Kloaka na Karasia

teatr.jpg
O powieści Szczepana Twardocha pt. „Król” pisaliśmy już na łamach „Myśli Polskiej” dwukrotnie (zob. m.in. teksty Jana Engelgarda w „MP” nr 9-10/2017 oraz niżej podpisanego w „MP” nr 13-14/2017). Do powrotu do tematyki związanej z powieścią skłoniła mnie niedawna premiera adaptacji utworu w Teatrze Polskim w Warszawie (Karasia 2). Sztuka w reżyserii Moniki Strzępki zatytułowana jak jej książkowy odpowiednik – „Król” wystawiana jest na deskach sceny przy Karasia 2 począwszy od 18 maja br.

Twórców sztuki najwyraźniej nie zniechęciły niedawne kontrowersje związane z utworem, wykazującym liczne podobieństwa z powieścią „Anioły” algierskiego pisarza Yasminy Khadry (pod żeńskim pseudonimem literackim kryje się Mohammed Moulessehoul). Pisał na ten temat na łamach „Rzeczpospolitej” Jerzy Haszczyński, który wśród podobieństw obu utworów wymieniał m.in. postacie głównych bohaterów, którymi są bokserzy wagi ciężkiej oraz religijne i rasowe konflikty, stanowiące osnowę akcji obu powieści (Polacy chrześcijanie vs. Żydzi, Francuzi chrześcijanie vs. muzułmanie Arabowie).

Publicysta dziennika podsumował swoje wywody w następujący sposób: „To nie są typowe tropy powieściowe, literatura nie jest pełna wywodzących się z prześladowanych wspólnot pięściarzy, których łączą silne więzi z jałowymi kobietami lekkich obyczajów” („«Król» Twardocha? Gdzieś to już czytałem”, „Rzeczpospolita”, „PlusMinus”, 7-8. 04. 2018). Warto tu również wspomnieć, że trwają prace nad ekranizacją powieści. Jednakże ad rem.

Sztuka w wierny sposób oddaje treść książki. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że nazbyt kurczowe trzymanie się przez twórców spektaklu pierwowzoru wpłynęło nań niekorzystnie. Uczyniło to sztukę zdecydowanie zbyt długą. Dość wspomnieć, że wraz z antraktem trwa blisko cztery godziny. Całość można by było z powodzeniem skrócić o połowę, unikając tym samym dłużyzn i powtarzania niektórych wątków. Nie będę w tym miejscu odnosił się do treści „Króla”, zainteresowanych odsyłam do przywołanych powyżej omówień lub do samej książki. Ograniczę się jedynie do przypomnienia, że akcja powieści rozgrywa się w latach 30. XX wieku.

Sportretowane w niej zostały dwa środowiska: żydowsko – przestępczy półświatek warszawskich Nalewek oraz środowiska narodowo – radykalne, zarówno te spod znaku „Falangi”, jak i „ABC”. Na stronach powieści odnajdujemy m.in. kolejną próbę stworzenia literackiego portretu Bolesława Piaseckiego, zaś główny „aryjski” bohater - Andrzej Ziembiński (w tej roli aktor młodego pokolenia Krzysztof Kwiatkowski) łączy w sobie cechy Mariana Reutta – jednego z ideologów RNR „Falanga”, z powodzeniem trenującego boks i Andrzeja Świetlickiego – szefa bepistowskich bojówek.

Oenerowcy ukazani są jednak w sposób daleki od ideału – bezwzględni, cyniczni, zepsuci, niewiele nieróżniący się od zwalczanych gangsterów z Nalewek. Podobnie jak oni pławią się w wielkomiejskiej zgniliźnie i rozpuście. Oglądając kreacje aktorów wcielających się w działaczy ONR odnieść można wrażenie, że pewne wątki zostały w sztuce, w porównaniu z powieścią, dodatkowo jeszcze wyeksponowane. Ukazane zostały w tym celu najbardziej kontrowersyjne i dyskusyjne fragmenty powieści. Wyjątkowo odpychająco została przedstawiona na przykład postać wyuzdanego homoseksualisty, redaktora „ABC” Kazimierza Bobińskiego. O ile też w powieściowym pierwowzorze działaczom ONR, pomimo jednoznacznie krytycznej ich oceny, nie odmawiał Twardoch pewnych cech pozytywnych – idealizmu i odwagi, o tyle w sztuce ukazani zostali już tylko w czarnych barwach.

Poza przypisywaniem młodym narodowcom postaw dekadenckich, których wyrazem jest m.in. rozpasanie obyczajowe, konsekwentnie odmawia im się także przymiotów intelektualnych. Warto tymczasem zwrócić uwagę, że nie czynią tego nawet niekryjący swej negatywnej oceny wobec opisywanego środowiska badacze. W swojej ostatniej pracy Szymon Rudnicki wskazuje m.in.: „Najbliższe grono Piaseckiego to ludzie oczytani, inteligentni, wszyscy o wyższym wykształceniu (Wasiutyński obronił nawet doktorat), pochodzący z rodzin inteligenckich. Niewątpliwie grupy przywódcze obu odłamów ONR stanowili ludzie sprawni intelektualni, oczytani, umiejący swoje myśli przelać na papier, pochodzący z tzw. «dobrych» rodzin. Stefan Kisielewski zwrócił uwagę na rozbieżność poziomu intelektualnego pomiędzy grupą przywódczą a szeregowymi członkami organizacji” („Falanga Ruch Narodowo-Radykalny”, Warszawa 2018; na temat pracy pisaliśmy w „MP” nr 23-24/2018).

W powieści i sztuce nie ma jednak śladu podobnej oceny. Jedyne, czym oenerowcy sprawnie się posługują, to kastet, pałka i rewolwer. W podobnie niekorzystnym świetle ukazani zostali zresztą również przedstawiciele obozu sanacji.

Dużo ciekawiej wypadają natomiast bohaterowie „ferajny” z Kercelaka. Bez wątpienia najbarwniejszą postacią wśród nich jest Kum Kaplica, którego powieściowym pierwowzorem był Tata-Tasiemka, w którego po mistrzowsku wcielił się Krzysztof Dracz (aktor komediowy znany m.in. ze „Świata według Kiepskich”). Ciekawą kreację stworzył także Andrzej Seweryn, grający starego Jakuba Szapiro. Motywacje i przekonania bohaterów żydowsko – lewicowych, pomimo cechującej ich brutalności, ukazane zostały z pewną wyrozumiałością, ze słabo skrywanym zamiarem częściowego przynajmniej ich usprawiedliwienia. W odniesieniu do warszawskiego półświatka doby dwudziestolecia od dłuższego zresztą już czasu roztaczana jest swoista aura „swojskości”, wręcz sympatii. Zdarza się nawet, że na plenerowych imprezach, współorganizowanych przez władze miasta, przedwojenni nożownicy i bandyci ukazywani są jako element specyficznego kolorytu przedwojennej stolicy.

To samo odnosi się zresztą także do dawnej dzielnicy żydowskiej. Dopełnienie podobnego wizerunku odnajdujemy właśnie w sztuce. Oto wesoła ferajna z niepodległościowym rodowodem (organizacja bojowa PPS) leje aż miło rodzimych faszystów i hitlerowców. Walka ta w sztuce staje się wręcz przedmiotem swoistej apoteozy. Pewien dysonans wywoływać może jedynie postać sadysty doktora Radziwiłka (w tej roli Marcin Bosak).

Kolejnym zdecydowanie negatywnym elementem sztuki jest wylewający się ze sceny potok wulgaryzmów. Słowa na „k” i „ch” służą niemal jako znaki przestankowe. Podobna tendencja widoczna jest co prawda także i w powieści, można było jednak mieć nadzieję, że twórcy spektaklu stonują nieco język ukazywanych postaci. Wszak nikt nie chodzi do teatru (dawnej świątyni muz), aby doświadczać podobnych wrażeń, jakimi obdarza nas na co dzień rzeczywistość. Na słownictwo bohaterów sztuki zwrócono zresztą uwagę także w innych, dużo bardziej przychylnych tekstach poświęconych spektaklowi.

W entuzjastycznej recenzji autorstwa Maji Margasińskiej czytamy m.in.: „Niestety, spektakl obnażył jedną z największych słabości książki, a mianowicie... język. Już podczas lektury miałam żal do autora, że nie pokusił się o stylizację językową międzywojennej Warszawy, ale płynący ze sceny stek przekleństw żywcem wyjęty z filmów sensacyjnych lat 90. («Psy»!) bardzo mnie zmęczył. Zwłaszcza, że nawet tutaj autorom zabrakło inwencji i słychać było nieustannie te same wyrażenia” („Nasze Miasto”, 28. 05. 2018).

Sztuce, podobnie jak jej literackiemu pierwowzorowi, zarzucić należy skrajny prezentyzm przy ukazywaniu przedwojennych środowisk narodowych. Na pokolenie żyjące przed wojną przenoszone są zachowania i postawy dużo bliższe współczesnym, podczas gdy chociażby z bogatej literatury przedmiotu oraz licznych relacji wyłania się całkiem odmienny obraz. Trudno nie odnieść wrażenia, że podobne „artystyczne wizje” w dużo większym stopniu oddają stan duchowy ich twórców niźli kreowanych postaci. W sztuce użyta została przy tym cała paleta najbardziej prymitywnych chwytów służących do dyskredytacji scenicznego „przeciwnika”. Zastanawiając się nad wymową „Króla” nie należy zapominać też, że dla wielu, w tym dla zachwyconej spektaklem „Warszawki”, stanowił on będzie jedyną okazję do dowiedzenia się czegokolwiek na temat przedwojennego obozu narodowego.

Najgorsze stereotypy i zwykłe kłamstwa zostaną tym samym umocnione i spotęgowane sugestywną wymową scenicznych kreacji. Podobnie też jak w poznańskiej sztuce o Janie Mosdorfie (opisywaliśmy ją w „MP” nr 11-12/2017) twórcy adaptacji „Króla”, w sposób nieco zawoalowany, nie ustrzegli się aluzji do rzeczywistości A.D. 2018. Współczesnym wcieleniem ONR ma być rzecz jasna PiS, co znanemu sformułowaniu Czesława Miłosza, mówiącemu iż „Jest ONR-u spadkobiercą partia”, nadawać może nowy wymiar. Obie sztuki cechuje zresztą bardzo zbliżona konwencja, w jednej i drugiej występują na przykład niewyszukane aluzje do intymnej sfery bohaterów.

Przedstawieniu towarzyszy bogato ilustrowany program (reprodukowano w nim np. zdjęcie z wiecu „Falangi” w cyrku braci Staniewskich), w którym „ducha” epoki oddawać mają m.in. cytaty z przedwojennych felietonów Antoniego Słonimskiego. Przysłowiową wisienką na torcie jest jednak zamieszczona w programie informacja, mówiąca, że spektakl został „zrealizowany w ramach obchodów stulecia odzyskania niepodległości”... No cóż, wszak Teatr Polski (bardziej na miejscu byłoby tu chyba jednak określenie innej narodowości...) jest, jak dalej czytamy w folderze, „jednostką organizacyjną Samorządu Województwa Mazowieckiego i współprowadzoną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”...

Maciej Motas
fot. profil fb Teatru Polskiego
Myśl Polska, nr 25-26 (17-14.06.2018)

Dzial: