Powrót Chicago Boys

brazil.jpg
28 października br. na prezydenta Brazylii został wybrany Jair Messias Bolsonaro (ur. 1955 r.). W pierwszej turze zdobył 46,4 proc. głosów, a w drugiej 55,2 proc. głosów, pokonując Fernando Haddada z Partii Pracujących. Wybory te odbyły się w sytuacji głębokiego kryzysu politycznego i gospodarczego Brazylii, co nie jest obojętne dla świata, ponieważ największe państwo Ameryki Łacińskiej jest piątym co do wielkości i szóstym na świecie pod względem liczy ludności.

Wynik tych wyborów oznacza nie tylko upadek rządów Partii Pracujących, ale także koniec brazylijskiej wersji boliwarianizmu – czyli socjalizmu XXI wieku – oraz powrót w jego miejsce wydawałoby się już doszczętnie skompromitowanego neoliberalizmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza również odzyskanie przez USA kontroli nad największym państwem i największą gospodarką Ameryki Łacińskiej.

Nie będę przeprowadzał szczegółowej analizy przyczyn załamania się w Brazylii rządów Partii Pracujących oraz analizy przyczyn i okoliczności obalenia przez proamerykański establishment dwóch charyzmatycznych lewicowych prezydentów tego kraju – Luiza Inácio Luli da Silvy (2003-2011) oraz Dilmy Rousseff (2011-2016) – którzy wyciągnęli miliony Brazylijczyków ze skrajnej biedy i znacząco zmniejszyli zależność ekonomiczną tego kraju od północnoamerykańskich korporacji. Szczegółowe analizy na ten temat przeprowadził w ostatnich latach Jarosław Pietrzak. Odsyłam zatem do jego publicystyki. Jako jej podsumowanie zacytuję tylko najważniejsze tezy jego artykułu pt. „Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników”, który został opublikowany 3 listopada na portalu strajk.eu.

Red. Pietrzak określił Jaira Bolsonaro jako „faszystę”, który jeszcze dwa lata temu był elementem politycznego folkloru. Można dyskutować nad tym czy Bolsonaro rzeczywiście jest faszystą, czy nie. Faktem jest jednak, że Bolsonaro w swoich populistycznych i demagogicznych wypowiedziach wielokrotnie pochwalał przemoc wobec przeciwników politycznych, w tym proamerykańskie dyktatury w Ameryce Łacińskiej, z dyktaturą Augusto Pinocheta (1973-1990) na czele, a także szczycił się, że jego pradziadek był „żołnierzem Hitlera”. Zapowiedział też krwawą rozprawę z lewicą, nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami”.

Takie wypowiedzi miał również w przeszłości. W 1999 roku stwierdził np., że należy rozwiązać parlament i wprowadzić dyktaturę, a jedynym rozwiązaniem problemów kraju jest natychmiastowe wymordowanie 30 tys. ludzi. Uważa także, że Pinochet wymordował za mało ofiar. 63-letni Bolsonaro nie ukrywa też uwielbienia dla Donalda Trumpa oraz Izraela i wzorem prezydenta USA chce po objęciu rządów natychmiast przenieść ambasadę Brazylii do Jerozolimy.

Istotne jest spostrzeżenie Pietrzaka, że prezydent-elekt Brazylii był „finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne, obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że »co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii« i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej”.

Dlaczego jednak połowa brazylijskich wyborców go wybrała?

Zdaniem Jarosława Pietrzaka decydującą role w jego wyborze „odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką »estetyczną« postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne »rynki światowe«, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię”.

Przyczyną klęski kandydata PT – zdaniem Pietrzaka – „jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec nich systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten »prezent« przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono.
Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości”.

Przyczyn klęski PT red. Pietrzak upatruje dalej w tym, że jej długoletnie rządy obudziły „nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale [prezydent Lula da Silva] liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni (…). Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku. Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować (…). Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej”.

Jarosław Pietrzak zwrócił też uwagę na ciekawe okoliczności obalenia przez oligarchię brazylijską prezydent Dilmy Rousseff w 2016 roku: „Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 r. informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli”.

W kontekście tego co pisze Jarosław Pietrzak trzeba zauważyć, że Prawo i Sprawiedliwość w Polsce jest formacją nieco podobną do brazylijskiej Partii Pracujących. Nie dlatego, że prezydent Lula da Silva bardzo cenił Lecha Kaczyńskiego i uważał go za socjalistę, ale dlatego, że PiS – identycznie jak PT – chce poprzez redystrybucję wzrostu gospodarczego „rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa”. Dlatego PiS powinien wyciągnąć wnioski z analizy red. Pietrzaka na temat przyczyn upadku rządów PT.

Mówiąc o Partii Pracujących i boliwarianizmie trzeba mieć zawsze na uwadze to, że czym innym jest lewica w Europie, a czym innym w Ameryce Łacińskiej. Na latynoamerykańskim obszarze geopolitycznym ruchy lewicowe zawsze były narodowymi ruchami emancypacyjnymi, walczącymi o wyrwanie ich krajów z ekonomicznych i politycznych kleszczy potężnego mocarstwa północnoamerykańskiego i północnoamerykańskich korporacji. Ta próba emancypacji politycznej i ekonomicznej – po początkowych obiecujących sukcesach – załamała się właśnie w Brazylii i załamuje się w Wenezueli – dwóch krajach Ameryki Łacińskiej najbardziej zaawansowanych w realizacji eksperymentu boliwariańskiego (socjalizmu XXI wieku).

Trudno sobie wyobrazić, że Jair Bolsonaro powróci – jak zapowiadał – do najczarniejszego okresu historii Ameryki Łacińskiej, czyli wychwalanych przez niego zbrodniczych dyktatur wojskowych z lat 60., 70. i 80 XX wieku, które gwarantowały dominację USA i północnoamerykańskiego kapitału na tym obszarze geopolitycznym oraz testowały na sterroryzowanych narodach latynoamerykańskich neoliberalizm – wynalazek „Chicago Boys” – zanim zaczęto go testować w Wielkiej Brytanii pod rządami Margaret Thatcher, a po 1989 roku w państwach byłego obozu socjalistycznego. Powrót Bolsonaro do praktyk Pinocheta, junty argentyńskiej (1976-1983), czy nawet junty brazylijskiej (1964-1985), oznaczałby moim zdaniem wojnę domową.

Być może jednak Bolsonaro jej pragnie, bo jego zdaniem przemoc jest najlepszym sposobem rozwiązywania problemów politycznych. Desygnowany przez niego na ministra finansów Paulo Guedes złożył wkrótce po wyborach szokujące oświadczenie: „będziemy wzorować się na neoliberalnym modelu wdrażanym przez Augusto Pinocheta i jego doradców z Chicago”. Guedes zamierza „na dobry początek” „sprywatyzować” 147 państwowych przedsiębiorstw brazylijskich. Nietrudno się domyśleć, że przejmie je kapitał z Ameryki Północnej, który niewątpliwie zainwestował ogromne pieniądze w obalenie rządów PT i zwycięstwo Bolsonaro. Żeby ta inwestycja zwróciła się i przyniosła zyski północnoamerykańskim korporacjom oraz administracji w Waszyngtonie, Bolsonaro i Guedes będą musieli teraz prywatyzować wszystko co nie lata i nie ucieka na drzewa, z systemem emerytalnym włącznie. Wizja w Polsce bardzo miła dla korwinistów, którzy powitali zmianę polityczną w Brazylii z ogromnym entuzjazmem.

To co stało się w Brazylii pokazuje, że Stany Zjednoczone Ameryki nie mają do zaproponowania krajom, które znajdą się w zależności polityczno-ekonomicznej od nich, niczego innego poza neoliberalizmem – systemem idealnym dla nowoczesnego neokolonializmu. Zwycięstwo Bolsonaro oznacza jeszcze jedno – koniec BRICS – czyli nieformalnego bloku politycznego Brazylii, Rosji, Chin, Indii i Republiki Południowej Afryki, którego inicjatorem zresztą był uwięziony obecnie Lula da Silva. Brazylia z tego bloku automatycznie wypada. Bolsonaro będzie śpiewał tak, jak zagrają mu w Białym Domu, a tam nie życzą sobie wpływów rosyjskich w Ameryce Łacińskiej. Główny strateg polityki USA – doradca Białego Domu ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton – ogłosił, że Bolsonaro jest „promotorem wolności” w Ameryce Łacińskiej i razem z Ivánem Duque z Kolumbii stanowi „wielką nadzieję przyszłości” całego regionu. Bolton zapowiedział też obranie „ostrego kursu” wobec Wenezueli, Kuby i Nikaragui, gdzie jeszcze utrzymują się przy władzy rządy niezależne od USA.

Przejęcie Brazylii jest zatem największym sukcesem polityki waszyngtońskiej od przejęcia w 2014 roku Ukrainy i tak jak przejęcie Ukrainy jest częścią strategii otaczania i osaczania Rosji.
Strategię tę administracja Donalda Trumpa realizuje równie konsekwentnie jak jej poprzednicy.

Bohdan Piętka
Myśl Polska, nr 47-48 (18-25.11.2018)

Dzial: