Powstanie Warszawskie w poezji Anny Świrszczyńskiej

warsaw 44.jpg
Nikt bardziej nie oddał tragedii, hekatomby i bezsensu Powstania Warszawskiego niż poetka Anna Świrszczyńska (1909-1984). Tomik jej wierszy poświęconych powstaniu – „Budowałam barykadę” (Czytelnik, Warszawa 1974) – jest najbardziej wstrząsającym aktem oskarżenia wobec tych, którzy do powstania doprowadzili i którzy nigdy nie zdobyli się na jakąkolwiek refleksję nad swoją odpowiedzialnością za zagładę stolicy.

Wręcz przeciwnie – chodzili w aureoli chwały, na którą nie zasłużyli. Tak też są dzisiaj przedstawiani przez swoich gloryfikatorów i politycznych epigonów.

Anna Świrszczyńska była córką malarza, rzeźbiarza i etnografa Jana Świerczyńskiego i Stanisławy z Bojarskich
. Nazwisko Świrszczyńska powstało w wyniku błędnego zapisu w księdze metrykalnej, który nigdy nie został sprostowany. Jej rodzice żyli skromnie, dlatego po zdaniu matury w warszawskim gimnazjum Janiny Tymińskiej w 1927 roku nie podjęła – z braku środków – planowanych studiów artystycznych. Wybrała polonistykę i została poetką, także dramatopisarką i prozaiczką. Tworzyła utwory przeznaczone głównie dla dzieci.

Łatwo jest dzisiaj dyskredytować Świrszczyńską, ponieważ była człowiekiem lewicy. Tak czynią – co stwierdziłem z niesmakiem – zwolennicy obecnego obozu władzy. W latach 30. XX wieku Świrszczyńska była związana z pismem młodzieżowym „Płomyk” (wydawanym przez lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego) oraz pismem lewicowej inteligencji „Wiadomości Literackie”. W 1936 roku została członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, a w latach 1936-1939 pracowała w Związku Nauczycielstwa Polskiego, m.in. jako redaktorka „Małego Płomyczka”. W tymże 1936 roku wzięła też udział w słynnym strajku nauczycieli przeciw zwieszeniu Zarządu Głównego ZNP, który władze sanacyjne oskarżyły o propagowanie komunizmu i sympatie prosowieckie.

Współcześni kalumniatorzy Świrszczyńskiej z lubością przywołują podpisanie przez nią rezolucji krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich z 8 lutego 1953 roku, wyrażającej poparcie dla władz PRL po skazaniu w procesie pokazowym duchownych kurii krakowskiej. List ten podpisali m.in. Jan Błoński, Karol Bunsch (legionista Piłsudskiego i weteran wojny polsko-bolszewickiej), Władysław Dobrowolski (także weteran wojny polsko-bolszewickiej), Leszek Herdegen, Jalu Kurek, Sławomir Mrożek, Stefan Otwinowski i Wisława Szymborska.

Tylko czy w oparciu o ten epizod z życiorysu można dyskredytować twórczość Świrszczyńskiej, a zwłaszcza to co miała do powiedzenia o Powstaniu Warszawskim? Przecież to jest zabieg typowo bolszewicki – ocena człowieka w oparciu o wybrane fragmenty jego życiorysu, które mają go kompromitować według z góry przyjętych kryteriów.

anna 1.jpg
Anna Świrszczyńska jako sanitariuszka AK

Świrszczyńska pisała o Powstaniu Warszawskim nie z pozycji komunistycznej propagandy, ale z pozycji świadka – uczestniczyła w nim jako sanitariuszka AK. Widać to w niemal w każdym jej wierszu. Krytyka Świrszczyńskiej koresponduje nie z propagandą komunistyczną, ale z krytyką Powstania Warszawskiego, jaką uprawiali np. gen. Władysław Anders, Stanisław Cat-Mackiewicz, czy pisarze i publicyści obozu narodowego (Jan Dobraczyński, Jędrzej Giertych, Jan Matłachowski i in.).
Jednym z najbardziej oskarżycielskich pod adresem dowództwa AK wierszy Świrszczyńskiej jest wiersz „Żołnierz mówi do generała”:

„Chodź ze mną, generale.
Pójdziemy razem
zdobywać pięściami
karabiny maszynowe i armaty.

Kazałeś mi przecież zdobywać pięściami
karabiny maszynowe i armaty”.

Bohaterem tego wiersza jest gen. Antoni Chruściel „Monter” (1895-1960) – dowódca Okręgu Warszawskiego AK, uhonorowany za powstanie trzecim krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Dzwonem „Monter” w Muzeum Powstania Warszawskiego. „Monter” wymusił wybuch powstania fabrykując i rozpowszechniając po południu 31 lipca 1944 roku fałszywy meldunek o rzekomym pojawieniu się czołgów sowieckich w miejscowościach podwarszawskich, a nawet na Pradze.

Sytuacja przedstawiona w wierszu „Żołnierz mówi do generała” odnosi się do odprawy dowództwa Okręgu Warszawskiego AK z 27 lipca 1944 roku. Antoni Chruściel „Monter” zażądał na niej wykonania zadań, jakie w związku z planowanym powstaniem wyznaczył Obwodom, a dowódcy Obwodów oświadczyli, że zadania te są niewykonalne z powodu braku broni i amunicji. Wówczas „Monter” rozkazał, by nieuzbrojonym żołnierzom AK zostały wydane siekiery, kilofy i łomy. Przy pomocy takiego sprzętu mieli atakować przeciwnika uzbrojonego w broń maszynową, granaty, miotacze płomieni, moździerze i artylerię (później także czołgi, lotnictwo i broń rakietową). Tym, którzy tego rozkazu nie wykonają „Monter” groził sądem wojennym.

Tadeusz Prus-Maciński – uczestnik powstania w batalionie NOW-AK „Gustaw” – następująco skomentował rozkaz „Montera” w 1992 roku: „Chruściel skompromitował się wobec dowódców Obwodów, bo wszak drogę natarć toruje się (ułatwia): przygotowaniem artyleryjskim, bombardowaniem lotniczym, bronią pancerną, ewentualnie – w fazie szturmu – ładunkami wybuchowymi, wiązkami granatów, ale na miłość Boską – nie siekierami!” [1].

Wydaje się to oczywiste, ale bynajmniej nie dla współczesnych gloryfikatorów generała „Montera”.
Wielkim i szokująco wymownym oskarżeniem Świrszczyńskiej pod adresem dowództwa AK jest też wiersz „Niech liczą trupy”:

„Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy”.

To nie jest komunistyczna propaganda. To jest wypowiedź świadka. Świrszczyńska widziała po kapitulacji powstania to miasto, którego nie ma i szła przez ulice, których nie ma. Czy tylko ona jedyna życzyła sobie wtedy, by ten widok zobaczyli sprawcy powstania? By uklękli wśród tych ruin i liczyli trupy? Stosunek ludności cywilnej – skazanej w ogarniętej powstaniem Warszawie na cierpienie i zagładę – był jednoznaczny nie tylko do dowództwa, ale nawet do żołnierzy AK. Najczęściej wyrażały go słowa „bandyci” i „mordercy naszych dzieci”. Tego jednakże też nie dowiemy się od współczesnych gloryfikatorów Powstania Warszawskiego.

Świrszczyńska jest w swoich wierszach świadkiem oraz obserwatorem rzeczy i wydarzeń przerażających. Obserwatorem, który najczęściej nie wydaje sądów i ocen, pozostawiając czytelnika samego z makabrycznym obrazem. Przypomina to styl opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, za który też był krytykowany. Taki makabryczny obraz, przemawiający do czytelnika samą grozą, mamy np. w wierszu „Major powiedział”:

„ – Rozkaz ma być doręczony w ciągu godziny –
powiedział major.
– To niemożliwe, tam piekło –
powiedział podporucznik.
Poszło pięć łączniczek,
jedna doszła.

Rozkaz był doręczony w ciągu godziny”.

Od razu nasuwa się pytanie: po co, w imię czego była ta ofiara? Co chcieli osiągnąć sprawcy powstania rzucając na bezsensowną śmierć tysiące, dziesiątki tysięcy wartościowej inteligenckiej młodzieży? Ci ludzie mogli przecież zostać nauczycielami, naukowcami, lekarzami, inżynierami, prawnikami, pisarzami, aktorami. Wielu z nich nie ma do dzisiaj nawet swoich mogił. Tych ludzi zabrakło w Polsce po 1956 roku. To oni mogli wtedy zmieniać oblicze kraju, a nie „komandosi” wywodzący się z hufca walterowskiego.

Jeszcze większą grozą przemawia wiersz „Z granatem na gniazdo cekaemów”:

„Przestali strzelać, poruczniku,
dajcie mi granat, ja pójdę pierwsza,
ja najmniejsza, mnie nie zobaczą,
jak kot na brzuchu, dajcie mi granat.

Jak kot na brzuchu przez kałużę,
granat w garści, wolno powoli
serce tak wali, jeszcze usłyszą,
pomóż mi Boże, wolno powoli,
jak kot na brzuchu, bliżej bliżej,
Boże, jeszcze, jeszcze bliżej,
teraz, odbezpiecz granat, skok.

Skoczyła. Niemcy
puścili serię”.

Pokazane w tym wierszu realia powstania są jakże niemiłe dla jego współczesnych gloryfikatorów oraz dla tych, którzy biegając z biało-czerwonymi opaskami 1 sierpnia myślą, że to była fajna harcerska przygoda.
To samo mamy w wierszu „Szli kanałami”:

„Szli kanałami
niosła go na plecach
po piersi w śmierdzącym kale
w ciemności bez powietrza
potykała się o trupy
tych co się potopili
czepiała się śliskich ścian
po których pełzały szczury
mówiła: poruczniku
niech pan się trzyma za szyję
to już niedługo.

Szli kanałami błądzili
niosła go na plecach
dziesięć godzin.

Gdy wyszła na ulicę
pod niebo czystej nocy
sanitariuszki powiedziały:
przyniosłaś trupa”.

Świrszczyńska jako sanitariuszka musiała być bezpośrednim świadkiem tej sceny. Może to nawet ona powiedziała koleżance, że przyniosła trupa.
I wreszcie tragiczny obraz klęski, przegranej po dwóch miesiącach walki, której nie można był od początku wygrać. Wiersz „To już koniec”:

„Tej nocy
zrozumieli wszyscy, że to już koniec.

Zabrakło wody
i sił, żeby szukać wody,
od trzech dni
nie ma łyżki gotowanego jęczmienia,
na brudnych bandażach
śmierdzi ropa i krew,
oczy, które tydzień nie spały,
zamykają się nawet na posterunku
bojowym, pod ostrzałem,
nogi, co się wlokły kanałami,
zmęczone jak kamienie,
wypada z ręki
pusty pistolet.

Więc kiedy usłyszeli o świcie
grzmot czołgów wroga idących do nowego ataku,
zrozumieli, że to koniec.
Tego ataku
już nie odeprą”.

Ileż treści ma ten wiersz. Łyżka gotowanego jęczmienia jako dzienna racja żywnościowa walczącego żołnierza AK, brak wody, brak sił, brudne bandaże, śmierdząca ropa i krew, brak snu, brak broni i amunicji – wypadający z ręki pusty pistolet. Tak wyglądało Powstanie Warszawskie, a nie tak jak to jest przedstawione w Muzeum Powstania Warszawskiego – miejscu kultu Antoniego Chruściela „Montera” i największej składnicy broni w Polsce.

Polecam tomik „Budowałam barykadę” Anny Świrszczyńskiej wszystkim tym, którzy potrafią myśleć bez ideologicznych uprzedzeń i którzy poszukują prawdy historycznej.

Bohdan Piętka

[1] Cyt. za: J. Engelgard, M. Motas, „W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego”, Warszawa 2017, wyd. II, s. 99.

Myśl Polska, nr 35-36 (26.09-2.09.2018)

Dzial: