyty w Rosji (spotkanie z ówczesnym prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem – Wikipedia Commons).

Dzial: