Czeka mnie jeszcze dużo pracy

piwar_0.jpg
Z Warszawy wyruszyliśmy 9 września. Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo naszą grupę przyjął szef wydziału prasowego tego miejsca. Po czym oprowadził nas po... lotnisku. Było zwiedzanie tamtejszego muzeum, oglądanie makiety portu lotniczego oraz przejazd podziemną kolejką z Terminali D, E i F do Terminalu B.

Rosjanie po prostu chcieli zaszpanować jak potężne mają lotnisko (w samej Moskwie jest ich kilka) i pochwalić się nowymi (wymuskanymi na cacy przed Mundialem) obiektami. W Terminalu B zwiedzaliśmy więc głównie ekskluzywne strefy dla VIP-ów, tj. posiadaczy „złotej karty” i biletów klasy biznes (na które nigdy nie było mnie stać). Jeden z kolegów dziennikarzy za pomocą specjalnej aplikacji zainstalowanej w telefonie wyliczył, że na lotnisku Szeremietiewo przemaszerowaliśmy tego dnia 5,5 kilometrów. Nieco zmęczeni (ale najedzeni – w strefach VIP częstowali nas serwowanymi tam przysmakami) wsiedliśmy wieczorem do samolotu i ekonomiczną klasą odlecieliśmy do kolejnego punktu naszej wyprawy.

W Niżnym Nowogrodzie Rosjanie także chcieli zaszpanować. Tym razem popisywali się swoim nowoczesnym stadionem oraz ośrodkiem, w których trenują i relaksują się sportowcy. Była też przejażdżka kolejką linową nad Wołgą – czas podróży (z jednego brzegu rzeki na drugi) kilkanaście minut. Samochodem (naokoło przez odlegle mosty i w korkach) kilka godzin. Tak więc opłacało się zainwestować w budowę podniebnego tramwaju, który służy mieszkańcom jako miejski środek transportu. Było również zwiedzanie fabryki szklanych ozdób choinkowych „Ariel”. Bombki z Niżnego Nowogrodu są słynne na cały świat. Zobaczyliśmy proces powstawiania tych pięknych, ręcznie malowanych małych dzieł sztuki. Nawet sami mogliśmy spróbować namalować własną bombkę – sztuką było potem dowieść ją w całości do Warszawy. Mnie się udało.

W historii Rosji/ZSRR (także w rosyjskiej/radzieckiej kinematografii) ważne miejsce odgrywa kolej, dlatego nie mogło nas zabraknąć w muzeum parowozów. Potężne ciuchcie z czerwoną gwiazdą prosiły się o sesję zdjęciową, tak więc mieliśmy czym zapełnić portale społecznościowe. Efekciarskie fotki robiliśmy także na tarasach widokowych z Wołgą w tle oraz za murami tamtejszego Kremla, po którego zakamarkach również nas oprowadzono.

Ducha zimnej wojny dotknęliśmy w mieszkaniu Andrieja Sacharowa. Obecnie mieści się w nim muzeum poświęcone temu słynnemu radzieckiemu fizykowi jądrowemu. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla (1975) i wielu innych nagród (Order Lenina, Nagroda Stalinowska, i takie tam) w 1980 roku został zesłany do miasta Gorki (w czasach radzieckich tak nazywał się Niżny Nowogród) za protesty przeciwko agresji ZSRR na Afganistan. Generalnie trochę mu się uzbierało, gdyż był modelowym dysydentem tamtej epoki. Po kilku latach zsyłki do kwartiry przyszli smutni panowie z KGB w celu zainstalowania telefonu. Dwa dni później na telefon osobiście zadzwonił Gorbaczow i oznajmił Sacharowowi, że może już wrócić do Moskwy.

Muzeum pamiętające tamto wydarzenie mieści się w typowym obskurnym bloku z poprzedniej epoki. Podobne obiekty skutecznie szpecą rosyjski krajobraz. Niewyremontowane, śmierdzące, depresyjne – wywołują dreszcze, gdy ogląda się je z zewnątrz, a co dopiero, kiedy zwiedza się od środka. Powodów do szpanu jakby już mniej.

Nieodłącznym elementem wypraw polskich dziennikarzy do Rosji są spotkania z ludźmi. W Niżnym Nowogrodzie i Jarosławiu (do którego udaliśmy się w następnej kolejności) podjęli nas oficjalnie przedstawiciele tamtejszych władz. Podczas spotkań w magistratach wspomnianych miast Rosjanie starali się zaprezentować z jak najlepszej strony. I nie ma w tym nic złego. Przywitano nas jako bardzo ważnych gości (to miłe). Posłuchaliśmy o wielkich inwestycjach, rozwoju regionu i atrakcyjnych ofertach turystycznych (na temat ewentualnych problemów i trudności nie byli już tacy wylewni).

Żałowałam tylko, że było po sezonie letnim i z pierwotnych panów rejsu po Wołdze nic nie wyszło. Pozostało podziwianie nadwołżańskiego krajobrazu z brzegu i mostów. Generalnie Rosjanie są bardzo gościnnym narodem, ceny mają przystępne, przyrodę ciekawą, a zabytki piękne i zadbane. Śmiało polecam turystyczny wypad w tamte rejony.

W Jarosławiu zorganizowano dla nas spotkanie w mieszkańcami, którzy mają polskie korzenie. Historie jakich wiele. Przodkowie brali udział w powstaniu i za karę zostali zesłani do Rosji. Dla ich potomków teraz Rosja jest ojczyzną. O polskim pochodzeniu starają się jednak nie zapominać. Zdziwiło mnie, że podczas oficjalnej części spotkania nikt nie mówił po polsku. Ośmielili się dopiero podczas bezpośrednich rozmów w kuluarach. Chyba wstydzili się na forum zabrać głos z obawy, że kaleczą język. We wcześniejszych latach byłam na wielu podobnych spotkaniach w Domach Polskich na Wschodzie. To jest zawsze wzruszające przeżycie dla obu stron. Przede wszystkim jednak takie spotkania są bardzo potrzebne, bo pomagają odbudować mosty.

O tym, że polskich dziennikarzy strona rosyjska potraktowała bardzo poważnie, świadczy również fakt, że po powrocie do Moskwy zorganizowano dla nas spotkanie Fiodorem Łukjanowem, przewodniczącym rosyjskiej Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej. Ten słynny rosyjski politolog jest także redaktorem naczelnym czasopisma „Rosja w globalnej polityce” oraz ekspertem Klubu Wałdajskiego.

Zwiedzanie dużych miast, tamtejszych fabryk, muzeów i pięknych cerkwi po raz kolejny odhaczone. Tymczasem rosyjska rzeczywistość to także prowincja, którą jedynie fragmentarycznie zobaczyliśmy z trasy przemierzonej busem. Główne drogi między dużymi miastami całkiem dobre. Wsie, które mijaliśmy po drodze opustoszałe, drewniane chałupy zawalone, pola zachwaszczone, przydrożne lasy zaśmiecone. Smutny obraz nie pozostawia złudzeń – rosyjska prowincja uciekła do wielkich miast.

Jednak gdzieniegdzie trafiałam na widok, którego szczerze Rosjanom zazdroszczę. Ktoś w końcu gdzieś tam jakieś pole uprawia, hoduje zwierzęta czy łowi ryby... I proszę sobie wyobrazić, że żywność od prostego chłopa czy wiejskiej babuleńki można normalnie kupić na ulicy (bez kasy fiskalnej). Co za szczęściarze, że nie znają unijnych przepisów i regulacji. Móc zjeść ze smakiem wolne od chemii warzywa i owoce, czy świeżą rybę z przydrożnej budy, której nie dosięgła wizyta urzędnika BHP – takie klimaty już tylko na Wschodzie.

Do Rosji jeżdżę dość często i nie waham się przyjmować zaproszeń do tego kraju. Właściwie korzystam z każdej nadarzającej się okazji, by tam pojechać. Oczywiście lubię podróże, ale nie to jest dla mnie w tutaj priorytetem. Zwyczajnie czuję potrzebę naprawiania tego, co psują politycy i usłużni im dziennikarze. I nie chodzi jedynie o to, że podobnie jak senator Grubski uważam, iż Polska wiele traci – głównie gospodarczo – na wrogiej postawie wobec Rosji. Martwi mnie także aspekt międzyludzki. W tym kontekście tradycyjnie nawiążę do komentarzy z portali społecznościowych.

Podczas podróży na bieżąco opisuję ich przebieg i dołączam fotografie. Do tej pory chyba najmocniej oberwałam za zdjęcia z Iranu – tzw. „polska prawica” nie może mi darować założenia chusty na głowę (steku obelżywych epitetów pod moim adresem nie ma sensu cytować). Za Rosję również jestem rugana. Co ciekawe, znajduje się cała masa „doradców”, którzy dyktują mi co mam robić (lub nie robić), albo krytycznie wytykają, że czegoś... nie zrobiłam. Mam wrażenie, że wielu moich Rodacy utkwiło w martwym punkcie. Poniżej kilka przykładów.

Z ubiegłym roku zamieściłam na Facebooku filmik z ceremonii zakończenia XIX Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Soczi. Impreza, która zgromadziła tysiące młodych ludzi z całego świata, zakończyła się wspólnym odśpiewaniem piosenki „Alleluja” i ballady „One of us”, w której padają słowa „God is great, God is good” (Bóg jest wspaniały, Bóg jest dobry). Było to ciekawe przeżycie, jakiego nie spodziewałam się doświadczyć w Rosji, dlatego chętnie podzieliłam się tym na portalu społecznościowym. W komentarzu pewien „prawicowy działacz” (a obecnie kandydat na burmistrza jednego z polskich miast) dorzucił złośliwie – czy nie zapytałam przy okazji, kiedy Putin odda wrak (oczywiście chodzi o samolot, który rozbił się pod Smoleńskiem).

Latem tego roku pojechałam na Krym, gdzie uczestniczyłam w warsztatach edukacyjno-szkoleniowych zorganizowanych dla młodych sympatyków sztuki filmowej. Podczas uroczystej inauguracji turnusu z głównej sceny zabrzmiały utwory Anny German. Dumna z tego, że nasza artystka do dziś wzbudza wśród Rosjan tak ciepłe uczucia, podzieliłam się tym faktem na Facebooku. Tak się złożyło, że było to dnia 1 sierpnia. W prywatnej wiadomości otrzymałam taką oto wiadomość (skądinąd od bardzo sympatycznego człowieka): „Jako twój fan i wielbiciel napiszę w dobrej wierzę... że dziś żadnych krymów, Rosjan itd... itp... z racji rocznicy powstania”.

Chodziło oczywiście o rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Tymczasem, tak się składa, że z rocznicowych obchodów realizowałam reportaże jeszcze w czasach, kiedy przypominanie o ofiarach powstania nie było modne i medialnie opłacalne. Po latach odnoszę wrażenie, że obecnie wielu Polaków stało się „więźniami” polityki historycznej partii rządzącej. Cóż, nie wstrzeliłam się w koniunkturę, no to dostałam upomnienie.

I wreszcie, podczas ostatniej podróży do Rosji – kiedy z powrotem dotarliśmy do Moskwy – zaproszono nas do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Obok spotkania z przedstawicielami departamentu prasowego był czas na zwiedzanie budynku. Pokazano nam m.in. drzwi do gabinetu ministra Siergieja Ławrowa (który był akurat służbowo w Bośni) oraz salę, do której słynna Maria Zacharowa zaprasza dziennikarzy z całego świata na konferencje prasowe. Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem pamiątkowej fotografii przy mównicy pani rzecznik. Zdjęciem pochwaliłam się na portalu społecznościowym. Tak się złożyło, że było to akurat dnia 17 września. Nie trudno się domyśleć, że znowu mi się oberwało.

Pewien „działacz patriotyczny” (mieliśmy okazję poznać się osobiście) zrugał mnie tak, jakbym co najmniej zamieściła fotkę z portretem Stalina. Sugerował (potem prostował, że to niby w żarcie), że powinnam „skorzystać z okazji oraz smutnej rocznicy i przeprosić – w imieniu Rosyjskiej Federacji, prawnej spadkobierczyni Związku Sowieckiego – za krzywdy wyrządzone Polsce i Polakom od 17 września 1939 roku”. W dalszej części komentarza (i tu już zastrzegł, że to na poważnie) zastanawiał się czy „obecny stosunek władz rosyjskich do tego tematu, do bandyckiej zmowy z Hitlerem i współodpowiedzialności za wybuch II wojny światowej uważam za zgodny z historyczną prawdą”. I wreszcie zapytał „czy w ogóle przypominam jakimś przedstawicielom tamtejszych władz o tym, jaką traumą jest dla nas ta tragiczna data?”.

Odpowiem tu i teraz, krótko i konkretnie. Towarzysząc z kamerą wyprawom Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego zrealizowałam dwa filmy dokumentalne. Było w nich wyraźnie powiedziane kto był katem, a kto ofiarą. W filmie padły też deklaracje, że nie o zemstę nam chodzi, ale o pamięć i prawdę. Na specjalny pokaz zaprosiłam Siergieja Andriejewa, ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce, który przyszedł obejrzeć mój film wraz z towarzyszącym mu korpusem dyplomatycznym. Po seansie pan ambasador podszedł do mnie i podał mi rękę.

Tymczasem wielu moich Rodaków – zafiksowanych manipulacjami partii rządzącej (i współgrającej z nią opozycji) – nieustannie rości sobie prawo do prawienia mi morałów i karcenia za kontakty z Rosjanami. Przy okazji często wychodzi, że nawet nie znają treści moich reportaży i wywiadów, a jedynie wybiórczo oglądają zdjęcia wrzucane na Facebooku. Wytresowani pod klucz, na hasło: Rosja – widzą jedynie sowieckie zbrodnie (i/lub „smoleński wrak”). Wisienką na torcie tego szaleństwa jest chora reakcja na wywiad, jakiego udzielił senator Maciej Grubski. Złowrogie siły pracujące nad podsycaniem nienawiści, póki co, wygrywają. Dlatego czeka mnie jeszcze sporo pracy, by to naprawić.

Agnieszka Piwar
Myśl Polska, nr 41-42 (7-14.10.2018)

Dzial: