Trzy oblicza Manili

manila.jpg
Po kilku godzinach spędzonych w ciasnym samolocie możliwość rozprostowania nóg i przyjemność korzystania z otwartej przestrzeni wyzwalają w mózgu potężną dawkę endorfin. Jeszcze kilka niezbyt uciążliwych formalności celno-paszportowych, odbiór bagażu i w kolorowym tłumie wylewamy się przed halę przylotów lotniska w Manili.

Wprost w strefę dusznego, wilgotnego upału. Rozpoczyna się pora deszczowa. Jak przekonamy się za klika minut tropikalna ulewa, która nas czeka, nie przyniesie ulgi. Przeciwnie powietrze stanie się jeszcze cięższe i jeszcze bardziej nieznośne.

manila 2.jpg

Teraz trzeba jeszcze dotrzeć do hotelu. Mamy dwie alternatywy. Tanie i solidne „regular taxi”, na które trzeba będzie poczekać w kilkudziesięciometrowym ogonku, albo prywatna półlegalna taksówka. Ta ostatnia dostępna jest od ręki ale cenę przejazdu trzeba negocjować z kierowcą. Oznacza to, że nieświadomy turysta może przypłacić nawet kilkanaście razy. My znamy już miejscowe stawki. Nasz szofer jest niebyt szczęśliwy, ale w końcu dobijamy targu. W końcu opuszczamy teren lotniska. Wita nas Manila.

Pierwsze wrażenie jest odpychające
. Brudne, koślawe, betonowe budynki oblepione różnobarwnymi budowlami wykonanymi z wszelkich dostępnych materiałów składają się na trudny do opisania architektoniczny chaos. Brudne ciasne i wiecznie zatłoczone uliczki, choć tętniące życiem, wywierają na nas ponure wrażenie. Zewsząd wyziera brud i nędza. Przy pierwszym kontakcie Manila zniechęca, i to bardzo wyraźnie.

Przebijając się przez gargantuiczny korek docieramy w końcu do Zatoki Manila. Robi się znacznie przestrzenniej, pojawia się jakaś zieleń. Także architektura staje się nieco bardziej uporządkowana. Dominuje jednak brzydota. Ciągle nie możemy pozbyć się przykrego wrażenia brudu, tym bardziej, że wyziera on z mijanych przez nas zaułków. To co widzimy nie jest dla nas zaskoczeniem. Manila do lat cieszy się zasłużoną (choć jak już obecnie wiem poważnie zdezaktualizaowaną) opinią nieciekawego miasta.

Przede wszystkim dlatego, że podobnie jak Warszawa została niemal doszczętnie zniszczona w czasie ostatniej wojny światowej. Japońscy okupanci, do dziś źle wspominani w tej części świata, stawiali tutaj zacięty opór wojskom amerykańskim. Bitwa o Manilę przyniosła niemal całkowite zniszczenie miasta i śmierć stu tysięcy filipińskich cywilów. Tymczasem jest późno, dziś i tak już nic nie zobaczymy. Byle do hotelu, przespać się, wypocząć, nabrać chęci do działania.

Następnego dnia idziemy obejrzeć to co zostało z dawnej Manili. Oraz to co gigantycznym wysiłkiem udało się odbudować. Kierujemy się do historycznej dzielnicy Intramuros. Otoczona pamiętającymi czasy hiszpańskich konkwistadorów murami dzielnica właśnie od nich bierze swoją nazwę. Popijając kupiony na ulicznym kramie, za zawrotną sumę 10 peso (ok 70 groszy) świeży skok z kokosa, przyglądamy się kolonialnej architekturze. Jest ona bardzo europejska. Równie dobrze moglibyśmy być teraz gdzieś na południu Hiszpanii lub Portugalii. Nic dziwnego, przez ponad trzy stulecia hiszpańskiej dominacji biło tutaj administracyjne, polityczne i gospodarcze serce Filipin. Pozostałości tego okresu oglądamy zresztą wkrótce w interesującym muzeum przy kościele św. Augustyna. Historia misji to przede wszystkim historia cywilizacji, trzystuletniego wysiłku, który sprawił, że dzisiejsze Filipiny są najbardziej europejskim z państw Azji.

Sam kościół San Augustin i przyległy do niego klasztor augustianów, jest arcyinteresujący. Ten monumentalny barokowy gmach przetrwał jako jeden z nielicznych pożary, wojny i trzęsienia ziemi. Tutaj, 8 sierpnia 1898 r. hiszpański gubernator Fermin Jaudenes przygotował warunki przekazania Manili Stanom Zjednoczonym po wojnie hiszpańsko-amerykańskiej. Podczas okupacji japońskiej San Agustin stał się obozem koncentracyjnym,. Co ciekawe jako jedyny z siedmiu kościołów Intramuros przetrwał niemal nienaruszony hekatombę bitwy o Manilę. Tyle szczęścia nie miała choćby Katedra Niepokalanego Poczęcia. Choć jej imponująca bryła znów zdobi miasto, zniszczone w czasie walk wnętrze nie odzyskało swojego blasku.

Co ciekawe, nieopodal katedry, wśród zieleni otaczającej Fort Santiago, w prestiżowo zlokalizowanej, dziewiętnastowiecznej kamienicy mieści się konsulat honorowy Rzeczpospolitej Polskiej. Stąd biało-czerwona flaga powiewa dumnie w jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc w Manili. Szczęśliwie po latach karygodnych zaniedbań ostatnio przywróciliśmy naszą dyplomatyczną obecność w tej części świata, wato jednak przypomnieć, że przez lata to właśnie konsul honorowy (obecnie jest nim Pan Fernandino T. Lising) troszczył się o Polaków odwiedzających Filipiny.

Te dwa obrazy – brudne i chaotyczne centrum oraz postkolonialne Intramuros budowały przez lata wizerunek Manili. To zbyt mało by zachęcić turystę spragnionego wypoczynku na rajskich plażach do zmiany zaplanowanej marszruty. Jednak obok tych dwóch jest jeszcze trzecia, zupełnie inna Manila, do której prędzej czy później trafiają ludzie interesu. Trafiamy tam i my. BGC i nieco starsza od niego Makati to dwie dzielnice pełne kilkudziesięciopiętrowych wieżowców. Nowoczesna architektura dominuje krajobraz.

Na ulicach próżno szukać chaotycznie rozstawionych kramów i garkuchni. Znika gdzieś bród i nieład. Miejsce charakterystycznych jeepneyów zajmują luksusowe limuzyny. Zamiast straganów są tu galerie handlowe, zamiast podejrzanych spelunek - eleganckie kluby. Dzisiaj to właśnie tutaj mieszka i pracuje finansowa i polityczna elita Filipin. Tutaj, szczególnie w BGC, czuje się dynamikę i rozwój. Gołym okiem widać, że dzisiejsze Filipiny idą ścieżką wyznaczona kilkadziesiąt la wcześniej przez Azjatyckie Tygrysy.

Taka jest współczesna Manila. Monstrualna w swym rozmiarze, lecz urozmaicona i różnorodna. Dynamiczna i pełna kontrastów. Z całą pewnością godna uwagi.

Przemysław Piasta
Myśl Polska, nr 33-34 (12-19.08.2018)

Dzial: