Morawiecki – Łódź i… PRL

lodz 4a.jpg
Nasz kraj, to dzisiaj miejsce pełne paradoksów. To spuścizna i melanż trudnej historii i niektórych, nienajchlubniejszych cech naszego charakteru narodowego. Zadęcie, patos połączone z przyziemnością okoliczności, sztubacka duma, buńczuczność wobec jednych, a uniżoność i w ostateczności, nawet kundlizm wobec drugich, ciągłe podkreślanie owej dumy wręcz sugerujące obcym kompleks niedowartościowania.

Czarno-biała ocena rzeczywistości mocno naznaczona subiektywnym przekonaniem o jedynej słuszności swego zdania, szermowanie oskarżeniami o zdradę, najróżniejszymi obelgami, tworzenie służących podtrzymaniu ducha mitów i legend etc., etc. Skąd to się wszystko wzięło? Gdzie źródło tych postaw? Może trzeba sięgnąć do czasów potopu, kiedy po raz pierwszy w tej skali interes grupy, interes indywidualny, czasem nawet bez złej intencji w ten sposób działających, przerodził się w zdradę w oczach gwałtownie nabierającego poczucia wspólnoty ówczesnego społeczeństwa? Dla drugiej postawy źródłem jest za to bez wątpienia konfederacja barska. Tam chyba tkwi źródło sprzedajności i polityki późniejszego płaszczenia się przed zaborcami jednych, a u drugich skamlenia i wiszenia u klamki tych, co nas w ich mniemaniu mieli ratować.

Schizofrenia

Dla tych drugich charakterystyczne jest pragnienie zrzucenia odpowiedzialności za bezpieczeństwo państwa na wybrane i darzone ślepą miłością czynniki zewnętrzne. Postawa taka implikuje naturalnie fanatyczne zapatrzenie w przeszłość, wręcz życie przeszłością, nieodparte pragnienie przenoszenia pomysłów i rozwiązań historycznych do teraźniejszości, i niezdolność do myślenia kategoriami współczesności i przyszłości. Dziś postawa ta powróciła z całą mocą w schizofrenicznej „ideologii” PiS. Nie jest to oczywiście żadna ideologia – to podobierany z różnych tradycji przypadkowy konglomerat głównie naszych największych wad i błędów, w otoczce patosu i propagandy sukcesu. Ubóstwienie państwa i jego wszechobecności w życiu człowieka, oczywiście – jak u piłsudczyzny – z warunkiem sine qua non, że państwo to jest w ich rękach. Wtedy jest i święte, i są imponderabilia, i nie wolno niczego krytykować itp. Każde inne można poniewierać na rozmaite sposoby, a nawet niszczyć – zamachem stanu, deptaniem i poniżaniem lepszych lub gorszych, ale jednak konstytucji.

Szczególnie groteskowo opisana wyżej postawa objawia się na arenie międzynarodowej, gdzie dominuje XIX i XX-wieczne spojrzenie oraz koncepcje sprzed kilkudziesięciu i więcej lat, nigdy nie mające żadnych szans na realizację w przeszłości, jednak z uporem maniaka podnoszone i dziś (międzymorza, ślepa miłość do antyrosyjskiej Ukrainy). Bardzo istotne jest tu owo pragnienie scedowania bezpośredniej odpowiedzialności za bezpieczeństwo państwa na rzecz obcych, przy użyciu arsenału zwietrzałych i nie mających dziś już żadnego znaczenia argumentów z przeszłości (zagrożenie rosyjskie, obrona Ukrainy, przesmyk suwalski itp.). Wychodzi ono naprzeciw bardzo współczesnym i nowoczesnym pragnieniom walczących o hegemonię światową, pod batutą mesjanistycznych neokonserwatystów, Stanów Zjednoczonych. Z naszej strony towarzyszy temu potężny kompleks rosyjski – kompleks niewolniczy.

Tylko w jego kontekście można zrozumieć istotę szaleństwa tych wszystkich, których jak ogniwo niewolniczego łańcucha pali widok Pałacu Kultury i Nauki. Człowiek prawdziwie wolny tak się nie zachowuje. Człowiek duchowo tkwiący w niewoli dąży do pozbycia się obiektu przypominającego mu o jego niewoli. Dziś, w imię tej politycznej schizofrenii, rząd „dumnych Polaków” chce, dosłownie za wszelką cenę, ściągnąć na polską ziemię stałą bazę amerykańską. Gdyby „dobra zmiana” miała choć cień poczucia humoru w swoim zadęciu, pomyślałbym, że to może jakiś sprytny plan zapłacenia pełnej stawki godzinowej USA, i że ta baza odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa, a potem, jak jakiś Trump z innym Putinem się dogadają, to sobie ona w szczerym polu zgnije, a my wyciągniemy od Amerykanów 20% ogólnej sumy kosztów, więc im więcej ona, ta baza kosztuje, to i na podwójny koniaczek dla wszystkich koleżków nie tylko z rządu, ale i ze spółeczek skarbu państwa wystarczy, ale niestety – nie mam nadziei.

Przeciwnie, zapłacimy nawet więcej niż potrzeba, aby Amerykanie dojrzeli wreszcie naszą szczerą, oddaną twarz… W imię walki z Sowietami, w imię interesów Wielkiej Ukrainy, z przemówieniem Churchilla z Fulton na ustach, który co prawda przeszedł wówczas na pozycje domagania się zwrotu przez Polskę ziem „zagrabionym” Niemcom, ale przecież jak wiemy od samego Premiera RP, Polski wówczas nie było, była tylko okupacja sowiecka, a Sowieci gwałcili Niemki, zatem sprawa rozwiązała się przez…, no, bo tak. Co prawda premier uznał w innych okolicznościach, że śp. Irena Szewińska zdobywała medale dla Polski, ale co tam.

„Pancerni” na odsiecz

Myślałem, że p. Irena to jednorazowy wyłom, a tu 29.09 objazdowy cyrk „dobrej zmiany” z premierem i samym naczelnikiem państwa zawitał do łódzkiego i do samej Łodzi. A tam Mateusz Morawiecki zaczął używać języka pieśni z serialu używanego przez okupanta do indoktrynowania młodzieży w okresie niebytu państwa polskiego. Ni mniej ni więcej, powiedział: „jeździmy po Polsce i śpiewamy sobie ‘do domu wrócimy, kiedy zwyciężymy, bo to ważna gra". Wszystko fajnie, ale gdzie tu konsekwencja? Przecież IPN-owska wersji historii mówi co innego – żadnego braterstwa broni nie było, nie było polskiej armii idącej ze wschodu, tylko polskojęzyczne oddziały Armii Czerwonej, ze wschodu szli wrogowie gorsi od Niemców, nowi okupanci, którzy milionami gwałcili, niszczyli i wypędzali Niemców i Polaków.

Przecież to we współczesnej Polsce tzw. prawicowe tygodniki opinii posuwają się do używania do bieżących celów politycznych narzędzi wprost z propagandy Goebbelsa, przecież to w Polsce wydaje się masowo książki o bohaterskich obrońcach Monte Cassino i o wiernych do końca przysiędze i Fuhrerowi SS-mannach. I oto nagle premier, wykorzystując serial z dzieciństwa (co tam się u niego oglądało? może by jakiś umyślny łowca agentury Putina od Cenckiewicza zbadał ten wątek w kontekście ostatnich wypowiedzi p. Morawieckiego seniora?) gra na emocjach zwykłych zwolenników PiS ze starszego pokolenia, którzy wiele rzeczy z czasów PRL zachowali we wdzięcznej pamięci. To nie wszystko.

Schizofrenia PiS to nie tylko pieśń Pancernych. To także konkretne wypowiedzi o Łodzi industrialnej, do której trzeba powrócić, o konieczności wdrożenia programu rozwoju i przywrócenia przemysłowej tożsamości Łodzi i województwa. Morawiecki puszcza oko do wyborców, którzy pamiętają Łódź z okresu PRL, a jednocześnie odwołuje się do Łodzi sprzed 100 lat, której rozwój miał być wówczas „bezprecedensowy i na skalę całego świata podziwiany”. Puszcza oko, bo oficjalnie PiS nienawidzi PRL i nie może się do niego odwoływać, ale ludzie pamiętają jednak PRL, a nie 1918 r. Pamiętają drugi po II poł. XIX w. niezwykły rozwój Łodzi po 1945 r., rozwój przemysłowy, cywilizacyjny i demograficzny.

Nauka z historii Łodzi

O rządzących PRL można powiedzieć wiele złych rzeczy, ale w odróżnieniu od fanatyków antykomunizmu, potrafili rozsądnie adaptować się do zastanych warunków i na ich bazie budować. Wielka przemysłowa Łódź powstała w XIX w. na pocie, krwi i krzywdzie polskiego robotnika – byłego chłopa. Borowieccy byli raczej licentia poetica Reymonta niż rzeczywistością. Konsekwencją XIX w. były potężne konflikty narodowościowe i klasowe, które przeniosły się i wystąpiły z dużą siłą w okresie międzywojennym. W połowie lat 30-tych XX wieku Łódź była miastem o ponad 40% mniejszości żydowskiej i niemieckiej z większością polską, w której rękach nie było ani jednej wielkiej fabryki, a średnie w polskich rękach stanowiły ewenement.

Dla coraz bardziej świadomych robotników polskich była to sytuacja na dłuższą metę nie do zniesienia i skutkowała rosnącymi wpływami i zwycięstwami wyborczymi PPS i SN (kolejność alfabetyczna). Wymordowanie Żydów przez Niemców oraz wysiedlenie tychże po wojnie przy zastosowaniu niezbyt chlubnej i moralnie czystej, ale koniecznej wówczas, zasady odpowiedzialności zbiorowej, spowodowały, że Łódź stała się w obliczu rządów komunistycznych w Polsce, miastem czysto polskim. I trzeba wyraźnie powiedzieć, że władze komunistyczne zachowały się i rozsądnie nie niszcząc zbudowanych przez znienawidzonych fabrykantów setek zakładów, jak i bardzo skutecznie, jako nowi gospodarze.

Bilans ich rządów jest zdecydowanie korzystny dla miasta, które pod koniec lat 80-tych zbliżyło się do liczby 900 tys. mieszkańców. To, co nastąpiło później, w tzw. wolnej Polsce po 1989 r. trudno nazwać inaczej, jak bandycką polityką powszechnej destrukcji i nieograniczonej kradzieży. Czy się to komuś podoba czy nie, odpowiedzialność za zniszczenie przemysłowej Łodzi spada na obóz postsolidarnościowy. Także bilans społeczny i demograficzny jest tragiczny.

Dzisiaj Łódź to miasto usług i konsumpcji, wielkiej ilości hoteli, które nie wiadomo jak się utrzymują, miasto praktycznie, poza marginesem zagranicznych fabryk, nie wytwarzające niczego, o zmniejszonej do ok. 690 tys. populacji w dużej mierze złożonej z emerytów, rencistów i zasiłkowiczów. Nie ma nic złego w konsumpcji, ale jeśli nie jest ona wynikiem pracy, konserwuje bezwład, gnuśność, przyzwyczaja do lenistwa. A takich ludzi łatwo kupić „plusem”, czy Pancernymi… Bilans wolnej i niepodległej Polski w Łodzi jest smutny. Dawni opozycjoniści zamknęli się w kręgu wspomnień i rosnącej konfabulacji odnośnie demonizacji życia w PRL.

Zakłady „Uniontex”, gdzie włókniarki spotkały się z Janem Pawłem II świecą w oczy dumną tablicą pamiątkową oraz… zawalonymi stropami i krzakami wyrosłymi przez lata w ruinach. Po dziesiątkach a może setkach innych zakładów nie ma już śladu. Jeszcze inne są szczęśliwie chociaż częściowo zachowane jako galerie handlowe. Premier Morawiecki odwołując się do „bezprecedensowego rozwoju” Łodzi po 1918 r. niestety myli się. Rozwój Łodzi w XIX w. i po 1945 r. związany był ściśle z otwarciem dla łódzkich towarów rynków odpowiednio Rosji i ZSRR. Byłem kiedyś świadkiem bardzo ciekawego wystąpienie na ten temat prof. Giennadija Matwiejewa.

Pozostaje dziś bardzo istotnym pytaniem, jak premier Morawiecki zamierza zrealizować powrót do przemysłowej tożsamości Łodzi przy prowadzonej przez rządy „dobrej zmiany” nienawistnej polityce antyrosyjskiej, na skutek której stosunki polsko-rosyjskie uległy praktycznemu zamrożeniu. Stawiania podobnych pytań nie należy jednak oczekiwać od „plusowych” zwolenników PiS. Im wystarczy powierzchowna propaganda. Roman Dmowski wielokrotnie ubolewał nad niedojrzałością narodu polskiego, nad niskim poziomem myślenia politycznego. Tak mówił w czasach, którym dzisiaj zwykliśmy wystawiać co najmniej dobrą notę w tych kwestiach. Z jakim więc poziomem mamy do czynienia dzisiaj?

Przed nami wybory samorządowe

Mają one to do siebie, że dotyczą generalnie mniejszych społeczności, gdzie czynnik polityczny nie ma, lub przynajmniej nie powinien mieć aż takiego znaczenia i gdzie wyborcy mają łatwiejszą możliwość oceny kandydatów – pod kątem uczciwości i rozumu, przydatności dla gminy, miasta, powiatu. Na niższych szczeblach łatwiej też znaleźć jednostki wartościowe, nawet jeżeli występują pod szyldem partii parlamentarnych.

Główny bój stoczony będzie jednak w tych wyborach o samorządy wojewódzkie, które mają największy ciężar gatunkowy, ze względu na swoje rozliczne uprawnienia i ogrom przepływających przez nie pieniędzy. Otóż, w moim przekonaniu bardzo źle się stanie, jeżeli PiS odniesie zwycięstwo także w tych wyborach, gdyż oznaczać to będzie, że partia ta przejęła w istocie wszystkie najistotniejsze obszary władzy w państwie. Sytuacja taka byłaby w najwyższym stopniu szkodliwa dla Polski. Zawsze jest lepiej, jeżeli ktoś nie posiada pełni władzy i jest w jakiś sposób równoważony/ograniczany przez jakąkolwiek opozycję. Pełnię władzy jednej opcji przeżywaliśmy za sanacji i był to jeden z najgorszych okresów w historii Polski (zakończony klęską sprokurowaną przez tę władzę), pełen zupełnie zdegenerowanej prywaty, samowoli, zadufania w sobie i kultu Piłsudskiego posuniętego do granic ustawy (i absurdu). Opozycja nie miała nic do powiedzenia i nie mogła nic zrobić w sytuacji, kiedy władza sanacyjna opanowała wszystkie obszary życia państwowego.

W końcu doszło do farsy wyborczej (sejm, senat i samorządy – ordynacje post-kwietniowe), która miała zapewnić wieloletnie, nieograniczone rządy sanacji. Bez wątpienia PiS idzie tą drogą i do tego zmierza. Zmieniły się naturalnie niektóre okoliczności i uwarunkowania, ale w szerszych zarysach, mamy do czynienia z deja vu. Miejmy świadomość tego, że to nasz pojedynczy głos w zestawieniu z innymi pojedynczymi głosami w skali kraju, jak kropla drążąca skałę, może zdecydować o powodzeniu lub nie planu zdobycia wszechwładzy przez PiS. Nieprzekonanych zachęcam, aby chociaż nie przykładali ręki do wyniku PiS.

Awantura o rzekome sfałszowanie wyborów rozpętana przez PiS i pożytecznych idiotów cztery lata temu miała ostrze skierowane głównie przeciwko sukcesowi PSL w wyborach do sejmików. Jestem przekonany, że jednym z celów najbliższych wyborów jest zadanie takiego ciosu PSL, po którym partia ta nie podniesie się i w następnym roku wypadnie z Sejmu. Pamiętajmy o tych dwóch aspektach, podczas październikowego głosowania.

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 43-44 (21-28.10.2018)

Dzial: