Prezes locuta, kasa fini

kaczor 5.jpg
Tak jak prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział, Sejm pochylił się nad ustawą zmniejszającą zarobki posłów o 20 procent. Od samego początku wiadomym było, że „Naczelnikowi” ręka i powieka przy tej operacji nie drgnie, gdyż obok potrzeby przykrycia fatalnej wpadki z nagrodami, którymi PiS niemiłosiernie wybatożyła opozycja, nie zdradza on jakiegokolwiek przywiązania do pieniędzy.

W odróżnieniu od swojego zaplecza, które od czasu nastania „dobrej zmiany” rekompensuje sobie jak może lata wcześniejszej poniewierki, prezes nie odczuwa takiej potrzeby, a ludźmi zanadto przywiązanymi do mamony, jak wiadomo, wręcz gardzi. A że u „Naczelnika” partyjne słowo droższe – nomen omen – pieniędzy, to posłowie i funkcyjni samorządowcy, bo ustawa także ich dotyczy, zgrzytając zębami, chcąc nie chcąc, stanęli w postawie wyprostowanej, gromko manifestując swoją radość – tak jest, Panie Naczelniku!

Tymczasem wyciągnięta przez opozycję broń w postaci nagród, tak hojnie rozdanych ręką Beaty Szydło, a jak wieść polityczna niesie, także samego Mateusza Morawieckiego, okazała się być bronią obosieczną, trafiła nie tylko rządzących, ale i nią samą, bo kłapiąc na wszystkie strony o umiarze, sama sobie ten umiar nieopatrznie zafundowała. A jest to dla niej spora dolegliwość, bo siedząc w oślich ławach nie ma gdzie sobie doskrobać do skromnej pensji, na dodatek i ta głodowa pensja jednym drgnieniem powieki „Naczelnika”, została im uszczuplona o jakieś dwa tysiące złotych.

Wprawdzie podczas sejmowej debaty opozycja próbowała całą sprawę wykpić na zasadzie, że skoro nie może być lepiej, to przynajmniej niech będzie śmieszniej, ale wyroku zmienić już nie mogła. Z kolei niezrażona kpinami, broniąca projektu „Naczelnika” posłanka Halina Szydełko z PiS, odpowiedziała zgodnie z obowiązującą w klubie egzegezą, że sejmowe pieniążki „nawet po obniżce uposażenia pozwolą nam na godne życie”. Słowo „nam” miało tu jednak kluczowe znaczenie, bo jak czujnie wyłapało PSL, mówiąc z wyrzutem ustami Piotra Zgorzelskiego, „wasi politycy i tak opływają w luksusy jako prezesi spółek Skarbu Państwa”, co rządzący stoicko przyjęli na klatę w myśl polskiej zasady – „tak, to prawda, i co nam zrobicie”.

Najbardziej wzruszająco wypadło jednak wystąpienie posła Sławomira Nitrasa, który w obliczu nadchodzącej biedy, stwierdził w imieniu Platformy Obywatelskiej – „my damy sobie radę, naszym obowiązkiem jest bronić demokracji, nawet jak będą nam zabierać wynagrodzenia do zera”. Ponoć takiego rechotu w klubie PO po tych słowach, dawno nie słyszano.

Wiedząc, że dla pieniędzy poseł może sporo nawywijać, „Naczelnik” wyraźnie dał do zrozumienia, że dla „łamistrajków” miejsc na listach do parlamentu nie będzie, co sprawę od razu przesądziło, bo nawet – kombinując na chłopski rozum – po obcięciu prezesowych 20 procent, do ręki i tak zawsze jakaś kasa nakapie. Do tego różne bonusy, wprawdzie szału nie robiące, ale jednak, własne biuro, tablet, więc nie ma co się rzucać jak pchła na grzebieniu, tym bardziej, że w terenie o robotę coraz trudniej, bo co lepsze kąski zostały już dawno wydziobane, o czym świadczy lektura ciepłych jeszcze oświadczeń majątkowych, które ku uciesze CBA i gawiedzi wiszą na stronach samorządów.

W tym wszystkim bez echa przeszły słowa posła Jacka Wilka, wybranego z listy Kukiz'15, który zauważył, że cała ta komedia skończy się tym, że „listy wyborcze będą zapełnione przez miernoty”. I jest to najprawdziwsza prawda. Ale nie cała, gdyż o miernotach nie powinno się mówić w czasie przyszłym, ale jak najbardziej teraźniejszym, bo obfite tego dowody możemy znaleźć we wszystkich stenogramach sejmowych. Obrażać się jednak na to nie należy, wszak to, co mamy w parlamencie, sami sobie przecież zafundowaliśmy. Jest to naszym lustrzanym odbiciem i z pewnością nie jest to zwierciadło krzywe.

Maciej Eckardt
profil fb

Dzial: