Szloch nad rozlanym mlekiem

fakt_0.jpg
Kiedy weekendowy „Fakt” zamieścił artykuł „Ojciec wybrał politykę, a syn sznur", dotyczący samobójczej śmierci syna Leszka Millera, zrobił się skandal. Okładka i tytuł publikacji okazały się być ponad społeczną wrażliwość, jak i dziennikarskie standardy. Naczelny „Faktu” zrezygnował ze swojej funkcji, co jednak w żaden sposób nie umniejszyło świętego oburzenia, jakim pałały tuzy dziennikarstwa oraz polityki.

Być może będę w swojej opinii odosobniony, ale oburzenie to przypominało mi festiwal obłudy, który miał przypudrować ekskrement, w którym od dawna się taplamy. Przyznam, że nie czytam niemieckiej gazety für Polen, czyli „Faktu”, więc nie wiem, co było w rzeczonym tekście. Mogę się jedynie domyślać. Znając urok tabloidów, skandalem tym jednak nie nie jestem zaskoczony, a nawet dziwię się, że w ogóle „wybuchł”. Skandale bowiem, to sens istnienia prasy bulwarowej, nimi się ona karmi, a w przypadku ich braku, bezczelnie je kreuje. Taki też jest „Fakt”. Czysty produkt. Od początku do końca. Dokładnie skrojony na miarę, z jasno wybraną grupą docelową. W jego przypadku, to 255 tysięcy czytelników, którzy każdego dnia, mając potrzebę wytaplania się w dziennikarskim szlamie, ochoczo to robią.

Problem jednak jest szerszy i nie dotyczy tylko „Faktu” (który notabene świętego nie udaje), ale także innych polskich mediów, które poza wyjątkami, trudno traktować poważnie. A to dlatego, że większość z nich, to dziennikarski fast food, skierowany do odbiorcy intelektualnie rubasznego, oczekującego konkretnej strawy przyprawionej na ostro, najlepiej krwią i seksem, a w wersji lajtowej – łzawego harlekinu. Dlatego, co bardziej wyrobieni czytelnicy puszczają ten prasowy chłam mimo oczu, zaglądając jedynie tam, gdzie wiedzą co znajdą, podane na dodatek w sposób taki, jaki lubią.

Odkąd dziennikarstwo stało się zakładnikiem klikalności, trudno mówić o jego tradycyjnej misji. Żyjemy w czasach, w których tytuły artykułów nie odzwierciedlają ich treści, a leady dezinformują czytelnika od pierwszego wyrazu. Wszystko to wybełtane infantylną treścią i językiem wprost ze „szkolnych zeszytów”. Do tego wszechobecny przesadyzm, wrzaskliwość i jeden wielki jazgot, w którym nie ma czasu na refleksję i namysł, bo już podsuwane są kolejne treści. Elegancko powinno się to wszystko nazwać rozstrojem, choć – skoro już zahaczamy o ten poziom – bardziej adekwatne, byłoby tutaj określenie – sraczka.

Klasyczne dziennikarstwo w zderzeniu z obowiązującymi gustami ma dla siebie coraz mniej miejsca. Tradycja dziennikarska dogorywa, o czym wiedzą sami dziennikarze. Już dzisiaj topowe redakcje wykorzystują algorytmy piszące newsy. Za chwilę coraz mniej będzie potrzebny dziennikarz-człowiek. Materiał z terenu zbierze dron, tekst wypichci bot, a przed nasze oczy dostarczy go tablet. To nie fantasmagoria. To już się dzieje. A kiedy stanie się to do końca, to na co komu będą jeszcze potrzebni dziennikarze?

Tymczasem „Fakt”, kiedy już otrzepie z siebie kurz potępienia, radośnie pogna za kolejnym skandalem, po raz kolejny wymiesza pomyje z winem, bo to tylko zwykły biznes jest, który nie wiedzieć czemu, szumnie nazywa się dziennikarstwem. Na skandale czekają przecież stęsknieni czytelnicy. Jak w biznesie, jest klient, jest towar. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. W końcu de gustibus non est disputandum.

Maciej Eckardt
Myśl Polska, nr 39-40 (23-30.09.2018)