Spieszmy się kochać radnych…

kaluza.png
Harmider, jaki wywołał radny Wojciech Kałuża z Sejmiku Śląskiego, przechodząc z partii Nowoczesna do PiS, był przecudnej urody. A wszystko dlatego, że były już radny wybrany z listy Koalicji Obywatelskiej, wywrócił do góry nogami śląską układankę – „już był w ogródku, już witał się z gąską” – w której dogadały się KO i SLD. Nagła zmiana orientacji politycznej radnego, dała PiS-owi upragnioną większość, a jemu samemu fotel wicemarszałka.

Padły słowa o zdradzie, oszustwie i korupcji politycznej. Świętym oburzeniem zapałał śląski poseł PO Borys Budka, dla którego była to porażka szczególnie dotkliwa, nie tylko z politycznego punktu widzenia. Nie da się bowiem ukryć, że trwająca od lat urzędnicza homeostaza made in PO, właśnie odchodzi do przeszłości. Będzie to oczywiście boleć, o co skwapliwie zadba PiS, pomne wszystkich dotychczasowych zniewag i dopustów. Tak się bowiem składa, że słodka zemsta jest nie tylko domeną bogów, ale i polityków.

A że sejmik śląski, obok mazowieckiego, należy do najbardziej zasobnych w departamenty, spółki oraz różnego rodzaju samorządowe jednostki prawne, które płacą godnie i na czas, to skowyt z pewnością będzie donośny. Gra idzie bowiem o setki (tysiące?) urzędników rozsianych po województwie, którzy przecież nie sroce spod ogona wypadli, ale rządzącej tam koalicji, z którą PiS od lat ma na pieńku. Słowo pieniek w tym przypadku ma swój oczywisty kontekst.

Trwa więc widowiskowe rozdzieranie szat nad marnymi standardami moralnymi polityków, którzy idą za korytem, a nie zasadami. Brzmi to wszystko przezabawnie i do złudzenia przypomina sytuację Kalego, któremu nagle PiS „ukraść krowę”. A zabawne jest dlatego, że kradzenie krów w polityce, to proceder powszechny, więc politycy – dzisiaj tak jęczący i zawodzący – są ostatnimi, których powinno to ruszać.

Byłem świadkiem identycznej sytuacji w 2002 roku, kiedy obejmowałem mandat radnego sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego. Wówczas to, w noc poprzedzającą pierwszą sesję rządzący województwem SLD, który nie miał większości, ukradł dwie krowy Samoobronie. Jednej krowie dał funkcję członka zarządu województwa, a drugiej wiceprzewodniczącego sejmiku.

Od tego czasu niewiele mnie dziwi. Dlatego rację miał stary poczciwy Bismarck, który onegdaj stwierdził ponoć, że ludzie nie powinni widzieć, jak się robi kiełbasę i politykę. W obu przypadkach jest to widok mało przyjemny, a dla co bardziej wrażliwych oczu i nozdrzy, może być wręcz obrzydliwy.

Jako że od dawna mam do polityki stosunek ironiczny, traktując ją jako ewidentny showbiznes, toteż bardzo spodobały mi się słowa Konrada Rękasa, który a propos „zdrad” w polityce, z właściwą sobie lekkością pióra, zauważył uroczo, iż: „ … to właśnie te "zdrady" nadają zresztą demokracji przedstawicielskiej cokolwiek choć ludzki wymiar, wprowadzając element nieoznaczoności, pierwiastka nieomal boskiego! Bo czymże innym jest skorzystanie z daru wolnej woli, choćby motywowanej chciwością, ambicją, strachem czy chęcią zemsty?”

Warto w tym kontekście zauważyć, że jest kilka sejmików, w których rządząca większość w każdej chwili może wdepnąć w – nomen omen – kałużę. Większości te „wiszą” bowiem na jednym lub dwóch radnych, co oznacza, że nie znają dnia i godziny, kiedy to – po jakiejś nocnej Polaków rozmowie któregoś z radnych – mogą stać się nagle mniejszością. Radnego, działającego oczywiście w interesie województwa, dobra jego mieszkańców i ogólnej pomyślności.

Pięć lat to wystarczająco długa perspektywa, byśmy mogli nacieszyć się jeszcze nagłymi zwrotami akcji, tym bardziej, że doświadczony łowczy, jakim jest PiS, oprócz marchewek potrafi zastawiać także wnyki, jeśli marchewka okaże się nie nazbyt kusząca. Jest to wprawdzie wariant ostateczny, ale przecież – przyznajmy to szczerze – w polskich warunkach absolutnie nie niemożliwy.
Tak więc, śpieszmy się kochać radnych. Tak szybko odchodzą…

Maciej Eckardt