Z budki dróżnika (5)

zaborny 2.jpg
Cechą kultury masowej jest teatralizacja życia publicznego i tabloidyzacja prasy, także tygodników opinii. W mediach elektronicznych królują jednodniowe newsy o niczym. Ostatnio przykładem tego, było podniecanie ludu psychozą wojny brytyjsko-rosyjskiej z powodu tajemniczego zatrucia gazem brytyjskiego szpiega.

Po tygodniu grzmienia o mordzie i po wykonaniu odpowiednich rytuałów (wzajemne wydalenie dyplomatów), rzucono wyborcom na żer nowe newsy, na równie nieznaczące tematy. Wasz dróżnik jest człowiekiem wiekowym, doświadczonym i rozumnym, ale także poddał się tej psychozie, toteż kupił w sklepie na „czarną godzinę” po dwa kilo kasz, mąki, cukru i trzy flaszki wódki.

W czasach PRL mentorami ludu byli naznaczeni przez kierownictwo Wydziału Prasy i Agitacji KC PZPR dziennikarze. W III RP ich rolę pełnią tak zwani publicyści i utytułowani historycy. Jak słusznie zauważył niemcoznwca Stanisław Sulowski, nie wpływa to pozytywnie na jakość głoszonych przez nich ocen i poglądów, gdyż przeważa zachowanie stadne. O przeszłości mówią wypiski archiwalne sporządzane przez historiografów, zaś historycy stali się synonimem propagandystów. Nagłaśniane przez media są tylko oceny poprawne politycznie z punktu widzenia polityki historycznej prowadzonej przez pogromców „Czerwonego, Sowieckiego Belzebuba”. Miną lata, a dzisiejsi dziennikarze i „historycy” będą oceniani tak, jak radiowa Wanda Odolska z okresu stalinizmu.

Pochodną tego stanu rzeczy jest przedstawianie minionej rzeczywistości w sposób dwubiegunowy. Lud otrzymuje jednoznaczny podział społeczeństwa polskiego na zdrajców i kolaborantów z czasów PRL i szlachetnych bojowników o niepodległość Polski, przestrzeganie praw człowieka, dobrobyt dla pracowników najemnych i sprawiedliwość. Ten czarno-biały obraz uzyskuje się przez pokazywanie w telewizji wykopywania kości antykomunistów, którzy zginęli w powojennej wojnie domowej o władzę i odprawianie nad grobami zaduszek. Nie dotyczy to kości osób „niesłusznych”, a więc takich, jak matka dróżnika i jej sąsiadów z Wołynia, którzy zostali zamordowani przez ukraińskich szowinistów w 1943 r., tylko dlatego, że byli Polakami oraz żeby zająć ich gospodarstwa.

Wśród pojęć służących rozumieniu lub zaciemnianiu procesów historycznych wiele zawiera człon „de”. Są wśród nich pojęcia jednoznaczne, np. de-naturat, de-floracja, de-wiacja oraz neutralne znaczeniowo, np. de-fekt, de-biut, de-dukcja, de-kada. Są jednak także takie słowa z „de”, których sens był różny w kolejnych epokach historycznych i zależał od struktury społecznej i ustroju społeczno-politycznego. Takim istotnym pojęciem była i jest de-mokracja, toteż od wyjaśnienia jego sensu i historii zacznę analizę wyrazów z „de”. Słowo demos (lud) co innego oznaczało w starożytnych Atenach, a co innego w epoce feudalizmu i później. Im bliżej współczesności, tym stawało się ono bardziej rozmyte i wieloznaczne.

W końcu doszło do tego, że prawa polityczne antycznego ludu (jako wolnych mężczyzn) zostały rozciągnięte na niewolników, robotników i kobiety (we współczesnej Polsce nie godzi się na to J. Korwin-Mikke, a mimo to został wybrany do Europarlamentu). O tym, że większość polskiego ludu ma w nosie podstawę demokracji, czyli powszechne prawa wyborcze, jest frekwencja przy urnach wyborczych do sejmu i senatu. Nieufność Polaków wobec postsolidarnościowych polityków wyraża się tym, że posłów i senatorów wybiera mniejszość Polaków, a władzę polityczną sprawują koalicje partyjne dysponujące 20 % mandatów poselskich. W złych czasach PRL rozrodczość Polaków zależała od dostępności musztardy w sklepach, a posłów wybierało ponad 90 % wyborców.

Z tego powodu mandat sejmu do rządzenia w „wolnej” Polsce jest o wiele słabszy. Nikt mi nie udowodni, że byłem zmuszany przez tzw. komunistów do udziału w wyborach do sejmu. Jako obywatel chodziłem na wybory z przekonania, przy czym wchodziłem do kabiny wyborczej i skreślałem na liście nazwiska dyrektorów przedsiębiorstw. Uważałem, że szkoda ich czasu na odsiadywanie dupogodzin w sejmie, gdyż powinni pilnować porządku i dyscypliny w kierowanych przez siebie firmach. I tyle. I aż tyle.

Przypomnijmy historię de-mokracji w Polsce. Otóż w czasach przedpaństwowych władzę sprawowały samorządy kmiece. W miarę, jak powstawał aparat państwa i jego resorty siłowe, władzę wykonawczą posiadał król (książę), zaś ustawodawczą – ludzie zamożni. Tak było w Wielkim Księstwie Litewskim, aż do jego likwidacji. W Polsce było inaczej po śmierci króla Kazimierza Wielkiego, gdyż stała się ona państwem elekcyjnym (W. Jagiełłę powołali na króla możnowładcy) i stopniowo przekształciła się w republikę szlachecką, w której rządzili oligarchowie, zaś król był marionetką w ich rękach. Nominalnie władza była w rękach sejmu szlacheckiego, ale manipulowali nim magnaci, a w XVIII wieku także władcy sąsiednich państw. Taki stan trwał do czasu likwidacji państwa Polsko-Litewskiego w 1795 r., kiedy zaborcy zamknęli na wieki trumnę z dostojnym próchnem eksmocarstwa.

I nic by się w tym względzie nie zmieniło, gdyby w Europie nie namieszał cesarz Francji Napoleon Bonaparte. Wbrew umowie państw rozbiorowych, kiedy pokonał Królestwo Pruskie, reaktywował państwo polskie, pod nazwą Księstwa Warszawskiego, z dziedzicznym władcą, rządem, sejmem i wojskiem. Ten byt polityczny funkcjonował dobrze, więc powiększył się terytorialnie po zwycięstwie nad wojskiem austriackim. Rząd miał w nim pełnię władzy, zaś sejm pełnił funkcje wspomagające. Szlachta zachowała wprawdzie w nim prawa polityczne, ale uzyskali je także mieszczanie, inteligenci i wykształceni chłopi, co oznaczało poszerzenie składu demosu.

Kiedy w 1918 r. „wybuchła” Polska, socjaliści, ludowcy i narodowcy nadali prawa wyborcze wszystkim dorosłym obywatelom, w tym także kobietom. Rząd działał na podstawie i w ramach konstytucji, więc była to prawdziwa demokracja, w której premierem rządu był ludowiec, W. Witos, a prezydentem państwa – socjalista, Stanisław Wojciechowski. Żądny władzy socjalista, Józef Piłsudski nie potrafił zdobyć władzy przy pomocy demokratycznej kartki wyborczej, więc wywołał wojskowy pucz (rokosz), który wprowadził w Polsce pseudodemokrację.

W wojnie domowej w maju 1926 r. zginęło około 400 Polaków. Do tej liczby trzeba doliczyć kilkuset robotników i chłopów, którzy zostali zabici w czasie pacyfikacji strajków. Jeśli doliczyć do tego mordy polityczne, więzienie posłów i torturowanie przeciwników politycznych w Berezie Kartuskiej i skazanie na banicję bohaterów walki o odrodzenie Polski, to nazywanie epoki sanacji demokracją, zaś PRL zbrodniczym systemem totalitarnym jest grubą przesadą. Warto uświadomić sobie, że w całym okresie PRL zginęło mniej osób w walkach robotników o podwyżki płac.

Wbrew stwierdzeniom aktualnej polityki historycznej w 1944 r. polscy komuniści nie musieli przejmować sowieckiego systemu politycznego, ponieważ wystarczyło kontynuować metody rządzenia stosowane przez sanację. Dość przypomnieć skutki ustanowienia prawnego kultu marszałka J. Piłsudskiego, bowiem na jego mocy wileńscy oficerowie skatowali w 1938 r. w mieszkaniu, na oczach żony i córki dziennikarza Stanisława Cywińskiego. Jedynym tego powodem była krytyczna ocena bzdurnej teorii socjologicznej Marszałka, według której najwartościowsi Polacy pochodzą spoza Polski centralnej.

Wynika z tego, że de-mokracja (niezależnie od tego, jakim jest ozdobiona przymiotnikiem) jest ustrojem kulawym, gdyż można w nim legalnie zmieniać prawo pod potrzeby aktualnej ekipy rządzącej. Niedawno dotknęło to funkcjonariuszy służb mundurowych z okresu PRL, także tych, którzy nie złamali prawa. Taka praktyka jest zgodna z leninowską, rewolucyjną teorią prawa

cdn.
Piotr Zaborny
Myśl Polska, nr 15-16 (8-15.04.2018)