Wspomnienie o Ignacym Kozielewskim

kozielewski.jpg
Ignacy Kozielewski był współtwórcą harcerstwa polskiego, działaczem społecznym, redaktorem wielu pism. Tak się złożyło, że stał się znany na całą Polskę. Otrzymał ku swojej czci dwie ulice: w Częstochowie i w Brwinowie, wydano niedawno jego niektóre publikacje książkowe, odbyły się dla jego upamiętnienia sympozja i pogadanki.

Wśród badaczy jego życia i twórczości znaleźli się przede wszystkim przedstawiciele jego rodziny: Andrzej W. Kaczorowski, Stanisław Stanik, jego koledzy i przyjaciele. Osobiście wszedłem do rodziny Kozielewskich przez bratanicę Ignacego, zostając jej mężem. Długo przesiadywałem w gronie tej rodziny, szczególnie na pogawędkach brata Ignacego, Leona. Brat ten był oddanym mu człowiekiem, który dużo z nim przebywał, cenił go i opowiadał o nim.

Leon Kozielewski był miłośnikiem i znawcą przyrody, który rozprawę magisterską napisał o owadach. Mało kto wiedział, że tak uwielbia naturę, iż mógł o niej długo pisać. Wykorzystał jego talent Ignacy Kozielewski, który pełniąc stanowisko redaktora naczelnego „Harcerza”, prosił go o współpracę. Zgodził się nią chętnie i dzięki temu na łamach pisma harcerskiego ukazało się wiele jego artykułów, przeważnie ujętych nagłówkiem „Ogród i okolica”. Tych artykułów ukazało się w ciągu 1921 roku kilkanaście. Opisywał w nich „jak reagowała ziemia i jej płody na poszczególne pory roku, jak zachowywały się zwierzęta i ptaki, jak ustalała aura” (Stanisław Stanik, Harcmistrz Rzeczpospolitej, Kraków 2018).

Często gawędziłem z Leonem Kozielewskim, który opowiadał mi o swoim bracie, Ignacym. Sam urodził się w 1902 roku, jego brat był starszy o 20 lat, czyli o całe jedno pokolenie. Ponieważ Ignacy stał się znany na całą Polskę, długo przed śmiercią teść Leon mówił mi o swoim i Ignacego życiu. Było to tym ciekawsze, że sam ledwo otarłem się o harcerstwo i nie znałem realiów z jego życia organizacyjnego i duchowego. Pewnego razu, a byłem już dziennikarzem, poprosiłem go o wywiad. Chętnie mi go udzielił. W moich zbiorach prywatnych zachował się dokument tego zdarzenia w formie zapisanych rękopisów. Nie zajęły zbyt dużo miejsca, więc zdaję krótką relację z przepatrzenia tych kartek.

Jak powiedział Leon Kozielewski, jego ojciec (jak i Leona) Sebastian osiedlił się w Częstochowie w pierwszym dziesiątku XIX wieku, będąc ogrodnikiem i wiele wędrując po kraju. Spostrzegłem, gdy Leon opowiadał, że relacja przychodziła mu z trudem i mogła zawierać błędy. W każdym razie zaczął mówić ogólnie, więc i ja zdaję powierzchowne sprawozdanie z pogawędki z Leonem Kozielewskim, bardzo ogólnie. Historia, którą mi opowiedział, warta jest jednak odtworzenia, bo Kozielewscy wnieśli zasługi dla kraju, gdyż oprócz Ignacego w dalszym pokoleniu wywodzi się z nich Jan Karski. Relację zatrzymałem na sytuacji, w której znalazł się Sebastian Kozielewski, ojciec Leona i Ignacego, kiedy sprowadził się do Częstochowy po raz pierwszy.

Na początku osiedlił się przy ulicy Zielonej. Leon znał dobrze topografię Częstochowy i okolic, bo on sam długo tu mieszkał i pod koniec życia wrócił do niej. Opowiadał dalej. Z ulicy Zielonej jego ojciec wyjechał do Bartodziejów (stacja Gorzkowice na trasie z Piotrkowa Trybunalskiego do Częstochowy). Tu też przebywał do około 1909 roku, do czasu, kiedy paulin Macuch ukradł koronę Matki Boskiej z obrazu cudownego na Jasnej Górze. Ta sprawa była głośna i Leon długo o niej opowiadałby, gdyby go nie zatrzymać, aby relacja zachowała proporcję.

W 1909 roku (a może już w 1910) ojciec Sebastian wrócił na stałe do Częstochowy, gdzie nabył ziemię pomajoracką. Zatrzymał się przy dawnej ulicy Teatralnej, noszącej w czasie gdy przeprowadzałem ten wywiad nazwę Wolności. A cóż to była ta ziemia pomajoracka? Po powstaniu w 1864 roku rząd carski wywłaszczył własności kościelne (od Pierzchna aż po Częstochowę) i nadał je carskim oficerom, majorom. Ci często odsprzedawali uzyskaną ziemię. Tak było i w tym przypadku, kiedy jeden z majorów sprzedał Sebastianowi Kozielewskiemu swój majątek w dzielnicy Częstochowy zwanej Lisińcem. Nie bez powodu się tu sprowadził. Jeden z synów Sebastiana (a miał dwanaścioro dzieci) był zakonnikiem na Jasnej Górze, a jako patriota otaczał się takimi samymi patriotami jak i on, i choć był młody, miał w swoim gronie kilku zakonników-powstańców (prawdopodobnie czterech).

Około 1910 roku ojciec Leona nabył tę ziemię, która jako parcela przechodziła z rąk do rąk majorów. Pieniądze na jej zakup pożyczył Sebastian od swego syna Kazimierza, który uczył w Radomsku. Po 3-4 latach ojciec postanowił osiąść na Lisińcu, na razie zatrzymując się u jednego członka rodziny Kępów, mieszkającego po sąsiedzku. Należało ziemię odwodnić, zbudować dom i posiać trawę, a obok założyć ogród, gdyż Sebastian był z zamiłowania ogrodnikiem, a ziemia była wysokiej klasy i dobrze rodziła. Ziemia znajdowała się przy ulicy Jadwigi (u jej górnego biegu mieszkali Kępowie), a jej nazwa jest do dzisiaj w użyciu. Kopał więc Sebastian rowy od północy i od południa i kierował wodę na zachód.

Trudno było o odwodnienie terenu, ponieważ przecinały go wąwozy. Na dobre Sebastian wraz z czeredą dzieci zamieszkał na nowej ziemi przed wybuchem I wojny światowej. Zamieszkali wszyscy w okazałym dworku, wybudowanym z drewna, a wyposażonym w ganek od południa. Posiadał kilka izb i okazałą kuchnię oraz wejście na strych, gdzie składano nawet cenne przedmioty. I ja przez kilka lat mieszkałem w tym dworku (lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku). Ogród już zestarzał się, niektóre w nim drzewa wyschły, kwiaty rosły niepielęgnowane, wśród nich podbiał i tulipany. Rosły dorodne porzeczki, czarne i czerwone, grusze, jabłonie, na wolnej przestrzeni ogrodu posadziliśmy, ja i dwoje dzieci Leona, śliwy i czereśnie, pielęgnowaliśmy teren przy domu.

Gdy tak rozmawiałem z Leonem Kozielewskim o Lisińcu, miejscu jego dzieciństwa i młodości Ignacego, czułem, że był szczęśliwy, iż tu spędził swoje i jego rodzeństwa wczesne lata. Dopiero, gdy wyrzucił z siebie poczucie satysfakcji, bez oporu przeszedł do omawiania życia dużo młodszego odeń brata, Ignacego. Tak popłynęła opowieść, zdawkowa, bo zdawkowa, ale ciekawa. Zapytałem, jakie stanowisko zajmował Ignacy w młodości jako decydent i początkujący działacz. A działał społecznie i politycznie przynajmniej od strajków szkolnych w 1905 roku. Leon odpowiedział, że reprezentował idee zawarte w haśle „Służba Bogu i Ojczyźnie” określanych mianem „chrześcijańskiej demokracji”.

Przynajmniej pod tym hasłem startował jako działacz. Dalej opowiadał, że Ignacy pracował w „Sokole”, był jego aktywnym członkiem. Ta organizacja miała charakter sportowy. Ignacy objeżdżał jej obozy, na których wygłaszał prelekcje. Sławny stał się jeden z takich obozów, w Skolem, gdzie krążyły dowcipne wierszyki o kadrze prowadzącej ćwiczenia (m.in. o Ignacym). Do chwili naszej rozmowy, mojej z Leonem, zachował się jego mundur, bo na tym obozie występował w szykownym uniformie.

Spędził wiele lat z dala od domu, poza granicami Królestwa Polskiego. Wyjechał z niego około 1909 roku, uciekając przed poborem do rosyjskiego wojska. Za granicą znalazł się w Krakowie, gdzie ciężko zachorował. Pomogli mu finansowo koledzy. Raczej w poszukiwaniu chleba niż sławy wyjechał do Wiednia. Pisywał do swojej rodziny listy, które świadczyły, że o niej pamięta. Zapytałem w tym miejscu Leona o stosunek Ignacego do rodziny. Odpowiedział z nieukrywaną serdecznością, że nosił się „górnie”, lecz swoim życiem dał przykład przywiązania do niej. Najlepszy wyraz tym uczuciom dał we wstępie do poematu „Słowo o królu Warneńczyku”, gdzie przede wszystkim w motcie mówił o czci do ojca swego i matki swojej.

W Wiedniu – co sam dopowiadam – Ignacy redagował „Nowe Zycie” i „Orkę”, dwa pisma harcerskie. Mimo trwania I wojny światowej utrzymywał jako jego redaktor naczelny pismo na należytym poziomie. Z Wiednia jeździł do oddziałów terenowych „Sokoła”. Był tam mniej więcej do 1917 roku.

Było lato, trwała jeszcze wojna, zaś Ignacy, jak zaobserwował jego brat Leon, pojawił się nagle od strony Gnaszyna. Tu pozostał na dłużej, po czym udał się do Piotrkowa Trybunalskiego. Tam został nauczycielem w gimnazjum im. Chrobrego. W trakcie pobytu w tym mieście sejmów I Rzeczypospolitej poznał przyszłą swoją żonę, pannę Lebiszównę z Sosnowca. Wziął z nią ślub. Nazywano ją Marusią. Nie umiał jej się przeciwstawić, działał pod wpływem wiernopoddaństwa wobec niej. Jego koledzy doradzali mu rozwód, ale jako człowiek religijny traktował swoje małżeństwo tylko jako dopust Boży.

Uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku. Przemieszczając się od wschodu do Polski, pracował na tyłach frontu jako piechur w „czołówce oświatowej”. Zajmował stanowisko podobne do tego, jakie było udziałem znanych pisarzy, jak np. Jerzego Szaniawskiego i Adama Grzymały Siedleckiego. Tak dalece był zajęty, że nie mógł rodziny odwiedzić. Nic dziwnego, bo maszerował przez północne dzielnice młodej Rzeczypospolitej (w wielu miejscowościach pisał wiersze zebrane potem w tomie „Tchnienie przyrody”).

Po wygranej przez Polaków wojnie Ignacy znalazł się w Warszawie. Jako harcerz był redaktorem naczelnym pism harcerskich: „Skaut” (już wcześniej), „Harcerz”, „Harcmistrz”, „Strażnica harcerska”. Skupiał wokół siebie młodych ludzi, harcerzy, którzy przychodzili stale do jego mieszkania – przepisywali artykuły, opracowywali numer, redagowali go (przeważnie w czwartek).

Skupmy uwagę na powrocie Ignacego z Wiednia do Częstochowy w 1917 roku, bo wtedy spotkał się z dużymi utrudnieniami. Leon dłużej o tym opowiadał, a ten epizod nie jest szerzej znany, a warto o nim napisać. W czasie I wojny światowej Częstochowę okupowały wojska austriackie (Jansa Góra stanowiła enklawę na terenie zdobytym przez Niemców). Miał na szczęście pismo polecające dzięki któremu mógł się dostać do Jasnej Góry. Tak skończyła się krótka dygresja Leona, po której rozmowa znów przebiegała według chronologii wydarzeń.

Ignacy był odznaczony orderem „Pro Ecclesia et Pontifice” za postawę narodową. Jak wiedziałem Ignacy niechętnie patrzył na zapędy wodzowskie Piłsudskiego i w latach 30-tych XIX wieku prowadził drużyny harcerskie w duchu Narodowej Demokracji. Ale oddajmy głos Leonowi. W czasie omawianym przez nas obu jego brat jeździł po całym kraju z prelekcjami. Istniała organizacja „Akcja Katolicka”, pod której szyldem działał. Na jednym z jego wykładów Leon przesiedział trzy godziny, a Ignacy wygłosił na nim przemówienie, okazując się wspaniałym mówcą: improwizował i porywał tłumy. Był bardzo zacny, harcerzem bez skazy.

Po wojnie mimo nakazu opuszczenia Warszawy nie został członkiem partii, ale rozpowszechniał bardzo pochlebne opinie o Rosji. Uważał za konieczność, aby Polska się z nią wiązała, bo sama nie dałaby sobie rady. Przedtem zwalczał komunistów, a teraz w szkole w Krzepisach prowadził nawet koło TPPR. Był dyrektorem szkoły w tym mieście, radnym miejskim, autorem pracy o 6 wiekach Krzepic. Dostał nawet za pracę zawodową i społeczną Złoty Krzyż Zasługi.

Na tym skończyła się opowieść mojego teścia Leona. Od siebie dodam, że jego brat Ignacy był autorem hymnu harcerskiego „Wszystko co nasze”, a po śmierci został pochowany na cmentarzu św. Rocha w Częstochowie, gdzie harcerze zaciągają warty. Leon kazał pochować się koło brata i dziś obaj spoczywają obok siebie. Ciekawe są losy ich rodzinnego Lisińca. Cały ten piękny majątek został podzielony na parcele i wynajęty pod budownictwo jednorodzinne. Ta enklawa naturalnego piękna i romantycznej scenerii przeszła do historii.

Stanisław Stanik
Myśl Polska, nr 31-32 (29.07-5.08.2018)

Dzial: