Polskie histerie po szczycie w Helsinkach

trump 2x.jpg
Nie ulega wątpliwości, że szczyt Trump-Putin w Helsinkach był najważniejszym wydarzeniem politycznym tego roku. Już na wiele dni przed nim media liberalne wieszczyły, że „oficer KGB” łatwo ogra naiwniaka Trumpa, jakby ignorując fakt, że spotkanie ze strony amerykańskiej przygotowywali starzy wyjadacze – John Bolton i Mike Pompeo.

Nie inaczej było po spotkaniu – na Trumpa wylał się cały potok pomyj, co było do przewidzenia. Obóz światowej rusofobii uznał bowiem już a priori, że samo spotkanie Trumpa z Putinem to zbrodnia przeciwko ludzkości.

Jak na tym tle prezentuje się Polska? Bliźniaczo podobnie – media i politycy nurtu „cywilizacji wolnego świata” wydali okrzyk zgrozy i potępienia. Samego siebie przeszedł Radek Sikorski, który na Twitterze pisał, że w Helsinkach spotkało się „dwóch szulerów”, a Polska znalazła się w dramatycznej sytuacji geopolitycznej, i wezwał prezydenta Andrzeja Dudę do… zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Takie opinie u polityka, który pełnił funkcje szefa MON i MSZ wskazują nie tylko na utratę nerwów, ale także podważają stan jego zdrowia psychicznego. Nie lepszy był guru dziennikarstwa tej opcji ideowej Tomasz Lis, który napisał: „Choć gospodarzom sprzyjają ściany, na piłkarskich mistrzostwach świata Rosja nie odegra zapewne wielkiej roli. Prawdziwe mistrzostwo świata już jednak zdobyła. A to dzięki swemu nowemu napastnikowi – Donaldowi Trumpowi”.

Popis prostactwa dał natomiast prof. Roman Kuźniar, uchodzący za specjalistę ws. stosunków międzynarodowych. Oto próbka tej analizy: „Mentalność obu przywódców to „power politics”. To trochę powrót do tego, że wielcy mogą robić, co chcą, a mniejsi muszą to wycierpieć. Powrót do logiki polityki siły to jest najgorsza rzecz, jaka dzieje się w związku z tym zbliżeniem między USA a Rosją – zaznaczył profesor oraz dodał: - To dlatego Putin był tak szczęśliwy, że wygrał Trump. Bo nareszcie ma do czynienia z gościem, który myśli o stosunkach międzynarodowych dokładnie tak samo, tzn. „po łajdacku”. Chemia od razu będzie między nimi. Świat jest wystarczająco duży, aby się podzielili”. Oto „ocena” naukowca zajmującego się problemami międzynarodowymi, doradcy prezydenta Bronisława Komorowskiego, jeszcze ładnych parę lat temu zupełnie rozsądnego.

W tym samym stylu jęczał b. dyplomata Marcin Bosacki: „Helsinki to już nie dzwonek alarmowy, a sygnał SOS. Dla Europy, a Polski zwłaszcza. Albo razem – Polacy, Niemcy, Francuzi i sporo Amerykanów – stary i dobry, choć niedoskonały, Zachód naprawimy i obronimy. Albo wygra Trump i jego koledzy – i nadejdzie katastrofa. Jak w Helsinkach. Tylko na skalę kontynentu”. Nie inaczej wypowiedział się Adam Szostkiewicz, publicysta „Polityki”: „Może Trump jest postrzegany przez wierchuszkę PiS jako przyjaciel, ale jego zachowania i wypowiedzi w Helsinkach pokazują go przede wszystkim jako przyjaciela Putina, a to dla Polski jest zła wiadomość. Jeśli Trump zaprzyjaźni się z Putinem, to przestanie przyjaźnić się z polską prawicą, chyba że na jej czele stanie ONR (…) Szczyt pokazał coś całkiem innego, niż zobaczył p. Waszczykowski. Mianowicie gotowość na nową Jałtę, nowy podział na strefy wpływów. Putin dostałby Europę, w tym Polskę, a Trump resztę świata. Polityków pokroju Waszczykowskiego łączy z Trumpem arogancja i kołtuneria kulturowa, ale też transakcyjna wizja polityki: coś za coś, a jak nie, to wojna. Nierealne? Dziś „świat wypadł z zawiasów” i wszystko jest możliwe. Kto by przypuszczał, że prezydent USA będzie kiedyś łasił się do prezydenta Rosji, aby ten go uwiarygodnił i w jego obecności podważał wiarygodność amerykańskich służb specjalnych i atakował pokonaną Hillary Clinton?”.

To tylko próbka histerii „polskich elit”. Nie wiadomo co tu podziwiać – ignorancję czy potężny ładunek emocji zamykającej tym ludziom zdolność racjonalnego widzenia. Zdumiewające jest to, do jakiego stopnia zidiocenia mogą dojść ludzie mieniący się autorytetami, ba, nie widzący swojej głupoty, którą doskonale widzą czytelnicy tych wypocin. Zresztą wystarczy poczytać wpisy internatów pod tymi tekstami. Dla przykładu kilka z nich pod tekstem Kazimierza Wóycickiego wieszczącego niemal koniec świata:

„Zdaniem niektórych, Trump w Helsinkach powinien na wstępie wyciągnąć zza pazuchy Smith and Wessona, wpakować Putinowi kulkę w kolano, potem zdzielić go kolbą między oczy i dopiero rozpocząć „rozmowy”. Miło dzisiaj posłuchać dziamolenia tych wszystkich zakochanych bez pamięci w dobrym wujku Samie. Tymczasem „wujek” wszystkich nas serdecznie p...li i załatwia swoje biznesy z Putinem. Jak wpadnie na pomysł „odstąpić” pół Europy Rosji, to odstąpi bez mrugnięcia powieką. A zakochani, wydymani przez wuja Sama, zostaną sam na sam z niechcianą ciążą i bez widoków na alimenty”.

„Pan Wóycicki dostał szajby. Tak bez poważnego uzasadnienia to trudno nawet bajki pisać. Kreatywność w wyciąganiu wniosków przez redaktora jest na poziomie domu dla obłąkanych tak, że nawet trudno podjąć rzeczową polemikę z tym panem. Pewne środowiska na siłę atakują Trumpa licząc na głupich odbiorców”.

„Miło patrzeć, jak ONET szaleje ze złości z powodu pierwszych oznak poprawy i stabilizacji stosunków dwóch mocarstw. Jak się Trump z Putinem dogadają, to nie będzie być może kolejnej wojny, nie będzie ujęć zabitych dzieci, starców i kobiet, nie będzie szlochających przed obiektywem uchodźców, nie będzie raniących serce doniesień, które motłoch tak uwielbia... No i czym sie tłuszczę przyciągnie? Jakimi drastycznymi materiałami sprzeda się to wszystko, za co hojnie zapłacili TVN-owi reklamodawcy?”

„Najbardziej niebezpieczna dla interesów politycznych i ekonomicznych Polski jest obsesyjna rusofobia – taka jaką prezentuje autor”.

Oczywiście, politycy i publicyści PiS sprawę ocenili inaczej – według nich, nic się nie stało, nie doszło do żadnej nowej Jałty, NATO trzyma się mocno, a USA to nasz przyjaciel. Z grubsza, są to oceny bardziej realistycznego niż histeria salonu, ale z drugiej strony jest też zaklinanie rzeczywistości. Nie można bowiem być z jednej strony zwolennikiem Trumpa i McCaina jednocześnie – to dwa różne światy. Tymczasem pisowcy mówią tak, jakby tak właśnie było. Najczęściej wypowiadał się na temat szczytu b. szef MSZ Witold Waszczykowski. W Polskim Radiu 24 powiedział:

„Cele Putina są od lat bardzo jasne. Chce odbudować pozycję Rosji na wzór ZSRR i wspólnie z prezydentem USA zarządzać światem. To jest pewien krok do realizacji tej koncepcji. Wcześniej uzyskał od Europy Zachodniej stworzenie dziewiętnastowiecznego koncertu mocarstw, aby rozwiązywać problemy międzynarodowe. Myślę tutaj m.in. o formule normandzkiej i mińskiej. Teraz robi kolejny krok naprzód, aby odtworzyć diadę sprzed kilkudziesięciu lat. Cele Trumpa są oczywiście zupełnie inne. Realizuje taktykę obraną przez Zachód, a wiec bronić się, odstraszać i prowadzić dialog, aby nie dopuścić do stworzenia przez Rosję jakiegoś obozu antyzachodniego z Chinami lub mniejszymi państwami jak Iran czy Syria. Politycy zachodni od lat próbują spotykać się z przywódcami rosyjskimi. Próbował to robić Bush, który widział w Putinie duszę demokraty, próbował Obama, który zanim cokolwiek zrobił, ogłosił reset z Rosją i dostał Pokojową Nagrodę Nobla. Trump próbuje sprawdzić, z kim ma do czynienia, czy z politykiem racjonalnym, skłonnym do ustępstw i porozumień, czy kieruje się ideologią, a może pragmatyzmem. To było spotkanie rozpoznawcze. Zrobiono rejestr problemów, które dzielą oba kraje. Zobaczymy, czy dojdzie do kolejnych spotkań”.

W sumie niby racja – choć pewna nutka niepokoju jest. Na tym tle zupełnie inna, moim zdaniem najtrafniejsza, jest opinia wyrażona przez Stanisława Cioska: „Jestem zadowolony. Nawet gdyby nie do końca temu wierzyć, wolę słowa o odprężeniu, współpracy, kooperacji, a nie o konfrontacji, prężenia muskułów i straszenia jednej strony przez drugą. Tym razem była mowa o współpracy. Ostatnio gdziekolwiek byłem zaczepiany, pytano mnie, nawet w sklepie, na ulicy: Panie Ambasadorze, czy będzie wojna? A teraz widać, że tej wojny przywódcy obu stron konfliktu nie chcą. Dlatego u mnie nastąpił pewien rodzaj ulgi. Wiem, że nie jestem w mainstreamie, jeśli chodzi o moje poglądy”. I o Trumpie: „Jeśli chodzi o jego stosunek do Rosji on nic nowego nie powiedział. Mówił o tym od dawna i można się było tego spodziewać. Jestem zadowolony, że tak straszliwie obaj z Putinem się nie dziobali. Największym wydarzeniem było to, że tam się nic nie wydarzyło. Zaczęto tylko mówić o współpracy. Ostatnio mówiliśmy tylko i wyłącznie językiem konfrontacyjnym, sposobiliśmy się do boju. Po raz pierwszy prezydenci mówią, że chcą współpracować. Jakby zdejmowali napięcie”.

Ta bardzo rozsądna opinia Stanisława Cioska, który sam mówi, że nie jest w mainstreamie, nie była oczywiście jedyna dotykająca meritum sprawy. Dosyć wyważony był komentarz portalu energetyka24: „W pierwszej kolejności warto omówić kwestię amerykańsko-rosyjskiej konkurencji na rynku gazu. Płaszczyzną do tej rywalizacji będą oczywiście rynki Europy, spośród których wiele dąży do dywersyfikacji i zmniejszenia dostaw błękitnego paliwa z Rosji. Podczas konferencji prezydentów, wielu komentatorów zaskoczyła zmiana tonu Donalda Trumpa, który zaledwie kilka dni wcześniej agresywnie atakował energetyczne umowy europejskich państw z Moskwą oraz ideę budowy gazociągu Nord Stream 2. Teraz poprzestał na zapewnieniach o „intensywnej konkurencji” oraz dość subtelnym powątpiewaniu w sens realizacji kontrowersyjnego podbałtyckiego połączenia. Oznaczać to może, że prezydent USA złagodził swoje stanowisko wobec tego projektu, prawdopodobnie rezygnując z nałożenia sankcji na zaangażowane weń spółki. Być może była to karta przetargowa w grze o korzyści na Bliskim Wschodzie. Tym samym, amerykańskie zabiegi dotyczące udziałów w rynkach europejskich ograniczą się zapewne do zwiększania wolumenów dostaw LNG. Pomoże w tym wciąż rosnąca sieć infrastruktury na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

Mówiąc o gazie, należy wspomnieć też o kwestii przesyłu błękitnego paliwa przez Ukrainę. Władimir Putin oświadczył na konferencji, że państwo to utrzyma status kraju tranzytowego, a umowę w tym zakresie można nawet przedłużyć. Takie zapewnienia od prezydenta Rosji miała zdobyć też kanclerz Angela Merkel (o czym poinformowała podczas kwietniowej konferencji z prezydentem Poroszenką). Trump kwestii tej nie skomentował. Można jednak założyć, że gospodarz Białego Domu jest świadom możliwości niedotrzymania deklaracji przez Rosję, co przełożyłoby się momentalnie na zmianę sytuacji geopolitycznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Ukraina pozbawiona tranzytu rosyjskiego gazu, straciłaby nie tylko istotne wpływy do budżetu, ale także poważny, gwarantujący bezpieczeństwo argument w trwającym od 2014 roku konflikcie z Rosją. Wydaje się jednak, że obaj prezydenci są za utrzymaniem status quo na wschodzie Europy, którego elementem jest m.in. brak oficjalnego sprzeciwu ws. Krymu ze strony Ameryki oraz zaprzestanie dalszych ingerencji terytorialnych przez Rosję”.

I na koniec opinia płk. Grzegorza Małeckiego, b. szefa Agencji Wywiadu: „Nie ulega wątpliwości, że normalizacja stosunków dwustronnych między USA i Rosją leży w interesie Polski oraz szerzej Europy i NATO. We współczesnym świecie występuje zbyt wiele i zbyt poważnych ognisk zapalnych aby możliwe było skuteczne rozwiązywanie kryzysów bez realnego porozumienia między tymi dwoma mocarstwami. Zwłaszcza, że w wiele z nich zaangażowana jest bezpośrednio lub pośrednio Moskwa”.

Opracował: Jan Engelgard

Dzial: