Multi-kulti czy polityka pronatalistyczna (4)

dzieci 33.jpg
Jak wspominałem, w 1956 r. weszła w życie ustawa o tzw. przerywaniu ciąży, praktycznie umożliwiająca aborcje na życzenie. Jej skutki, mimo poważnej nowelizacji w 1993 r., trwają do dziś. Był li to ostatni kopniak stalinizmu, czy pierwszy potężny cios orientacji demoliberalnej w partii – to rzecz dyskusyjna, aczkolwiek bez znaczenia.

Władysław Gomułka sprawujący funkcję I sekretarza KC PZPR w latach 1956 – 1970, był zdecydowanym przeciwnikiem wzrostu dzietności polskich rodzin. Świadczy o tym spotkanie Gomułki z Prymasem Polski Kardynałem Stefanem Wyszyńskim na początku lat 60-tych. Kardynał Prymas w czasie tej rozmowy nalegał, by władze partyjno-rządowe zmieniły swoje nastawienie sprawie tolerowania nieograniczonej aborcji i stworzyły warunki dla zwiększenia dzietności polskich rodzin. Gomułka stanowczo odmówił, nie dopuszczając do szerszej dyskusji na ten temat. Aż do końca sprawowania władzy ówczesny I sekretarz trzymał się wymyślonej przez siebie formuły, że „Polskę zjedzą dzieci i konie”.

Niepokój światowych elit

Nieco inne podejście prezentowała ekipa Edwarda Gierka, kiedy wydano zarządzenie ograniczające dowolność w zabijaniu nienarodzonych. Inna rzecz, że przepisy te nie były ani prze lekarzy, ani przez władze rygorystycznie przestrzegane. Mimo to wskaźnik dzietności w latach 1970-1980 wynosił średnio 2,2. Nie zapewniał więc zastępowalności pokoleń, ale był bardzo bliski wskaźnikowi 2,3.

Niemniej przyrost naturalny w Polsce budził zaniepokojenie elit powiązanych z masonerią i międzynarodową finansjerą. Stały wzrost ludności katolickiej i patriotycznej Polski stanowił cierń w oku tych środowisk. W grudniu 1974 r. odbyła się konferencja naukowa organizowana przez PAN poświęcona kierunkom modelowania matematycznego. Na seminarium to przybył amerykański naukowiec prof. Dennis L. Meadows, współautor tzw. Raportu Rzymskiego, znanego też jako „Granice wzrostu”. Profesor udzielił wywiadu tygodnikowi „Kultura”, w którym tak streścił swoje poglądy:

„Uznaliśmy, że rozwój związany jest z pięcioma podstawowymi czynnikami: liczba ludności, produkcją żywności, wykorzystaniem zasobów naturalnych, produkcja przemysłową i zanieczyszczeniem środowiska. (…) Dalszy przyrost ludności, wzrost produkcji przemysłowej, coraz większe zużycie energii i zasobów naturalnych, zanieczyszczenie środowiska i coraz większy niedobór żywności – wszystko to jest niestety faktem. Należy zmienić politykę wzrostu. Obecnie już ludność i zużycie – w najszerszym sensie znaczenia tego słowa – przewyższają zapasy. Grozi nam zawał. I stąd: państwa powinny prowadzić taką politykę, która by gwarantowała stan stały – równowagę ludności, zużycia materiałów i surowców, energii i żywności”.

Meadows udzielił również „światłej” rady naszemu krajowi: „Na przykład, jeżeli chodzi o Polskę, to sądzę, że macie zbyt duży przyrost ludności. 15 milionów ludzi gwarantowałoby równowagę”. Dalej: Jeżeli chodzi o Polskę, widzę takie problemy – po pierwsze: właśnie zahamowanie eksplozji demograficznej, po drugie rozwijanie długofalowej polityki energetycznej opartej o własne surowce – w tym przypadku węgiel – z uwzględnieniem problemu ochrony środowiska”. Zapytany jak wyobraża sobie drastyczne zahamowanie rozrodczości Amerykanin odpowiedział: „Państwo o ustroju socjalistycznym ma w tej mierze szczególne możliwości. Aparat administracyjny i społeczny może stworzyć warunki przeciwdziałające nadmiernemu przyrostowi ludności”. Dalsza rozmowa przebiegała następująco:

„Kultura”: Czy nie wydaje się Panu, że każda rodzina może chcieć kiedyś mieć dzieci i ma do tego prawo?
Meadows: Absurd.
K: Nie sądzę, by dało się tak całkowicie lekceważyć tradycję i biologię.
M: Łatwo je zmienić.
K: A więc odmawia Pan ludziom prawa wolności posiadania potomstwa.
M: Sądzę, że społeczeństwo – zwłaszcza wasze – winno rządzić się logiką. Społeczeństwo winno mieć wpływ na siebie samo. Choćby poprzez podatki, poprzez utrudnianie nadmiernego wzrostu ludności środkami administracyjnymi. Można stworzyć całą politykę sterującą rozrodczością”. Dodał też: „ W ustroju socjalistycznym może działać więcej skutecznych mechanizmów hamujących nadmierny wzrost”.

Wypowiedzi Meadowsa można i należy potraktować jako swego rodzaju wskazówkę dla ówczesnych i następnych władz polskich w jakim kierunku powinny prowadzić politykę demograficzną, czyli antynatalistyczną. Jest ponurym chichotem historii, że wszelkie prognozy dotyczące liczebności Polaków wskazują na 15 milionów pod koniec obecnego wieku.

Konsekwencje zabijania nienarodzonych

Środowiska patriotyczne, katolickie, obrońców życia – mimo w miarę przyzwoitej dzietności (1976 – 2,3) – niepokoiły się zarówno ówczesną sytuacją demograficzną Polski, jak i perspektywą naszego narodu. Wyrazem tej troski był artykuł Tadeusza Wołynowicza (ks. Tadeusz Dzięgiel CM) pt. „ 2 plus 4” zamieszczony w „Życiu Warszawy” z 9 września 1976 r. Autor pisał: „Przeciętnie wypada w Polsce na rodzinę 1,4 dziecka, a dla zachowania prostej reprodukcji, czyli uzyskania stanu stabilizacji, potrzeba przeciętnie 2,55 dziecka. Jednak 55 proc. rodzin w Polsce ma tylko 1 dziecko lub nie ma wcale. Około 20 proc. rodzin jest bezpłodnych. Taka sytuacja jest najczęściej następstwem niszczenia pierwszego życia u około 30 proc. kandydatek do małżeństwa, co w sumie ogranicza zdolność do tworzenia następnego życia do 50 proc., biorąc po uwagę wszystkie następstwa tego kroku, łącznie z psychicznymi”.

Według Wołynowicza dopiero czworo dzieci zabezpiecza stabilizację liczebną populacji. Przypomniał o wkładzie wsi w dzietność rodzin, ale wyludnianie się wsi i tę możliwość przekreśla. Duchowny alarmuje dalej powołując się na badania prof. Kazimierz Romaniuka, z którego badań wynika: „W grupie 16.160 kobiet badanych 71,4 proc. ma negatywny stosunek do następnego dziecka. Z grupy tych niechętnych tylko 19,5 proc. kobiet jeszcze skłonnych do zmiany swojego stanowiska pod wpływem korzystnych warunków materialnych. Natomiast 54,6 proc. nie jest skłonnych zmienić swego stanowiska pod wpływem takich czynników”.

Autor pisze dalej: „20 proc. osób jest samotnych, 20 proc. z małym ułamkiem rodzin ma dwoje dzieci i dopiero prawie 20 proc. rodzin ma więcej niż dwoje dzieci. (…) W wieku 20 – 29 lat jest u nas 1.600 tys. kobiet samotnych lub rozwiedzionych tzn. co trzecia kobieta w tym wieku”. Wołynowicz przestrzegał przed fascynacją wskaźnikiem przyrostu naturalnego, gdyż może on prowadzić do mylnych wniosków. Wskazuje też na przechodzenie populacji na obszar reprodukcji zawężonej, ponieważ np. w roku 1974 urodzenia pierwsze i drugie stanowiły aż 76 proc. urodzonych. W artykule znajdujemy też poważną przestrogę: „...dzieci nałogowych alkoholików, wywodzące się przeważnie z rodzin wielodzietnych wybitnie poprawiają ilościowo naszą sytuację demograficzną. Dzieci te jednak są bardzo źle wychowywane i nie stworzą w przyszłości dobrej podstawy do reprodukcji. Ponadto są przeważnie dziedzicznie obciążone”. A z drugiej strony: „... najlepszy materiał genetyczny niszczeje bo rodziny najbardziej umysłowo i duchowo rozwinięte są małodzietne, a rodziny o niskiej wartości biologicznej reprodukcji intensywnie powielane. Pogarsza się więc jakość genetyczna narodu”.

Autor zajął się również kwestią usuwania ciąży, których liczbę ocenił na 800 tys. rocznie. W rezultacie następował wzrost liczby poronień dzieci chcianych oraz wcześniaków trudnych do utrzymania przy życiu. Mimo postępów medycyny w Polsce odsetek zgonów niemowląt wynosił 25 prom. (w tym samym czasie wskaźniki te wynosiły w Hiszpanii – 13,7, w Japonii – 11,3, w NRD – 15,0). Kolejnym następstwem zabójstwa nienarodzonych była bezpłodność, która dotknęła 1,76 mln polskich rodzin czyli 20 proc.
Dane dotyczące liczby usuniętych ciąży potwierdziła Kuria Metropolitarna Warszawska. W dłuższym wywodzie Kuria podaje wyliczenia ówczesnego Ministerstwa Zdrowia dotyczące wyłącznie lecznictwa zamkniętego, a wynosiły one 200 do 300 tys. usuniętych ciąż rocznie. Tymczasem lekarze dokonujący aborcji nie mieli wówczas obowiązku zgłaszania liczby zabiegów do urzędu finansowego (!). Kuria powołuje się na badania naukowe wybitnych specjalistów ginekologów. Z badań tych wynika wskaźnik przerwanych ciąży 9,0 co odpowiada gigantycznej liczbie 762 tys. zamordowanych istnień ludzkich. Niektórzy jednak, jak np. prof. St. Borowski, szacują tę liczbę na 800 tys. rocznie.

Przyrost stanu wojennego

Mimo systematycznego spadku urodzeń, przyrostu naturalnego i wskaźnika dzietności, w czasie stanu wojennego w latach 1982-1984 nastąpił wyraźny wzrost przyrostu naturalnego wynoszący odpowiednio 367,7 tys. – 371,4 tys. – 334,1 tys., co odpowiadało wskaźnikom dzietności 2,34 – 2,4 – 2,4. Wzrost ten był spowodowany wprowadzeniem Rozporządzenia Rady Ministrów z 17 lipca 1981 r. o urlopach wychowawczych. Rozporządzenie przewidywało dla kobiet, które o to wystąpiły po urodzeniu dziecka. płatny urlop przez 3 lata. Kwota ta wynosiła miesięcznie 512 tys., a dla matek samotnych 818 tys. (pamiętajmy o ówczesnej inflacji) i była waloryzowana. Owe 3 lata wliczały się do okresu zatrudnienia i emerytury.

W kierunku katastrofy demograficznej

Data tzw. transformacji ustrojowej rok 1989 stanowił początek załamania przyrostu naturalnego w Polsce i systematycznego spadku wskaźnika dzietności, który z 2,63 w roku 1989 spadł do 1, 243 w roku 2005. Katastrofalnie wyglądają liczby dotyczące demografii za okres 2002-2005 . W tym czasie nastąpił ujemny przyrost naturalny w liczbach bezwzględnych: odpowiednio: 5.735 – 14.128 – 7.369 – 3.883, co przekłada się na ujemne wskaźniki przyrostu naturalnego odpowiednio: - 0,1, - 0,4, – 0,2, - 0,1. Wskaźnik dzietności oscylował wówczas nieznacznie ponad 1,2. Podobna zapaść miała miejsce w latach 2013 – 2017 w którym to czasie kolejno ubywało spośród mieszkańców naszego kraju w kolejnych z wymienionych lat 17.724, 1.340, 25.613, 5.752, 900 osób. Przekładało to się na ujemne wskaźniki przyrostu naturalnego wynoszące: 0,5 – 0,1 – 0,7 – 0,2 - 00.

Na ten stan rzeczy złożyło się kilka czynników. Pierwszym, być może zasadniczym, było powiększające się omalże z dnia na dzień bezrobocie spowodowane niszczeniem polskich zakładów produkcyjnych prze tzw. reformy Leszka Balcerowicza kontynuowane w dalszych latach, a szczególnie w czasach rządów AWS – UW. Drugi czynnik stanowił masowy exodus Polaków, przeważnie młodych, dość często wykształconych, na Zachód. Typowe przedwojenne wędrówki „na saksy”. Ludzie którzy zakorzenili się w krajach imigracji bardzo często mają 2-3 dzieci co obala mit jakoby Polki nie chciały rodzić.

Trzeci powód to silny powrót do polityki antynatalistycznej, a w okresach względnej prosperity propagowanie awansu zawodowego kobiet kosztem posiadania dzieci, co znalazło posłuch u wielu Polek. Za czwarty powód można uznać niechęć do zawierania małżeństw, a w związku z tym brania na siebie odpowiedzialności za narodziny dziecka oraz jego wychowanie. Tzw. partnerstwo czyli wspólne życie kobiety i mężczyzny bez zawarcia związku małżeńskiego jest powszechnie propagowane w mediach, filmach i serialach.

Jak zawiodło „500 Plus”

„Od stycznia do lipca urodziło się 235,1 tys. dzieci – o 18,2 tys. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku – podał GUS. To naprawdę imponujący wzrost” – oceniła w 2017 r. w rozmowie z PAP szefowa Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, Elżbieta Rafalska. „Spodziewałam się dobrych danych, może nie aż takich, ale sądzę, że sierpień nie będzie gorszym miesiącem jeśli chodzi o liczbę urodzeń” – powiedziała Rafalska. Podkreśliła, że w lipcu br. urodziło się 35 tys. dzieci. „To jest naprawdę imponujący wzrost – o 3,6 tys. więcej urodzeń, jeżeli porównamy z lipcem ubiegłego roku. To jest bardzo wysoka dynamika, te dane cieszą”.

Według GUS w lipcu 2017 r. odnotowano wzrost liczby urodzeń o 11,5 proc. niż analogicznym okresie poprzedniego roku. Minister podkreśliła też kwestię struktury urodzeń w 2016 r., a głównie wzrost odsetka urodzeń trzecich i kolejnych dzieci. Według danych GUS za rok 2017 po raz pierwszy od 5 lat mieliśmy w Polsce dodatni przyrost naturalny. „Liczba mieszkańców zwiększyła się także w pięciu województwach, w tym w Wielkopolsce. Największy przyrost mieszkańców miał miejsce w województwie pomorskim. Natomiast w województwie świętokrzyskim – ubyło najwięcej mieszkańców.

GUS opublikował wyniki bilansu ludności Polski na dzień 31 grudnia 2017 r. dla wszystkich jednostek podziału administracyjnego i terytorialnego kraju (tj. dla województw, powiatów oraz gmin w przekroju dla terenów miejskich i wiejskich). Według zestawienia po pięciu latach spadku liczba ludności Polski wzrosła o 600 osób, osiągając w końcu 2017 roku 38.434 mln mieszkańców. Tym samym także stopa przyrostu rzeczywistego była dodatnia, ale bliska zeru – wyniosła zaledwie 0,001 proc. Oznacza to, że na każde 100 tys. ludności przybyła 1 osoba, natomiast w 2016 r. odnotowano ubytek rzeczywisty – na każde 100 tys. ludności ubyło 10 osób (- 0,01 proc.).Według autorów opracowania zwiększenie liczby ludności Polski nastąpiło przede wszystkim w wyniku zmian rejestrowanych, takich jak migracje zagraniczne”. Ostatnie dane statystyczne przedstawiają się następująco:

Liczba urodzeń styczeń–lipiec 2017 = 235 200 (10,5‰)
Liczba urodzeń styczeń–lipiec 2018 = 229 700 (10,2‰)
Liczba zgonów styczeń–lipiec 2017 = 241 200 (10,8‰)
Liczba zgonów styczeń–lipiec 2018 = 248 200 (11,1‰)
Przyrost naturalny styczeń–lipiec 2017 = –6000 (–0,3‰)
Przyrost naturalny styczeń–lipiec 2018 = –18 500 (–0,8‰).

Nie są to więc dane, które by zapowiadały zasadniczy przełom w perspektywie demograficznej Polski.

Zanim będzie za późno

Prof. Krzysztof Rybiński, wykładowca Akademii Biznesu i Finansów „Vistula”, były wiceprezes NBP, uważa, że Polska ulegała eksterminacji i czeka nas wielowymiarowa katastrofa, jeśli nie nastąpią zmiany w polityce demograficznej. Naukowiec stwierdza jej brak, którą trzeba dopiero stworzyć. Ta sprawa – podkreśla – powinna stanowić punkt kluczowy w każdorazowym expose premiera. Aby zmienić tragiczną perspektywę demograficzną naszego kraju, niezbędne jest przesunięcie środków finansowych z innych dziedzin na politykę pronatalistyczną. Jest to kwestia przetrwani narodu, inaczej ubędzie nas 22 miliony, tzn. więcej niż w czasie II Wojny Światowej. Wiąże się z tym zapobieżenie atomizacji społecznej i rozbiciu rodziny.

Rybiński zwraca uwagę na karanie finansowe dzietnych rodzin, ponieważ polityka ulg dotyczy raczej dobrze zarabiających. Jak dotychczas rodziny dzietne płacą dodatkowe podatki w postaci obciążenia VAT-em również artykułów dla dzieci. Rybiński uważa, że rząd powinien ustanowić stypendium demograficzne wynoszące 1.000 zł. dla każdego dziecka do 18 roku życia. Taki zabieg powinien spowodować eksplozję demograficzną. Zauważa on: „Marnujemy miliardy złotych dając je dobrze uposażonym ludziom lub grupom nacisku. Pieniądze te należy wycofać, oni tego i tak nie odczują”. Prócz stypendium należałoby jeszcze spełnić dwa warunki. Pierwszy to zapewnienie możliwości pogodzenia pracy z posiadaniem i wychowaniem dzieci, czyli system dostępnych żłobków i przedszkoli. Drugi to wręcz codzienna edukacja społeczna na rzecz wielodzietności obejmująca zarówno środki masowego przekazu, również filmy, seriale itp.

Uczony wskazuje na przykład Francji gdzie ma miejsce duży odpis podatkowy dla rodzin posiadających dzieci, becikowe w postaci całej wyprawki oraz zachęty by matki pozostawały jak najdłużej w domu. Natomiast władze zapewniają takim kobietom pomoc w znalezieniu pracy. K. Rybiński uważa proponowane przez siebie rozwiązanie za inwestycję w dzieci, czyli inwestycję w przyszłość. Niemniej ostrzega, że takie rozwiązanie trzeba wprowadzić jeszcze w tej dekadzie, bo potem będzie już za późno.

Nieznana przyszłość

Jedną sprawę w omawianym zakresie częściowo załatwiono. Chodzi o Ustawę z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. W art. 4a. Czytamy: „1. Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy: 1) ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, 2) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, 3) zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego”.

Jej uchwalenie, przy wrogim akompaniamencie środowisk demoliberalnych, stanowiło ogromny postęp w stosunku do zbrodniczej ustawy z 1956 r.
Ośrodki te oczywiście walki nie zaprzestały, czego dowodem np. nagonki na lekarzy, którzy powołując się na klauzulę sumienia odmawiają przerwania ciąży. Natomiast środowiska „pro life” nalegają na całkowity, bezwarunkowy zakaz aborcji lub usunięcie punktu 2 cytowanego powyżej fragmentu ustawy. Społeczne projekty takich ustaw leżą w zamrażarce sejmowej, ponieważ PIS zajmuje w tych kwestiach postawę ambiwalentną. Opisanie walki organizacji sprzeciwiających się zabijaniu nienarodzonych oraz domagających się zwiększenia dzietności polskich rodzin wymaga odrębnego artykułu.

W polityce należy rozróżniać sprawy ważne i pilne. Od mądrości rządzących zależy kolejność rozwiązywania tych problemów. Tymczasem zahamowanie wymierania Polaków stanowi już sprawę zarówno ważną, jak i pilną. Do obecnie sprawującej władzę ekipy należy sformułowanie klarownej, skutecznej, długofalowej polityki pronatalistycznej. Jeśli deklarowany przez nią patriotyzm cokolwiek znaczy. Jeśli …

KONIEC
Zbigniew Lipiński

18 listopada 2018 r.
Myśl Polska, nr 49-50 (2-9.12.2018)