Warszawa nie dla Kaczyńskiego

hleboricz.jpg
Kaczyński cztery razy z rzędu próbował odbić Warszawę. Dlaczego zawsze nieskutecznie? O władzach samorządowych w polskich miastach i wyborach do nich. Ta sprawa, walka o Warszawę, zdominowała polityczne życie ostatnich dni. Dlaczego po raz czwarty Kaczyńskiemu nie udało się tego dokonać?

Pewnie oczami wyobraźni wielokrotnie widział siebie na medialnej scenie w pozie jaka przypisywana jest Mehmedowi Zdobywcy, który po włamaniu się do Konstantynopola zakrzyknął do swoich janczarów – „Miasto jest Nasze!”.

Ale znowu się nie udało. Dlaczego? Czy to wynika z warszawskiej specyfiki, czy jest raczej tylko jednym z przykładów na działanie ogólnej prawidłowości w polskich samorządach miejskich, i jakiej?
Rozważmy sprawę bez politycznych i ideologicznych uprzedzeń, zupełnie na spokojnie. Tylko wtedy dojdziemy to wartościowych wniosków. Inaczej możemy popadać w wybuchy złości, jak jeden z profesorów, który pisał coś o „moral insenity” wyborców i zanurzaniu głów w „gnojówce”. Zostawmy na boku tego typu ekscesy i posłużmy się rozumem a nie uczuciami i odruchami jak jakiś barbarzyńca. Na początek zadajmy sobie kluczowe pytanie:

kto właściwie wygrał wybory w miastach?

Co łączy tych wszystkich prezydentów, burmistrzów, którzy albo wygrali już w pierwszej turze, albo zdobyli największa liczbę głosów? Nie łączy ich partia, bo byli z różnych, choć najwięcej z komitetów firmowanych własnym nazwiskiem. Nie łączyły ich przekonania i ideologia, bo był tam prezydent Poznania – protektor i wręcz bojownik LGBT, ale był i prezydent Lublina, który kilka dni przed wyborami zakazał parady równości, był burmistrz Legionowa, popisujący się publicznie uwagami na temat seksualnych walorów konkretnych kobiet, i był prezydent Torunia dobrze żyjący z ojcem Rydzykiem, było też wiele osób mających rozliczne problemy z prawem.

Zbadałem jak przebiegały te wybory we wszystkich 107 dużych miastach, gdzie na czele samorządu stoi prezydent miasta. Na 107 przypadków, aż w 84 wygrał wybory obecnie rządzący prezydent, z czego aż w 59 przypadkach rozstrzygnięcie nastąpiło już w pierwszej turze. W 5 przypadkach obecny prezydent zajął drugie miejsce i będzie startował w drugiej turze. W 13 przypadkach dotychczasowy prezydent zrezygnował ze startu w wyborach, zaś tylko 5 prezydentów wybory przegrało, czyli nie weszli nawet do drugiej tury. Widzimy zatem, że jeśli prezydent tylko zdecydował się na startowanie, to miał aż 95 procent szans na wygranie, a w najgorszym razie wejście na drugiej tury.

Sprawa jest zatem oczywista. Wybory wygrali ci, którzy już tę władzę posiadali, z jednym małym uzupełnieniem tej tezy: do tej kategorii należy zaliczyć także tych, którym ustępujący zarządcy miast tę władzę niejako przekazali, bądź w sposób jawny ich popierając, jak we Wrocławiu i Słupsku, lub w sposób domyślny, ale oczywisty, jak w Warszawie. Wiadomo, że pan Trzaskowski zachowa cały dorobek i strukturę władzy stworzoną przez panią Gronkiewicz- Waltz.

Mamy zatem dwie kategorie kandydatów na zarządców miast startujących w wyborach. Ci, co dotychczas rządzili, lub kandydowali ze wsparciem ustępujących i ci, którzy obecnemu prezydentowi rzucali wyzwanie. Co pierwsi z reguły wygrywają, często już w pierwszej turze, ci drudzy z reguły przegrywają.
To wyzwanie obecnej władzy miejskiej rzucali kandydaci wspierani przez wielkie partie, czyli PiS i KO, czasami nawet przez obie. W jakiejś części przypadków był to kandydat popierany przez PiS startujący przeciwko rządzącemu aktualnie kandydatowi popieranemu przez KO, ale nie było to regułą, bo na przykład, w Toruniu KO chciała pokonać obecnego prezydenta i tak samo było w Katowicach. W Szczecinie i PiS i KO wystąpiły przeciwko aktualnemu prezydentowi. Jeśli mówi się o jakimś szerokim poparciu dla KO, to te przykłady temu zaprzeczają, gdyż w Katowicach, konkurent z KO uzyskał tylko 24,1 proc. i odpadł po pierwszej turze, w Toruniu uzyskał 23,8 proc. i też odpadł po pierwszej turze, a w Szczecinie lepszy rezultat uzyskał kandydat z PiS i to on zmierzy się z aktualnym prezydentem w drugiej turze. Widać zatem, że w sytuacji gdy KO i PiS występują przeciwko obecnemu prezydentowi, to radzą sobie podobnie.

Okazuje się także, że fałszywe jest przekonanie jakoby w miastach dominowało PO.

Portal oko.press policzył jak rozkładały się partyjne asocjacje wśród tych prezydentów, którzy wygrali pierwszą turę i okazało się, że najwięcej w miastach jest tzw. kandydatów niezależnych, zaś KO wygrywa w 24 miastach, a PiS w 10. Od razu też widać, że większość przypadków gdzie KO wygrywa to takie, gdzie rządziła już wcześniej.

Dlaczego tak się dzieje, że ci, którzy rządzą aktualnie mają bardzo duże szanse na wygranie także przyszłych wyborów? Sprawa nie jest skomplikowana i wynika ona z tego, że rządzący prezydent stoi na czele administracji i od jego decyzji zależy bardzo wiele. Ale nie tylko o administrację chodzi. W miejskich przedsiębiorstwach jest zatrudnionych bardzo wiele osób i często miasto jest największym pracodawcą. Na rzecz miasta usługi wykonują liczni przedsiębiorcy i od decyzji prezydenta i rady zależy czy będą oni zarabiać czy nie. Wreszcie dla szeregu dużych miast prezydent miasta wykonuje też obowiązki starosty i nadzoruje pracę szkół, placówek kultury, zdrowia, pomocy społecznej i licznych innych.

Wreszcie miasto organizuje imprezy masowe i płaci różnym celebrytom i artystom, którzy na nich występują. To wszystko razem powoduje, że istnieje wielka liczba osób, która jest żywotnie zainteresowana w utrzymaniu status quo, czyli by w mieście nadal funkcjonował ten sam system władzy, który daje im zarabiać. Wszelka zmiana może grozić tym, że nowi pozwalniają obecny personel, a zatrudnią swoich, że będą zamawiać usługi od swoich znajomych przedsiębiorców, a nie obecnych, że będą się umawiać ze swoimi deweloperami, a nie z obecnymi, i tak dalej. Szacuję, że liczba osób w mieście (razem z rodzinami) żywotnie zainteresowanych w utrzymaniu obecnego stanu może wynieść nawet do 20 proc. ogółu mieszkańców, co przy uwzględnieniu sytuacji, że około połowa nie idzie głosować, może oznaczać, że obecna władza może prawie w każdym przypadku liczyć na około 40 proc. głosów.

Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to typowy układ klientystyczny. I zapewne ma rację.

O poparciu w tych wyborach decydują własne interesy, a nie to jak tam się prezydent zachowuje i jakim jest człowiekiem. Zatem nie jest tak, że ci co wybrali nowe władze, w tym w Warszawie, to ludzie głupi, nie potrafiący myśleć, czy omotani jakąś propagandą i nie potrafiący rozeznać własnych interesów. Jakaś część wyborców oczywiście odpowiada takim definicjom , ale zapewne większość oddająca głos w wyborach, działa zgodnie z własnym interesem. I to nawet aż za bardzo jest nim zdeterminowana. Widać to, na przykład, w tym przypadku z Daszyny , gdzie prawie połowę głosów zdobył wójt Zbigniew W., który przebywa w areszcie, ma 92 zarzuty karne, w tym udział w zorganizowanej grupie przestępczej.

Jak widać, połowa wyborców w tej gminie stwierdziła, że taki właśnie wójt zadba o ich interesy i należy go wybrać. W tym przypadku można stwierdzić, że władza samorządowa to nie układ klientystyczny, a bardziej chyba mafijny. W mieście Działoszyn komisarz wyborczy wyeliminował aktualnego wójta z wyborów, gdyż ten złożył nieprawidłową deklarację i w wyborach startowała tylko jedna osoba. Jednak wyborcy gremialnie ją skreślali i w efekcie nie została wybrana. Teraz wybory zostaną tam pewnie powtórzone i stary wójt, już z dobrą deklaracją, je wygra. Wielka jest, jak widać, determinacja mieszkańców by utrzymać odpowiadającego im człowieka przy władzy. Trudno im się zresztą dziwić, własny interes jest ważniejszy od jakichś sympatii czy poglądów. „Bliższa ciału koszula”, jak mówi znane porzekadło.

Kiedyś Adam Michnik, oceniając szanse prezydenta Komorowskiego w wyborach stwierdził, że przegrałby on tylko w przypadku przejechania na pasach niepełnosprawnej zakonnicy w ciąży. W przypadku włodarzy polskich miast nawet zajście faktyczne takiej właśnie okoliczności nie miałoby większego wpływu na szanse wyborcze sprawcy.

Powróćmy jeszcze do liczb. Okazuje się, że średni wynik kandydata na prezydenta popieranego przez PiS w wyborach to 25,7 proc, zaś kandydata popieranego przez KO, to 30,1 proc.
Wydawałoby się, że jest to istotna różnica, lecz porównanie będzie bardziej istotne gdy ograniczymy je tylko do osób faktycznie rzucających wyzwanie obecnej władzy, a nie tych ubiegających się o reelekcję, gdyż wówczas działają inne czynniki, o których pisałem powyżej.

Jeśli zatem przedstawimy wyniki kandydatów nie sprawujących obecnie władzy, to mamy diametralnie inną sytuację. Wtedy kandydat popierany przez PiS ma średnio 22,8 proc., zaś przez KO, tylko 19,9 proc. Na dodatek, tutaj niektórzy z kandydatów KO zaliczyli spektakularne porażki. I tak startujący w Suwałkach Mariusz Szmidt zdobył tylko 1,9 proc, w Częstochowie Jacek Krawczyk – 2,83 proc., w Olsztynie Beata Bublewicz – 5,33 proc. I takich przypadków po stronie KO jest dużo więcej. Najniższy wynik w przypadku PiS to wynik Zbigniewa Rasielewskiego w Toruniu – 8,51 proc. Oprócz tego był jeszcze tylko jeden jednocyfrowy wynik po stronie PiS, reszta wszystko dwucyfrowe.

Można zatem oceniać, że każdy rezultat lepszy od 25 proc., wskazuje, że kandydat dobrze pracował i osiągnął więcej niż średnia. To dotyczy Patryka Jakiego, ale też Tomasza Latosa z Bydgoszczy, czy Kacpra Płażyńskiego, a przez wszystkim Małgorzaty Wasserman. Natomiast wygrać z obecnym prezydentem, to jest zadanie z kategorii tych niemożliwych. Żadna, nawet najlepsza kampania wyborcza, nic tu nie pomoże a i zalety kandydata niewiele się liczą.

Nawet w sytuacji gdy chodzi o prezydenta, który władzę zdobył z poparciem rządzącej w kraju partii, a teraz ta partia chce go wymienić, nie jest to możliwe. Do takiej sytuacji doszło w Łomży, gdzie będący prezydentem Mariusz Chrzanowski, który cztery lata wcześniej wygrał w wyborach z poparciem PiS, obecnie stracił zaufanie partii i Jarosław Kaczyński był uprzejmy nazywać go "bolesnym zawodem” , a w obecnych wyborach poparł inną osobę. Chrzanowski nie przestraszył się niełaski Prezesa i wystartował z własnego komitetu. Uzyskał 44,2 proc., a wybranka Prezesa, startująca przecież na terenie gdzie są dominujące sympatie propisowskie, uzyskała tylko 23 proc., i ma raczej niewielkie szanse wygrać te wybory w drugiej turze.

Taka praktyka, którą można by określić jako „prywatyzacja” miasta, jest powszechna i bardzo często osoba która zdobędzie władzę z poparciem jakiejś partii odwraca się od niej i utrzymuje już potem władzę tylko z poparciem własnego komitetu.

Za przyczynę takich sytuacji można, w znacznej części, uważać kondycję partii politycznych w Polsce. Mamy nieliczne kadrowe organizacje zamiast masowych partii, a efektem tego jest to, że zaraz po wyborach wąska grupa po prostu przejmuje miasto i w przypadku gdy partia, która ich wystawiała pod swoim szyldem, zmienia zdanie i cofa im poparcie w następnych wyborach, to oni po prostu odrzucają ten już niepotrzebny im szyld. Słabe struktury partyjne nie są w stanie wygenerować dostatecznego poparcia dla innego kandydata w mieście. Osmanowie poświecili 64 lata i pracę czterech pokoleń swoich władców na zdobycie Konstantynopola. Dopiero Mehmed II Zwycięzca mógł zawołać: „Miasto jest Nasze”.

Czy Kaczyński będzie musiał także tyle lat czekać?

Wielce przykre dla niego jest to, że Warszawę miał już w rękach. Przecież w 2002 roku Lech Kaczyński wygrał wybory i został prezydentem. Ale zamiast skonsolidować władzę i stanąć mocno nie je czele, po trzech latach zrezygnował, by zostać prezydentem Polski. Przy czym nie stworzył w Warszawie zależnej od siebie struktury władzy, co umożliwiłoby mu przekazanie tej władzy kolejnej zaufanej osobie. On po prostu odszedł, a za nim odeszli także, ze struktur miejskich, jego ludzie. To był największy błąd.

Jarosław Kaczyński przekonał się, że łatwiej odzyskać władzę w kraju, zdobyć powtórnie Sejm, Senat i pałac namiestnikowski, niż odzyskać władzę w Warszawie. Cztery kolejne próby szturmu na pałac przy placu Bankowym, z wykorzystaniem kolejno: Marcinkiewicza, Bieleckiego, Sasina i ostatnio Jakiego, nie dały żadnego rezultatu. Widać nie dla Kaczyńskiego jest Warszawa.

Stanisław Lewicki
Tekst ukazał się pierwotnie na portalu konserwatyzm.pl

Dzial: