Nie potrzebujemy już fałszywych legend

modzelewski_0.jpg
„Stoczyliśmy się w jakąś niepojętą otchłań nonsensu, a jednocześnie pilnujemy, żeby nikt nie zdołał się z niej wydostać (nawet po cichu). Musimy strzec swojej głupoty, która dla potomnych będzie przykładem naszej umysłowej degradacji” – napisał w posłowi do swojej najnowszej książki prof. Witold Modzelewski. To już piaty tom jego publicystki poświęconej historii najnowszej i naszej polityce wschodniej.

Podziwiać wypada konsekwencję intelektualna tej publicystki. Pomimo – jak sam pisze – beznadziei politycznej, w jakiej przyszło nam żyć. Czy wobec tego pisanie ciągle o tym samym ma sens? Mimo braku – jakby się wydawało - jakiegokolwiek wpływu na polską „klasę” polityczną? Tak, takie pisanie ma sens – albowiem widać coraz wyraźniej, że opinia publiczna w Polsce staje się coraz bardziej krytyczna wobec ewidentnych szaleństw tzw. polityki wschodniej. Narasta rozdźwięk miedzy oficjalną retoryką i praktyką polityczna a odczuciami sporej już części narodu. To napawa optymizmem na przyszłość – nie da się bowiem na dłuższą metę realizować jakiejkolwiek polityki wbrew narodowi. Oto wybrane fragmenty książki Autora:

Fałsz jako istota oficjalnej wersji historii

Czy jest ktoś, kto może konkurować z Grigorijem Rasputinem, który stał się najbardziej rozpoznawalnym symbolem dekadencji „tamtej” Rosji, a jednocześnie najstabilniejszą ikoną popkultury? Na pewno nikt – ani wśród Rosjan, ani wśród przedstawicieli innych nacji europejskich. Napisano na jego temat niezliczoną ilość tekstów, nakręcono setki filmów, zwłaszcza powtarzano po wielokroć scenę jego śmierci. „Wszyscy wiedzą” przecież, że jego katem był książę Feliks Jusupow wraz z Władimirem Puryszkiewiczem (posłem do Dumy) i wielkim księciem Dymitrem Pawłowiczem Romanowem. W ekipie morderców był jeszcze jeden oficer (homoseksualista, kochanek Jusupowa) i Polak – Stanisław Łazowert, z zawodu lekarz.

Dziś wiemy, że ów drobiazgowo opisywany i filmowany mord miał zupełnie inny przebieg, a jego zleceniodawcami i wykonawcami byli znani z imienia i nazwiska oficerowie brytyjskich służb specjalnych; pisałem o tym w tomie III niniejszej serii – nie będę przypominał szczegółów. Ważne jest coś zupełnie innego: można przez prawie sto lat świadomie spreparować wizję przeszłości, którą powtarzać będą wydawałoby się poważni ludzie nauki i sztuki. Wstrętny mord wykonany przez płatnych morderców, będących formalnie oficerami wywiadu, na zapijaczonym syberyjskim chłopie (nie był mnichem) musiał mieć uwzniośloną wersję: członkowie rodziny panującej lub ich powinowaci (Jusupow był mężem Iriny, siostrzenicy Mikołaja II) z własnej inicjatywy chcą „ratować Rosję przed Rasputinem”. Tragiczne i zarazem piękne. Dużo to lepsza wersja zdarzeń niż mord w wykonaniu służb specjalnych państwa, które było (jakoby) sojusznikiem Rosji.

To prawda; historia poprawiona jest ciekawsza od wersji oryginalnej. Trzeba jednak pójść dalej i zadać pytanie: czy również nasza polska historia sprzed stu lat jest znana w wersji poprawionej czy rzeczywistej? Czy wiele opisanych z drobiazgową szczegółowością (dlaczego tak dokładnie?) wydarzeń w rzeczywistości się rozegrało? Czy można wierzyć zawodowym historykom, którzy dogłębnie zbadali tamte czasy, skoro inni bezmyślnie powtarzali zmistyfikowane opowiastki? Czy w związku z tym już czas, aby odtworzyć przeszłość, a nie powtarzać bajeczki, zwane przez ich twórców legendami?

Nie muszę odpowiadać na to pytanie, bo odpowiedź jest oczywista. W 1919 roku (nie w 1918) czterech ludzi reprezentujących zwycięskie państwa w tamtej wojnie chciało zorganizować na nowo Europę Wschodnią, osłabiając pokonane Niemcy oraz likwidując monarchię habsburską, a także wypełniając pustkę po Rosji pokonanej przez proniemiecki bolszewizm. Niezależnie od tego, co działo się wówczas w Warszawie, utworzono by Państwo Polskie podobnie jak Czechosłowację, Jugosławię, Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Państwo to miałoby powierzchnię zbliżoną do obecnej wersji, byłoby jednak przesunięte bardziej na wschód. Dużą rolę w kształtowaniu polskiej świadomości ówczesnych przywódców świata odegrał Roman Dmowski, ale i bez niego wymyślono by jakąś wersję Polski w jej „etnicznej” wersji, bo znawcy rzeczy słusznie odróżniali wtedy Polskę, czyli Koronę, od Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli terenów zamieszkanych w większości przez ludy niemówiące po polsku. Powołanie przez zwycięzców tego państwa miałoby jednak różne wersje w zależności od tego, czy uznano by Polskę za sojusznika, czy też za przeciwnika państw centralnych.

Faktycznie od 1914 roku garstka Polaków walczyła po ich stronie (Legion Zachodni, później Polnische Wehrmacht), co mogłoby być pretekstem dla represyjnego potraktowania sprawy polskiej – podobnie jak Węgrów w Traktacie z Trianon. Dlaczego uwierzono, że byliśmy po dobrej stronie? Zadziałał lobbing w wykonaniu przede wszystkim Ignacego Paderewskiego (miał rozległe znajomości) oraz polityków Komitetu Narodowego Polski, który za pożyczone w Wielkiej Brytanii pieniądze przekonywał, że Polska zawsze była (?) po stronie Ententy, czyli również Rosji, a przeciw obu niemieckim cesarzom. Lider tego komitetu miał w kieszeni paszport dyplomatyczny z dwugłowym orłem rosyjskiej monarchii, zresztą nie tylko on. Jego obecność w Paryżu równoważyła negatywny obraz kolaboracji Polaków z Niemcami w latach 1916-1918, a przedtem – w latach 1914-1915 – z Austrią.

Jaka z tego konkluzja? Drobiazgowo opisywana historia listopadowych dni 1918 roku (i nie tylko) być może pomija lub przeinacza istotne fakty po to, abyśmy uwierzyli w lepszą, poprawioną wersję naszej przeszłości. I dalej wierzymy, bo boimy się naszej nędzy i poniżenia.

Putin znów wygrał wybory w Rosji (i nie tylko)

Jednym z najczęstszych zarzutów stawianych „Putinowskiej Rosji” jest wywóz kapitału z tego kraju. W zależności od natężenia osobistej rusofobii autorzy tych informacji twierdzą, że Rosjanie (jakoby) „wywieźli od 500 mld do nawet biliona dolarów”. Nawet jeśli jest to prawda, to jak na osiemnaście lat i skalę kraju nie jest to aż tak dużo. Rocznie przypada na to więc 27-55 mld dolarów, a w tym czasie oficjalne transfery z Polski rokrocznie wynoszą około 30 mld dolarów, czyli relatywnie – w stosunku do wielkości państwa – dużo więcej. Dlaczego u nas jest to dobre, a tam złe? Odpowiedź jest bardzo prosta: tam „wywieźli to Rosjanie”, a u nas ludzie i firmy prawdziwego Zachodu, a zwłaszcza reprezentujący naszych „strategicznych partnerów”.

Oficjalna poprawność nakazuje wyraźnie rozróżnić „korzystny wywóz kapitału”, który cechuje liberalną gospodarkę, od „niekorzystnego”, charakteryzującego „niedemokratyczne reżimy”, tzw. rządy autorytarne. Wiadomo, jaki jest ustrój w Rosji: tam wszystko jest „antyzachodnie”, „postkomunistyczne”, a największym, niewybaczalnym grzechem prezydenta Putina jest „bezczelne kwestionowanie amerykańskiego przywództwa w świecie”, co się w liberalnej głowie zmieścić nie może. Jednak powinno, bo po ostatnich wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych wyznawcy amerykańskiego przywództwa czują się dość zagubieni. Wiem, trudno przełknąć tego rodzaju upokarzającą informację. Rosja nie tylko wtrąca się w amerykańskie wybory, ale chyba przesądziła o ich wyniku. Wykradzione, a następnie opublikowane e-maile sztabu wyborczego Hillary Clinton skompromitowały ją w oczach wyborców, co dało szansę kontrkandydatowi spoza establishmentu, do dziś szokującego swoimi wypowiedziami.

okl modzelewski_0.jpg

Cel tych działań był dość prosty: usunąć ze sceny politycznej doświadczonego i w sumie mocniejszego kandydata, utorować drogę do władzy nieobliczalnemu, lecz równie słabemu kandydatowi, który da się łatwo ograć, a przede wszystkim pokazać siłę swoich wpływów. Dotychczas było odwrotnie: to wywiad amerykański organizował demokratyczny wybór swoich nominałów w imię „wolności i demokracji”. Kto mieczem wojuje... – przysłowie znamy.

Jakie płyną dla nas wnioski z tej lekcji? Czas je sformułować, bo chowanie głowy w piasek nic nie da. Może Polakom wierzącym w „antykomunizm" amerykańskich rządów nie wolno tak myśleć, ale muszą spróbować, choć będzie bolało. Od wieków, a przynajmniej od trzystu lat, nawet wielkimi mocarstwami rządzili ludzie, których do władzy wyniosły intrygi obcych mocarstw. Właśnie wielkie mocarstwa były, są i będą znacznie bardziej narażone na tego rodzaju działania w porównaniu do państw z politycznego zadupia, bo ich rządy nie mają znaczenia.

Jakie są cele tych intryg?

W zasadzie dwa: osłabienie potencjalnego przeciwnika, który będzie się bał szantażu w postaci ujawnienia źródeł jego sukcesu (o wdzięczności dłużników nie ma tu mowy); niejawne podporządkowanie rządów innego państwa obcym (czyli naszym) interesom; nasz nominat posadzony na obcym tronie będzie po cichu działać na szkodę swojego dominium. Co prawda może on się zbiesić i „zdradzić" protektorów, chroniąc interesy własnych obywateli czy poddanych. Tak postąpiła w sumie Katarzyna Wielka, największa władczyni Rosji nie tylko XVIII wieku , którą na tron wyniosła niezbyt finezyjna intryga Fryderyka (również Wielkiego). Czy swoją karierę w Rosji zawdzięczała działającym na jej szkodę Prusakom? Oczywiście. Czy jej polityka była prowadzona w interesie protektora? Częściowo tak, i to do ostatniego dnia jej długich rządów. Potrafiła również chronić interesy Rosji? Oczywiście, i było to źródłem również naszych polskich nieszczęść.

W polskiej historii też mieliśmy obcych nominatów, którzy sprzeniewierzyli się swoim protektorom. Tak było nie tylko w XVIII wieku, lecz również w ostatnim stuleciu. Podręcznikowym przykładem jest tu Józef Piłsudski, który otrzymawszy władzę z rąk zaborcy, cały czas – w opinii jego wyznawców – po cichu dążył do „odzyskania Niepodległości” i w końcu ją wywalczył, a tym samym sprzeniewierzył się woli swoich mocodawców. Problem w tym, że jego rządy nigdy nie miały rzeczywistej legitymacji, bo Tymczasowym Naczelnikiem Państwa mianował się sam, a od 1926 roku rządził w wyniku zamachu stanu. Jego polityczna baza – socjaliści z PPS-u – nigdy nie wygrali żadnych wyborów; nie mieli na to szansy – ani wtedy, ani później.

Wracając do głównego wątku: nasz wielki „strategiczny sojusznik” może być rządzony przez ludzi, którzy nie podzielają polskich antyrosyjskich fobii. Wręcz odwrotnie: mogą chcieć wrócić do „starych, dobrych czasów” rosyjsko-amerykańskiej przyjaźni, którą datuje się od powstania Stanów Zjednoczonych, poprzez wojnę secesyjną, aż po I wojnę światową. Dopiero na początku XX wieku pojawiło się w Ameryce po raz pierwszy silne antyrosyjskie lobby żydowskie wspierające antyrosyjski bolszewizm. Gdy prezydent Władimir Putin przekona amerykańskiego prezydenta, który doszedł do władzy w wyniku rosyjskich intryg, że współczesna Rosja to nie bolszewicki Związek Radziecki i warto, aby tzw. biała północ świata zjednoczyła się przeciwko „kolorowemu południu” na obu półkulach, to przyszłość może się trochę różnić od naszych naiwnych prognoz. Czy oba te państwa mają inne wyjście? Oczywiście mogą również przegrać w tej rozgrywce.

Mitologia rosyjskiego zagrożenia

Do aksjomatów antyrosyjskiej propagandy w Polsce należy „nieuchronność polsko-rosyjskiego konfliktu”, wynikającą ponoć z położenia geograficznego. W myśl tej doktryny leżymy w równoleżnikowym pasie nizin łączących Moskwę i Warszawę, co stanowi „korytarz strategiczny”, którym niechybnie ruszą na zachód postbolszewickie hordy. Gdyby po drodze były jakieś dwie góry, to konfrontacja polsko-rosyjska byłaby zażegnana. Pogląd ten powtórzony został w prawicowej publicystyce przez Andrzeja Talagę, a celnie wyśmiany w polemice Tomasza Kwaśnickiego.

Problem propagowanej w Polsce wrogości do Rosji jest jednak poważny i wymaga chwili zastanowienia. Obiektywnie jest to fenomenem nie tylko we współczesnej Europie, ale również w naszej historii. Nikt z takim uporem, nie szczędząc przysłowiowych sił i środków, nie wmawiał Polakom, że współczesna Rosja jest z istoty partnerem agresywnym, który tylko czyha, aby najechać na Polskę, czego dowodem jest „rosyjska agresja na Ukrainę” oraz wcześniej na Gruzję. Mimo że użycie w tym przypadku słowa „agresja” jest sporym nadużyciem, a wspomniane państwa nie są ani formalnie, ani faktycznie w stanie wojny z Rosją, pogląd tej w jakiś bliżej nieznany sposób uzasadnia tezę, że tylko patrzeć, aż z podobną „agresją” spotka się Polska.

Zastanówmy się przez chwilę, jak miałby wyglądać ów „atak”. Prawosławna ludność okolic Białegostoku podniesie rebelię, ogłosi chęć przystąpienia do Białorusi, a armia rosyjska przyjdzie im z pomocą, a po drodze zajmie samą Białoruś, przez co połączy ją już na zawsze z Matką Rosją. Potwierdzi to teorię korytarza geostrategicznego, którym nieuchronnie musi nadejść rosyjska agresja. W drugim wariancie owej agresji potomkowie Łemków przesiedlonych na Warmię i Mazury założą zielone mundury kupione na bazarach i ogłoszą separatystyczną Republikę Noworosyjską, a z pomocą przyjdzie im Rosja z obwodu kaliningradzkiego. Ten pomysł miałby nawet pewną analogię historyczną, bo przez siedem lat Prusy Wschodnie były... Noworosją.

W czasie wojny siedmioletniej z XVIII wieku po zwycięskiej bitwie pod Grofi-Jagersdorf (obecnie Jagarzewo) Prusy Wschodnie zostały zajęte przez wojska rosyjskie, a pruskie stany uznały Elżbietę Piotrowną za swoją władczynię, a wypowiedziały posłuszeństwo... Fryderykowi Wielkiemu, który do końca życia nie wybaczył tego Prusakom i nigdy już nie odwiedził byłej Noworosji.

Nie będę dłużej wymyślał scenariuszy „rosyjskiej agresji na Polskę”, bo szkoda czasu na bzdury. Rosja ani oficjalnie, ani nieoficjalnie nie zgłosi jakichkolwiek roszczeń terytorialnych w stosunku do Polski. Nie ma tu istotnych interesów ekonomicznych, a jeżeli już, to jest zainteresowana wypłacalnością naszego kraju, który musi mieć środki, aby płacić za rosyjską ropę i gaz przynajmniej do czasu, gdy przestaniemy być partnerem tranzytowym.

Wiemy, że współcześnie podporządkowują się inne państwa w sposób na wskroś pokojowy. Scenariusz jest znany, przypomnę go więc możliwie najprościej: daje się pieniądze kilku miejscowym politykom, aby utworzyli nową partię polityczną; partia ta zyskuje „międzynarodowe poparcie”, czyli rządów państw sponsorów; „wolne media” z uznaniem odnoszą się do tej inicjatywy i przekonują obywateli do nowej formacji politycznej; - dzięki zabiegom w tzw. mediach społecznościowych w czasie wyborów nowa formacja polityczna wchodzi do parlamentu i zdobywa władzę; jako eksperci nowej władzy pojawiają się „międzynarodowe” firmy doradcze, które napiszą projekty przepisów zgodnie z interesem sponsora.

Skąd znamy ten scenariusz? W Polsce był realizowany nawet kilka razy, przy czym sponsorami były państwa zachodnie, co nas zbliżało do „standardów europejskich". Cóż jednak stoi na przeszkodzie, aby ten scenariusz powtórzyła Rosja, skoro nawet amerykańskie służby specjalne twierdzą, że państwo to skutecznie wpłynęło na wynik wyborów prezydenckich w USA? To przecież dużo trudniejsze niż w naszym polskim przypadku; jesteśmy państwem w zasadzie bezbronnym wobec tego rodzaju działań. To u nas powtarzana jest od prawie trzydziestu lat zagadka o braku różnicy między ministrem a muchą, bo można ich zabić gazetą, jeżeli gazeta ta ma wpływowych zagranicznych właścicieli, będących poza zasięgiem naszego wymiaru sprawiedliwości, a długotrwałe procedury sądowe gwarantują faktyczną bezkarność autorom tzw. lobbingu medialnego; państwo jest słabe, zastraszone lub zdominowane przez interesariuszy.

Posłowie

Boimy się zrozumieć Rosję. Boimy się o niej mówić jako odstępcy od narzuconej nam, Polakom, poprawności. To, co dziś, czyli w roku stulecia naszej niepodległości, wygaduje się na temat Rosji, Putina, Związku Radzieckiego i naszych stosunków z tym państwem, przekracza wszelkie granice absurdu i głupoty. Stoczyliśmy się w jakąś niepojętą otchłań nonsensu, a jednocześnie pilnujemy, żeby nikt nie zdołał się z niej wydostać (nawet po cichu). Musimy strzec swojej głupoty, która dla potomnych będzie przykładem naszej umysłowej degradacji.

Rządzący prześcigają się w antyrosyjskiej retoryce, bo są zakładnikami opozycji, która szuka dowodów, że Polska obecnie dryfuje na wschód w kierunku „Azji”, którą dla każdego rasowego liberała jest Rosja, i to niezależnie od tego, czy rządzą tam przywiezieni z Niemiec bolszewicy, czy holsztyńska, mówiąca po niemiecku dynastia, która bezprawnie przez ponad sto lat nazywała siebie Romanowami. Ów klincz nie tylko niszczy wszelkie możliwości ułożenia stosunków gospodarczych z Rosją, lecz eliminuje nas z jakiejkolwiek polityki międzynarodowej, której stroną jest to państwo; w końcu nikt nie chce mieć w swoim gronie nieobliczalnych wariatów.

Zawsze jest, nawet dziś, tzw. milcząca większość, która radzi: poczekajmy, może kiedyś ochłoną.

Chcemy przeczekać własną głupotę.

Bo próby nawoływania nie tyle do zwykłego rozsądku (po co robić sobie krzywdę i stracić możliwość zarobku), ile do zaprzestania ośmieszania się, są groźne, gdyż wtedy zajadle zwalczające się obozy rusofobów jednoczą się i wspólnie atakują „agenta wpływu”. Koszmar i beznadzieja.

Nie zawsze tak było. Przed stu laty, gdy topniała niemiecka okupacja Kongresówki, byliśmy zdolni do publicznej, a przede wszystkim politycznej debaty na temat stosunków z Rosją, bolszewikami, mieliśmy zdolność do krytycznej analizy równie skomplikowanej co dziś rzeczywistości międzynarodowej i wewnętrznej. Czy ówczesne elity, zaczynając od polityków i dziennikarzy, kończąc na pisarzach, artystach i twórcach kultury (przypomnę tylko Paderewskiego), były w nieco lepszej kondycji intelektualnej (tak to oględnie nazwę) niż dzisiejsze? Czy byli posłowie do parlamentów naszych zaborców (np. Roman Dmowski, Wojciech Korfanty, Wincenty Witos, Ignacy Daszyński) mieli lepsze kwalifikacje polityczne niż weterani parlamentarni ponad ćwierćwiecza III RP? Obawiam się, że – nie chcąc nikogo urazić – w odpowiedzi będziemy zgodni.

Nagrodą pocieszenia jest tylko stwierdzenie, że nasi politycy z reguły są dobrymi opozycjonistami; mają kłopoty wtedy, gdy muszą przejść do ław rządzących. W państwach zaborczych byli skazani na bycie mniejszością opozycyjną, długo więc doskonalili się w tej roli. W jednej z zaborczych satrapii – Cesarstwie Austriackim – politykom polskim udało się wyrwać z opozycyjnego getta i objąć najwyższe stanowiska ministerialne, co zapewne (tu jestem trochę złośliwy) przyspieszyło upadek stetryczałej monarchii. Ale przecież ton polskiej polityce przed stu laty w znacznym stopniu nadawali eksterroryści, którym nie było tak bardzo daleko do ruchów, które dziś nazywamy komunistycznymi (wtedy nazywali siebie socjalistami i socjaldemokratami).

A wszystkie ruchy socjalistyczne na terenie Cesarstwa Rosyjskiego pełnymi garściami korzystały ze wsparcia wywiadów niemieckiego i austriackiego, zajmowały się skrytobójstwem i grabieżą („ekspropriacją" - tak oni sami nazywali bandyckie napady na banki i kasy rządowe). Z tymi kwalifikacjami raczej nikt nie powinien się brać do rządzenia jakimkolwiek krajem. Ale się pchali lub kazano im się pchać.

Przykład bolszewików był bardzo inspirujący. Skoro dzięki dużym pieniądzom niewielka grupka fanatyków i agentów (często w tych samych osobach) mogła zdobyć władzę w tak dużym państwie jak Rosja, dlaczego nie może to się udać w znacznie mniejszym? Wiemy, że akurat byli terroryści faktycznie ukształtowali polską politykę wschodnią lat 1918-1921, co doprowadziło w efekcie do naszej katastrofy, czyli 17 września 1939 roku, likwidacji „pokracznego bękarta Traktatu wersalskiego”, wyzwolenia przez Armię Czerwoną w 1944 i 1945 roku, kilkudziesięciu lat Polski Ludowej, Balcerowicza i czasów nam współczesnych.

Jest wiele analogii w stosunkach polsko-rosyjskich między obecnymi laty (tak się kiedyś mawiało) a okresem 1918-1921. Do tego problemu nie raz nawiązywałem na kartach niniejszej książki. Tak jak wtedy rodziła się nowa koncepcja polskiej państwowości, tak również współcześnie, gdy żegnamy się z III RP, poszukujemy czegoś nowego. I po raz kolejny wraca pytanie, czy kształtowany na nowo twór państwowy będzie zarażony bakcylem rusofobii, który – podobnie jak w przeszłości – będzie początkiem śmiertelnej choroby. Mam nadzieję, że nie.

prof. Witold Modzelewski
„Polska-Rosja. Myśli o Rosji i bolszewizmie w 100-lecie Niepodległości”, Warszawa 2018 (fragmenty).
Myśl Polska, nr 51-52 (16-23.12.2018)

Dzial: