Osamotnieni w swoich obsesjach

rachon.jpg
Polscy dziennikarze i politycy (gdyby oczywiście myśleli i byli uczciwi) powinni w ostatnich dniach należeć do najbardziej zdziwionych ludzi na świecie. Cztery lata wysiłków, malowania rzeczywistości na Ukrainie tylko w czarno-białych barwach (ze szlachetnym Poroszenką i diabolicznym Putinem), cztery lata straszenia Rosjanami już, już grzejącymi silniki czołgów – a tu takie rozczarowanie!

A nawet dwa rozczarowania. Po pierwsze – propaganda coraz słabiej działa na samych Polaków. Obok publikacji o co najmniej niejednoznacznych reakcjach Ukraińców - pojawiają się bowiem i głosy oburzonego niedowierzania polskim komentarzom do incydentu w Cieśninie Kerczeńskiej. Oto bowiem masowo Polacy piszą "brawo Rosjanie! Putin śmielej! Razem załatwmy banderowców!". Zupełnie nie tego oczekiwały polskie publikatory – tymczasem sympatia zwykłych Polaków jest już wyraźnie po stronie rosyjskiej. I nie da się tego już wytłumaczyć jakimś mitycznym wpływem "rosyjskich troli", którzy z tajnych kwater pod Pitrem opanowali polski internet.

Przeciwnie – nawet najwięksi banderofile muszą przyznać, że Polacy nie tylko nie chcą umierać za Kijów, nie tylko kategorycznie sprzeciwiają się dalszemu finansowaniu reżimu Poroszenki – ale gdyby tylko pojawiła się okazja chętnie odnowiliby braterstwo broni z Rosjanami i wspólnie pogonili nazistów, zwłaszcza z polskiego Lwowa.

Ukraińcy mają dość

Drugie spostrzeżenie nie powinno zaś być tak zaskakujące, przynajmniej nie dla znających sytuację na Ukrainie. Dominującym odczuciem 5 lat po Euromajdanie jest tam ogromne, wszechogarniające rozczarowanie i zniechęcenie. Byłem zimą 2013/2014 w Kijowie i poza zagraniczną inspiracją i pieniędzmi Poroszenki – widziałem w tamtych protestujących też pewną szczerą nadzieję, że faktycznie "banda pójdzie het!". Na miejsce jednej przyszła jednak banda kolejna, jeszcze bardziej złodziejska, a przy tym niszcząca kraj, rozdająca go obcym i cały czas strasząca wojną. Zwykły Ukrainiec nie marzy więc już dziś, żeby Zachód przyszedł na Ukrainę – tylko żeby samemu na Zachód uciec i tam zostać. Choćby w Polsce.

Tym samym Ukraińcy okazują się mieć świadomość, że ich prawdziwym wrogami nie są wcale Putin i Rosjanie, tylko oligarchowie i rząd w Kijowie, razem ze swoją banderowską obstawą
. Mam nadzieję, że podobne samouświadomienie stanie się też udziałem coraz większej liczby Polaków i że moi rodacy dostrzegą oczywistość: wrogowie Polski nie czają się w Moskwie. Oni panoszą się w Warszawie, a rozkazy przyjmują z Waszyngtonu.

Uniknąć losu Ukrainy

To tłumaczy też narastającą nerwowość i agresję oficjalnych mediów w Polsce, zwłaszcza państwowych i pro-rządowych (acz „obywatelskie” i „demokratyczne” pod tym względem szczególnie nie odbiegają). Ostatni wyskok TVP, prezentującej prezydenta Putina i Rosję w entourage SS i Cyklonu B udał się o tyle, że najpierw zareagowali rosyjscy dziennikarze – a następnie nawet MSZ, wzywając polskiego ambasadora na rozmowę, co w języku dyplomacji jest reakcją dość poważną. Moskwa znakomicie zdaje sobie zapewne wprawdzie sprawę, że groteskowe, słowno-obrazkowe napaści czynników polskich za poważne uznać trudno – jednak jednocześnie jest też oczywiste, że rządy RP i Ukrainy są całkowicie osamotnione w swych obsesjach. Nie podzielają ich nie tylko władze innych państw, teoretycznie sprzymierzonych, ale nawet własne społeczeństwa.

Oczywiście, ekipa rządząca Polską dałaby zapewne wiele, żeby reakcja rosyjska była inna i dała się podciągnąć pod napaść, agresję, zajęcie choćby jednego kajaka. Problem polega jednak, że to wyalienowana i zacietrzewiona państwowa telewizja narusza polskie prawo, które art. 136 kodeksu karnego penalizuje znieważanie głowy ościennego państwa, a za tym odpowiedź Rosji jest nie tylko uzasadniona i wstrzemięźliwa, ale i w pełni uprawniona. Trudno też nie zauważyć, że oficjalna Warszawa chciałaby dogonić, a nawet wyprzedzić Kijów w antyrosyjskich prowokacjach nawet wiedząc, że nie może w tym zakresie liczyć na poparcie kogokolwiek na świecie i że rozmija się w tym punkcie z oczekiwaniami społecznymi, coraz wyraźniej domagającymi się deeskalacji i odprężenia.

Niestety, PiS stało się zakładnikiem własnej histerycznej propagandy, nie chce ani nie potrafi zejść z tej samobójczej dla Polski drogi – choć jej skutkiem może być tylko degrengolada i upadek państwa, na wzór ukraiński.

Czy naprawdę chcemy stać się drugą Ukrainą? I czekać dopiero na zmądrzenie, które poniewczasie stało się udziałem ukraińskich gastarbajterów, uciekających na łeb i szyję na Zachód? A może chociaż raz będziemy mądrzejsi przed szkodą – skoro, jak widać, coraz więcej widzimy i rozumiemy, nie dając się nabierać ani na pomaganie kijowskiemu reżimowi, ani na straszenie Rosją. Obyśmy tym razem sami zadziwili się pozytywnie.

Konrad Rękas

Tekst ukazał się także na portalu NEon24.pl

Dzial: