Jak CIA szantażuje prezydenta Trumpa

cia.jpg
Amerykańska machina wojenna – gigantyczny kompleks zbrojeniowy, spekulanci z Wall Street, potrząsający szabelką waszyngtońscy politycy, kanapowi generałowie oraz przemysł medialny, który kwitnie, żerując na pokazywaniu wojny – rozbudza na nowo czerwoną panikę, która tak doskonale sprawdziła się przecież w przeszłości – pisze we stepie do książki Dana Kovalika „Rosja jako kozioł ofiarny. Antyrosyjska fobia USA David Talbot. Oto jej fragment:

Zwróćmy także uwagę na źródło teorii spisku Rosja-Trump, czyli „Russia gate”. Jednym z najbardziej liczących się graczy, którzy ją nagłaśniają, jest CIA – jedna z siedemnastu agencji wywiadowczych, które ponoć się pod tym podpisały. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że (w najkorzystniejszym dla niej przypadku) CIA kłamie, twierdząc, że Rosjanie zhakowali DNC, a być może nawet to ona sama sprokurowała i kontrolowała wyciek e-maili DNC, aby wrobić w to Rosjan.

Przyjrzyjmy się roli CIA w tej konkretnej sprawie tak, jak zrobiłby to każdy śledczy w odniesieniu do osoby podejrzewanej o dokonanie przestępstwa: zbadajmy, czy ma możliwości, motyw, a także środki i sposobność do jego popełnienia.

Informacje, z którymi czytelnik zapoznał się w trakcie lektury tej książki, zapewne unaoczniły mu, że CIA nie sposób uznać za wiarygodne źródło. W rzeczywistości – powiedzmy to sobie jasno – dla demokracji w USA stanowi ona o wiele większe zagrożenie niż to, które dotychczas była w stanie stworzyć Rosja. Z tego powodu jeszcze bardziej zdumiewające jest, że wysoko postawieni liberałowie w apogeum „hakerskiego skandalu” umizgują się właśnie do CIA. Nazwijmy zatem rzeczy po imieniu i bez niedomówień: CIA jest amoralną, przestępczą organizacją, która często wciąga amerykańskie społeczeństwo oraz rząd w wojny i awantury, których zdecydowanie lepiej byłoby uniknąć. CIA dawno już powinno się zlikwidować”. (Po więcej informacji na ten temat odsyłam czytelnika do książki mojego przyjaciela, Douglasa Valentine'a „The CIA as a Criminal Organization”).

Mówi się, że po klęsce w Zatoce Świń, Jack i Bobby Kennedy, których CIA błędnie (jak zwykle) poinformowała, że Kubańczycy powstaną przeciwko Fidelowi Castro i dołączą do kontrrewolucji, chcieli rozpędzić Agencję na cztery wiatry Nie wiem, czy to prawda, czy plotka, faktem jest jednak, że po fiasku operacji w Zatoce Świń bracia Kennedy nie ufali już CIA, podejrzewali bowiem, że w kwestii oceny szans powodzenia tej akcji zostali po prostu oszukani. I tak rzeczywiście było, wiadomo bowiem, że CIA doszła wcześniej do wniosku, iż powodzenie operacji przeciwko Kubie jest możliwe tylko w przypadku bezpośredniej interwencji wojskowej USA. Nie uznała jednak za stosowne uprzednio podzielić się tą oceną z prezydentem Kennedym (wolała po prostu, z wiadomym skutkiem, żeby całą robotę wykonali za nas kubańscy uchodźcy). W przypadku prezydenta pokroju Trumpa, nieufność wobec CIA nie będzie czymś, co by go jakoś szczególnie odróżniało od poprzedników, przynajmniej w porównaniu z Kennedym.

Tak, czy inaczej, już dawno powinno się było zlikwidować tę zaiste koszmarną instytucję, a skoro dotąd do tego nie doszło, na pewno trzeba uczynić to teraz. CIA jest winna rozmaitych przestępstw i zbrodni, do których należy między innymi sfabrykowanie oszukańczych „dowodów” posiadania przez Irak broni masowego rażenia. To one stały się podstawą, uzasadnieniem i usprawiedliwieniem amerykańskiej zbrojnej inwazji na Irak w roku 2003.

CIA nie dość, że stanowi niewiarygodne i podejrzane źródło informacji, to ma też powody, aby twierdzić, że to Rosjanie zhakowali e-maile DNC, a niewykluczone, że posunęła się jeszcze dalej i wykradła je, po czym zrzuciła winę na rosyjskich hakerów.

Doświadczeni pracownicy amerykańskich służb wywiadowczych przekonująco dowodzą, że CIA jest przeciwna odprężeniu w stosunkach z Rosją i stąd biorą się oficjalne i upubliczniane ostrzeżenia (rzecz sama w sobie praktycznie bez precedensu) wysyłane do Trumpa. Oczywiście trafiają w samo sedno sprawy. Dwa lata temu George Kennan powiedział przecież, że wspomniane odprężenie po prostu nie sprzyja robieniu interesów, zwłaszcza w przypadku przemysłu zbrojeniowego, stanowiącego istotną siłę napędową amerykańskiej gospodarki. Generowane w ten sposób gigantyczne zyski trafiają na konta garstki bogaczy, dzięki czemu nie marnuje się ich na finansowanie programów społecznych adresowanych do mas szarego pospólstwa.

CIA wbrew własnym obyczajom odsłoniła karty, ponieważ zależy jej, aby Trumpowi nie wpadł nagle do głowy żaden dziwaczny pomysł, ot choćby taki, żeby zakończyć zimną wojnę
. Dlatego, na wszelki wypadek, groźby pod jego adresem formułują publicznie i niezbyt zawoalowany sposób. Ceniony dziennikarz śledczy Gareth Porter celnie zauważył, że John Brennan, były dyrektor CIA, „w wywiadzie dla FOX News (...) powiedział: «myślę, że pan Trump musi pojąć, że rozgrzeszanie Rosji z rozmaitych działań, jakie podejmowała w minionych kilku latach, to droga, po której idąc, trzeba bardzo, bardzo uważać, żeby nie upaść»”. Porter przytacza też słowa Grahama Fullera, który przez dwadzieścia lat był oficerem operacyjnym w CIA, a za prezydentury Reagana przez cztery lata pracował w Wywiadzie Państwowym w wydziale ds. Środkowego Wschodu. Według Fullera, widać wyraźnie, że Brennana i innych członków wspólnoty wywiadowczej „niepokoi każda możliwość, że za rządów Trumpa oficjalna narracja antyrosyjska może się rozsypać, a im zależy na tym, aby wyobrażenie o stałym i niebezpiecznym ingerowaniu Rosjan w sprawy państwa utrzymać i utrwalić”.

Amerykańskie media, tak samo jak w przypadku podanych przez CIA informacji o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia, bezkrytycznie podchwyciły i upowszechniają „rewelacje” CIA o hakerskim ataku Rosjan i rzekomym spisku zawiązanym przez Trumpa i Rosją w celu nieuczciwego zapewnienia mu wyborczego zwycięstwa. Zdobywca nagrody Pulitzera, Seymour Hersh, który zaskarbił sobie moje zaufanie, słusznie potępił media za to, że wzięły za dobrą monetę twierdzenia CIA. Niech mi będzie wolno powtórzyć za Hershem, pytanie, które zadał: gdzie są na to dowody?

okl kovalik.jpg

Pytanie to trzeba chyba nieustannie powtarzać, tym bardziej, że nawet niektórzy przywódcy demokratów przestrzegają swój elektorat przed bezkrytycznym akceptowaniem wersji CIA. 16 marca 2017 roku, odnosząc się do wrzawy wokół rosyjskiego spisku i „fiksacji" na jego tle, której ulegli szeregowi członkowie Partii Demokratycznej, Glenn Greenwald na łamach internetowego portalu informacyjnego The Intercept napisał, że „były szef CIA, Michael Moreli (...) jeden z najbliższych współpracowników Clinton (...) pojawił się na forum wspólnoty wywiadowczej, aby «zakwestionować» (...) «zarzuty, wedle których ludzie prowadzący kampanię Trumpa potajemnie współpracowali z Rosją»".

Greenwald pisze dalej, że zdaniem Morella, „w sprawie kampanii Trumpa i spiskowania z Rosjanami, jest dym, ale ani śladu ognia”. Nie ma „żadnego niewielkiego ogniska, żadnej malutkiej świeczki, ani nawet iskry. Ale mimo to mnóstwo ludzi ich szuka”. Dodajmy i podkreślmy, że szukają ich od lipca 2016 roku i dotąd nie znaleźli niczego. I to samo w sobie mówi już dostatecznie wiele.
Greenwald sądzi, że słowa Morella odzwierciedlają jednoznaczne stanowisko Jamesa Clappera, za prezydentury Clintona jednego z najwyżej postawionych pracowników aparatu bezpieczeństwa narodowego, który w zeszłym tygodniu w audycji telewizyjnej Meet the Press powiedział, że kiedy za rządów Obamy pełnił funkcję szefa wywiadu, nie poznał żadnych dowodów, które potwierdzałyby tezę o spisku Trump/Rosja. Greenwald twierdzi też, że Senacka Komisja ds. Wywiadu zaczyna panikować, gdyż istnieje realne prawdopodobieństwo, że nie znajdą się żadne dowody zmowy Trumpa z Putinem.

Co więcej, zdaniem byłych pracowników amerykańskich służb wywiadowczych, wątpliwe jest, aby twierdzenia te były prawdą. Uważają oni, że e-maile DNC zostały ujawnione za sprawą wycieku (którego sprawcą był ktoś z DNC) i ani rosyjscy, ani żadni inni hakerzy ich nie wykradli. Mówią, że NSA, która nie do końca jest przekonana do słuszności teorii o ataku hakerskim, „w zawrotnym tempie oczyszcza wywiad”. A dzięki technologii, jaką dysponuje – i o której wiemy dzięki wyciekom (a nie hakerom) upublicznionym przez Snowdena – powinna być w stanie ustalić bez żadnych wątpliwości, kto zhakował te informacje (o ile zostały znakowane) i do kogo je wysłał. Fakt, że NSA, jak sama przyznaje, nie potrafi tego uczynić, zdaniem byłych agentów świadczy o tym, że nikt ich nie zhakował, lecz po prostu wyciekły. Mogło do tego dojść w taki oto sposób, że ktoś z DNC skopiował e-maile na pendrive'a i wyniósł je stamtąd. Ich zdaniem, takiego wycieku – w przeciwieństwie do ataku hakerów – NSA nie byłaby w stanie wykryć.

Rzecz jasna, istnieje także odmienna teoria, wedle której był to atak hakerski, a NSA wie, kto za nim stoi, ale nie ujawni tego, ze względu na osobę sprawcy. To z kolei wiąże się z nowymi informacjami ujawnionymi przez Wikileaks w czasie, kiedy piszę tę książkę. Jest to prawdziwa skarbnica dokumentów CIA, z których wynika, (1) że organizacji tej trzeba się obawiać o wiele bardziej niż Putina, (2) Agencja dysponowała narzędziami umożliwiającymi jej zhakowanie DNC i zrobienie tego w taki sposób, żeby to wyglądało na dzieło Rosjan.

Jeśli chodzi o pierwszą z postawionych powyżej tez, w „New York Timesie” napisano, że z dokumentów ujawnionych przez Wikileaks wynika: „że CIA i sojuszniczym służbom wywiadowczym udało się złamać zabezpieczenia smartphonów opartych zarówno na systemie Apple jak i na Androidzie, dzięki czemu ich funkcjonariusze mogą ominąć szyfrowanie popularnych aplikacji takich jak Signal, WhatsApp i Telegram”. Jeśli, wiedząc o tym, nie czujecie się mniej pewni waszej prywatności i bezpieczeństwa dotyczących was informacji oraz waszej korespondencji, to zaiste nie mam pojęcia, czego jeszcze trzeba, żeby tak się stało (…)

Bardziej niepokojące jest, że istnieją uzasadnione powody, aby uznać, że tymi, którzy szantażują Trumpa nie są bynajmniej Rosjanie, lecz sama CIA.

Z tego, co już wiadomo, Rosjanie nie przyszli do Trumpa i nie oznajmili mu, jak czynią to wszyscy szantażyści, że mają materiały, które go obciążają. Tak postąpiła CIA, o której wiemy, że zależy jej na tym, aby Trump nie zboczył z konfrontacyjnego kursu wobec Rosji. Jej ludzie poszli do Trumpa powiadomili go istnieniu rzekomo kompromitujących go materiałów, ale prócz tego udali się z tym do urzędników rządowych i zadbali o to, żeby zapoznała się z nimi opinia publiczna.

Nawet „New York Times”, który uznał to dossier za „zbiór niepotwierdzonych doniesień, jakoby Rosja dysponowała kompromitującymi informacjami, mówiącymi o jego nieobyczajnych zachowaniach”, komentuje to w taki oto sposób: „decyzja najwyżej postawionych funkcjonariuszy wywiadu o przekazaniu prezydentowi, prezydentowi-elektowi, tak zwanej „Bandzie Ośmiu”, demokratycznym przewodniczącym Kongresu oraz komisjom ds. wywiadu materiałów, o których wiedzieli, że są niepotwierdzone i zniesławiające było czymś absolutnie niespotykanym”.

Postępowanie pracowników amerykańskiego wywiadu było „niespotykane”. Zgoda, ale oprócz tego było też, moim zdaniem, całkowicie nie do przyjęcia. Bez wątpienia przypomina ono postępowanie szantażysty i jest czymś wręcz niewiarygodnym, że tak niewielu dziennikarzy mainstreamowych mediów zwróciło uwagę na fakt, iż wysoce prawdopodobne jest, że nasze własne władze prowadzą operację szantażowania obecnie urzędującego prezydenta.

To samo oczywiście można powiedzieć o uwieńczonych powodzeniem zabiegom służb wywiadowczych, których celem było pozbycie się Mikea Flynna, kolejnego jawnego sympatyka Rosji – w dzisiejszych czasach sympatyzowanie z Rosją jest najwidoczniej ciężką zbrodnią – i zmuszenie go do rezygnacji ze stanowiska doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego. Zacznijmy od tego, że jeśli prawdą jest, iż Flynn (do którego mam mnóstwo zastrzeżeń niemających jednak niczego wspólnego z Rosją) po wyborze Trumpa na prezydenta, kiedy wiadomo było, że otrzyma on stanowisko w nowej administracji, rozmawiał z rosyjskim ambasadorem o możliwości przyszłego złagodzenia sankcji wobec Rosji, to nie widzę w tym nic nagannego. Flynn jednak się tego wyparł.

Wydaje się, że sednem tej sprawy nie jest bynajmniej fakt rozmowy z rosyjskim ambasadorem (nie szpiegiem przecież), ale jej treść. Mogła ona przecież skutkować unormowaniem stosunków między naszymi krajami i na tym polegał problem. Podzielam zdanie Dennisa Kucinicha, który w tej sprawie wyłamał się ze zgodnego chóru swoich przyjaciół liberałów i powiedział, że rzeczywistym przestępstwem było szpiegowanie Flynna przez służby oraz przekazanie mediom uzyskanych w ten sposób informacji.

Dan Kovalik, „Rosja jako kozioł ofiarny. Antyrosyjska fobia USA”, Wektory-Wrocław 2018, ss. 186-191.
WydawnictwoWektory.pl

Dzial: