Ja jestem nadal endekiem, Giertych już chyba nie

szle 4.jpg
„Ja nie mam zamiaru wchodzić w środowisko polityczne PO, choć w trakcie kampanii poznałem kilka ciekawych osób, które mi zaufały. Dzisiaj już wiem, że przed zamknięciem list na różne sposoby próbowano utrącić moją kandydaturę. Działacze PO ze Stalowej Woli jeździli do centrali do Warszawy i próbowali protestować przeciwko mojej kandydaturze” - mówi Andrzej Szlęzak.

Został pan radnym Sejmiku Województwa Podkarpackiego. Dlaczego zdecydował się pan na start w wyborach, cztery lata nieobecności w polityce znudziło pana?
- Sam do końca nie wiem dlaczego postanowiłem kandydować. Na przełomie lipca i sierpnia odmówiłem kandydowania kilku komitetom w tym PSL-owi. Szczerze nie miałem zamiaru angażowania się w wybory. Potem kolega z Kukiz15 zaczął mnie namawiać na start do sejmiku. Zacząłem „pękać”, Wstępnie się zgodziłem, ale pojawiły się opory w stosunku do mojej osoby, przynależności do PSL-u i chyba jakieś ambicjonalne sprawy. W tym czasie zadzwonił do mnie poseł Zdzisław Gawlik, szef struktur PO w województwie podkarpackim z propozycją kandydowania do sejmiku z list Koalicji Obywatelskiej z pierwszego miejsca. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie. Prędzej spodziewałbym się, że PiS wystąpi z taką propozycją. Umówiliśmy się na rozmowę. Podczas niej spytałem czy pan poseł wie, że jestem członkiem PSL. Potwierdził. Spytałem czy ma świadomość, że jestem endekiem i nie zrezygnuję z głoszenia swoich poglądów. To również zaakceptował. W dodatku nie postawił żadnych warunków. Po prostu miałem wystartować i zrobić wszystko, żeby zdobyć mandat. Poprosiłem o kilka dni do namysłu. Dodam tylko, że dwa dni po tej propozycji zgłosił się Ruch Narodowy. W zasadzie poza PiS i SLD kandydowanie proponowali mi wszyscy, bo oprócz wymienionych byli to Bezpartyjni Samorządowcy i jeden czy dwa inne komitety. Przeprowadziłem szereg rozmów z osobami życzliwymi mi i zorientowanymi w sprawach politycznych. Prawie wszyscy powiedzieli, żeby startować. Byli za tym nawet ci, którzy mają niechętny stosunek do PO. Pomyślałem, że jeżeli mam się zdecydować na kandydowanie, to powinienem to zrobić z listy, która daje realną szansę na zdobycie mandatu. W moim wieku i z takim dorobkiem i doświadczeniem politycznym nie bierze się udziału w wyborach, żeby się uczyć i „przecierać”. Jeżeli startuję, to powinno się to zakończyć sukcesem. W minionych latach przegrałem dwa razy w ważnych wyborach i byłem przekonany, że następna porażka, to koniec czynnej działalności politycznej. Patrząc na sytuację polityczną w regionie doszedłem do wniosku, że największą szansę na mandat daje start z listy KO, a jeżeli nie muszę pójść na jakieś trudne kompromisy polityczne i moralne, to tym bardziej mogę kandydować z tej listy. Taka była droga do decyzji o kandydowaniu. Dodam, że okazało się, że była to decyzja trafiona. Ostatecznie w okręgu PiS zdobył cztery mandaty i ten jeden ja. Gdybym stratował z innej listy, to prawdopodobnie nawet z wynikiem, który osiągnąłem nie wygrałbym mandatu.

Wszyscy zastanawiają się – dlaczego z listy PO, to jakby droga Romana Giertycha, nie przeszkadzało jej, że jest pan endekiem?
- Porównanie z Romanem Giertychem jest nietrafione. Ja nie mam zamiaru wchodzić w środowisko polityczne PO, choć w trakcie kampanii poznałem kilka ciekawych osób, które mi zaufały. Dzisiaj już wiem, że przed zamknięciem list na różne sposoby próbowano utrącić moją kandydaturę. Działacze PO ze Stalowej Woli jeździli do centrali do Warszawy i próbowali protestować przeciwko mojej kandydaturze. W czasie układania list w Rzeszowie również były sprzeciwy. Przedstawiano moje krytyczne wypowiedzi o PO i o Donaldzie Tusku jako premierze, a rzeczywiście trochę tego było. Ponoć sprawa ostatecznie znalazła się u Grzegorza Schetyny i ten zaakceptował moją kandydaturę. Na pewno moja sytuacja nie jest porównywalna z Romanem Giertychem. Ja nadal jestem endekiem. Wydaje mi się, że Giertych już nie.

Pana wynik jest wysoki, pomad 12.000 głosów – to pana dawny elektorat?
- Ile w tych 12400 głosach dawnego elektoratu nie wiem. Zakładam, że około jedna czwarta to głosy oddane na „jedynkę” listy, czyli głosy oddawane na Koalicję Obywatelską bez zwracania uwagi na nazwiska. Przyjmuję, że reszta głosów została oddana na Andrzeja Szlęzaka. Byłem przekonany, że jeżeli w Stalowej Woli dostanę poniżej pięciu tysięcy głosów, to mandat będzie bardzo niepewny. Dostałem nieco powyżej pięciu tysięcy, a to wynik średni. Trudno zatem mówić o „starym elektoracie”. Gdy byłem prezydentem głosowali na mnie wyborcy od lewa do prawa. Byłem bezpartyjny i otwierało to takie możliwości. Wybory do sejmu i sejmiku są już zdecydowanie partyjne i wyborcy kierują się już przeważnie sympatiami najpierw do partii i dopiero na drugim miejscu do osoby. Prawdopodobnie nie zagłosowali na mnie moi sympatycy, którzy uznali start z list KO za zdradę i „pęd do koryta”. Z drugiej strony nie głosowali na mnie sympatycy PO i Nowoczesnej, którzy uznali, że Szlęzak na tej liście to nieporozumienie. Pewnie jakiś wpływ na mój wynik miała kampania, którą prowadziłem z wyszczególnieniem debaty telewizyjnej. W sumie osiągnąłem trzecią liczbę głosów w okręgu, co na pewno jest powodem do satysfakcji, zwłaszcza po wspomnianych dwóch porażkach.

Co dalej – na Podkarpaciu PiS ma wielką przewagę, jaką taktykę obierze opozycja, czyli PO i PSL?
- Jest sprawą oczywistą, że przy rozkładzie mandatów dwadzieścia pięć PiS osiem opozycja niewiele będzie można zdziałać. Pozostaje informowanie opinii publicznej o tym, co PiS będzie chciał ukryć, wytykanie błędów i nieprawidłowości, a jeszcze z lat ubiegłych jest tego sporo i budowanie pozycji politycznej na przyszłość na podstawie własnych pomysłów na rozwój regionu w widłach Wisły i Sanu, skąd kandydowałem, oraz całego województwa. Oddzielny, ale bardzo ważny problem, to stosunki polsko-ukraińskie i obrona polskiego interesu narodowego, bo to w PiS kompletnie leży, a to, co dzieje się w województwie podkarpackim jest tego jaskrawym potwierdzeniem. Być może te problemy, z przeciwdziałaniem szerzącemu się banderyzmowi, będą jednym z moich najważniejszych zadań.

Czy ten sukces zachęci pana do startu w przyszłorocznych wyborach do Sejmu?
- Na pewno mam ambicję dostać się do parlamentu i odgrywać tam istotną rolę. Jednak jak miałoby się to stać, gdybym kandydował z PO? Przecież ideowo i politycznie dzieli mnie niemal wszystko z takim Rafałem Trzaskowskim, który jest przecież aktualną gwiazdą PO. To albo ja musiałbym się wyrzec swoich z dziewięćdziesięciu procent swoich przekonań, albo PO musiałaby zmienić bardzo wiele w swoich założeniach, żebym mógł się zmieścić w jej formule politycznej. Nie zakładam, że stanie się jedno albo drugie. W sejmiku można się nie oglądać na wiele problemów, które w parlamencie rozpalają największe emocje, a co za tym idzie łatwiej znaleźć wspólny język z przedstawicielami ugrupowań nawet bardzo różniącymi się między sobą. A start z list innych partii? Sam nie wiem. Załóżmy, że nikt mi nie zaproponuje, więc nie będzie problemu. Pewnie z PO też mi nie zaproponują i w ogóle nie ma o czym mówić.

Rozmawiał Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 45-46 (4-11.2018)

Dzial: